środa, 2 września 2015

ROZDZIEWICZENIE I: Gdy zapada ciemność


Za każdym razem gdy idę w góry z nowo poznaną osobą, zadaję serię pytań dotyczących doświadczenia, sprzętu, butów, słucham rozmaitych górskich opowieści które dają mi wyobrażenie jak wysoko i jak daleko mogą nas nogi ponieść, aby nas jeszcze zniosły z powrotem Tym razem miało być inaczej. Pytanie bowiem brzmiało: dokąd mogę udać się z osobą która nigdy nie była w Tatrach, nie chodzi po górach i deklaruje, że ma słabą kondycję? Raz była w dolinie strążyskiej i najbardziej wspomina z tamtej wyprawy, ból stóp od nie rozchodzonych butów. Stałem bezradnie nad mapą, czując się jak sadysta nad zestawem narzędzi do przypalania sutków i wyrywania paznokci. Miałem nieodparte wrażenie, że cokolwiek nie wymyślę, będzie bolało!

Potem zaczął się festiwal zawsze niezawodnych pomysłów: Sarnie skałki, Gęsie Szyjki, nieśmiertelne mOko oraz król wszystkich tatrzańskich spacerowiczów: Czarny staw Gąsienicowy. Pomysły te są w tym wypadku tak niezawodne i tak propagowane przez wszystkich facebookowych niezależnych ekspertów, że przez chwilę zamroczyły mi umysł, niczym socjalistyczna ideologia. Na szczęście uwielbiam poddawać pod wątpliwość wszystkie święte racje tego świata. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z was będzie to opowieść o tym „jak NIE powinna wyglądać pierwsza wycieczka w góry”, albo „jak zniechęcić człowieka do gór w ciągu trzynastu godzin”.

Zrobiliśmy to cholernie po mojemu. W końcu nie szedłem z dwuletnim dzieckiem, tylko z dwudziestoletnią kobietą. Nic mi nie mówiła o jakimkolwiek inwalidztwie. Więc jak na pierwszy raz zgotowałem jej naprawdę mocno skondensowaną mieszankę górskich przeżyć i dołożyłem wszelkich starań aby mieć pewność, że raczej nie prędko o niej zapomni J

Czas Start!

Parkujemy samochód, ostatnie przepakowania celem maksymalnej redukcji masy plecaka, zamknięcie samochodu, piwko pssst! Ono ma wartość symboliczną… Nie ma kierowcy, nie ma odwrotu! Teraz już tylko góry…

Droga do kuźnic mija bardzo sprawnie, jest ciemno i pusto, kilkoro spotkanych ludzi wydaje się wyrażać niezrozumienie, dlaczego zmierzamy w przeciwnym kierunku. Miasto śpi i i to jest piękne. Jedyne co bym tu jeszcze domalował, to skuty lodem chodnik i dwumetrowe hałdy śniegu dopełniły by mój ulubiony sen szaleńca, ale na ten widok niestety musimy jeszcze poczekać.

Spojrzałem pod nogi, a wtedy usłyszałem stwierdzenie: „Marcin, coś tam jest!” Podniosłem głowę, ale jedyne co zobaczyłem to wielki brunatny tyłek chowający się z powrotem w las. Moje skojarzenie było raczej oczywiste, na chwilę przystanęliśmy ale Patrycja twierdziła, że to na pewno miało rogi, niemniej jednak jej niepokój wyraźnie wzrósł…pierwsza atrakcja zaliczona.

Gdy ko kilkunastu minutach wchodzimy do Kuźnic, również wydaje nam się, że jest cicho i pusto, do momentu gdy pod nogami przebiega nam lis! Kolejny mieszkaniec parku wyszedł nam na powitanie, jakiś czas biegał wzdłuż ogrodzenia, chyba nie za bardzo wiedział jak wrócić do siebie, bo sporo możliwych dróg pozagradzano… Spojrzałem na towarzyszkę i do dziś nie jestem pewien które ze spłoszonych stworzonek było bardziej zestresowane. Nie codziennie spotyka się w Krakowie takie zwierzątka na wolności, a na pewno nie co piętnaście minut. To na pewno trochę uświadomiło ją  dokąd zmierzamy. Fajnie się słucha górskich opowieści, czyta o niedźwiedziach szukających kozic w lawinisku, Ale gdy się staje w totalnej ciszy na granicy światła i ciemności, gdzie trzeba włączyć czołówkę i zrobić pierwszy krok ze świadomością kto jest tutaj gospodarzem a kto gościem, to inna bajka. Następuje gwałtowna zmiana optyki, w mózgu odrywa się wielka czapa wątpliwości i wzbudzona lawina strachu zaczyna siać spustoszenie.

Idziemy dalej, kamienistą drogą, zastanawiam się jak bardzo zatłoczona będzie ona za dwanaście godzin. Po chwili dochodzimy do drogi którą można obejść Kalatówki. Architektura tego budynku jest chyba największą zbrodnią jaką człowiek dopuścił, od czasu ukrzyżowania własnego boga, więc z przyczyn estetycznych skręcamy w lewo. Droga mija nam szybko w rytm stukających kijków i po chwili dochodzimy na Halę Kondratową. Schronisko jak zawsze, zamknięte i ogrodzone pastuchem. Dobrze wiedzieć, że ktoś tam w środku drzemie i czuje się bezpiecznie, tylko dlaczego odgłosy chrapania muszą rozlegać się po całej dolinie dorównując głośnością niejednej syrenie pożarowej?  Chwilę później dostrzegamy w ciemności parę świecących, wlepionych w nas, jaskrawo zielonych oczu. Fajna sprawa, zwłaszcza gdy nie można za bardzo ocenić rozmiarów zwierza i odległości.

Rozmawialiśmy chwilę, gdy z tarasu dobiegł nas głos „Spokojnie to pewnie kot, przy tym chrapaniu, żaden niedźwiedź nie podejdzie na kilometrJ”. Okazało się że taras jest zamieszkały, a gdy zwierzak zmienił pozycję dostrzegliśmy sylwetkę kota. Pomimo lekkiego głodu i chrapiącej bariery ochronnej, jakoś nie chciało nam się jeść a w szczególności rozpakowywać hermetycznie zapakowanego jedzenia. Miśki czując zapach zakupów wiezionych w bagażniku dwa dni temu potrafią zrobić włam do samochodu, a co dopiero pożywienia na otwartej przestrzeni…

Droga na przełęcz była jeszcze ciekawsza. Kolejne ślepka, tym razem żółte ukazały się nam już kilkaset metrów za schroniskiem. Przystanęliśmy, porozmawialiśmy o tym jak bardzo nierówno pod sufitem trzeba mieć żeby tak spacerować, a kolejny mieszkaniec TPNu znudzony naszym widokiem poszedł w swoją stronę. Później szlak zawija w prawo, robi się bardziej stromy i wiedzie przez tak zwane „Piekiełko”. Jest to miejsce w którym szczególnie typowałem kolejne spotkanie, bo na tym odcinku nawet w dzień rok temu spotkałem trzy niedźwiedzie. Kijki dzwoniły, a tematów nie brakowało…czasem z przyczyn praktycznych. Zaskoczony niedźwiedź, może być ostatnim napotkanym niedźwiedziem, więc warto głośno rozmawiać o czymkolwiek, bez względu na to czy temat jest dla nas interesujący, czy nie.


Oczywiście wykrakałem i po chwili usłyszeliśmy ryk przy którym włosy stają na głowie nogi miękną i ręce opadają, tak kilkadziesiąt do stu metrów od nas i zapewniam, że to nie chodzi o orgazm. To już jest bardzo abstrakcyjne uczucie, gdy dwa razy cięższy brunatny potwór drze się na ciebie, a ty go nawet nie widzisz. On dobrze wie, że jesteś, gdzie jesteś, a ty stoisz sobie spokojnie, ciągniesz rozmowę dalej i jak by nigdy nic czekasz, aż sobie pójdzie. Uciec nie masz szans a idąc dalej od razu, mógłbyś nieopatrznie zbliżyć się o ten krok za blisko. Na szczęście jak to zawsze bywa, Niedźwiedź zszedł nam ze szlaku, więc chwilę później ruszyliśmy w dalszą drogę i tak po kilkunastu minutach doszliśmy na przełęcz. Wiatr dął, powietrze się zmieniło a gdzieś niedaleko w mroku majaczył wielki skalisty łeb drzemiącego wielkoluda. 




Giewont, na tą górkę kijki nie będą potrzebne. Z przyczyn praktycznych, zakamuflowaliśmy je więc gdzieś na przełęczy. Trochę się obawiałem, bo jak to bywa w samym środku nocy, wilgoć osiadła na skałach, wiatr cały czas smagał po dupie, widoczność była mocno ograniczona i ktoś za chwilę w tym skromnym świetle czołówki, po raz pierwszy w życiu będzie musiał stanąć do nierównej walki z kamieniem, żelazem i sumą wszystkich strachów. Co ja jej mogę dać? W jaki oręż uzbroić gladiatora, który trzymał w ręce jedynie nóż kuchenny? Szybki instruktaż zakresu poruszania się w terenie skalistym? Teoria trzech punktów podparcia? Kurs z zakresu obsługi sztucznych ułatwień? Tak to wszystko jest ważne, i się przydało, ale chyba najbardziej wartościową bronią jest siła spokoju i utwierdzanie w przekonaniu że zrobił ten krok prawidłowo, że właśnie tak jest bezpiecznie,  budowanie u kogoś pewności siebie…bo to nie siła stanowi największe ograniczenie, tylko psychika. Po kilkunastu minutach coraz bardziej zwinnego skrobania się stanęliśmy pod piętnastometrową konstrukcją gdzie w pogardzie dla zasad zbilansowanej diety, za jęliśmy się nocnym łasuchowaniem. 





wtorek, 1 września 2015

Wykaz pieśni jakie tatrzański turysta powinien nucić pod nosem, gdy przez jego głowę przemkną poniższe „myśli”:

Sezon turystyczny w pełni, choć ilość wypadków trochę mnie przeraża. Każdy w górach czasem miewa głupie pomysły, lub błędne przekonania. Ze sporą częścią z nich miałem bezpośredni kontakt, o innych tylko słyszałem, sam też nie zawsze jestem wzorem do naśladowania. Zebrało się tych kwiatków cały bukiecik, więc postanowiłem przedstawić je w bardzo dosadnej formie. Jeżeli choć jedna osoba po przeczytaniu tego wyciągnie dla siebie jakieś konstruktywne wnioski, cel projektu zostanie osiągnięty.




Jagnięcy Szczyt (Jahňací štít), "Przed szczytem nie ma odwrotu." Krótka opowieść o MOTYWACJI !!!




Ta wycieczka to była dosłownie randka w ciemno. Nie wiedziałem jak wygląda ta góra, ani nie znałem trudności jakie możemy spotkać na trasie i choć pisanie o trudnościach w lecie na szlaku turystycznym może wywołać czyjś uśmiech na twarzy, wiedz, że zabrałem na ten spacerek cholernie ambitną, charakterną, bojowo nastawioną i walczącą samego końca wojowniczkę która góry widuje tylko na zdjęciach. Powinienem był sprawdzić tą trasę. Zamiast tego wyszedłem z działającego częściej w teorii, niż w praktyce założenia „najwyżej zawrócimy”, zapakowałem dwa plecaki przydatnych zabawek, oddałem trochę ryzyka w ręce bankierów, zahaczyłem o kantor, zatankowałem samochód i ochoczo ruszyłem w kierunku Słowacji by zaspokoić rozgorzałą we mnie ciekawość.

A może tak naprawdę nie sprawdziłem trasy, żeby nie psuć sobie zabawy? Wyszedłbym wtedy na nieodpowiedzialnego drania... nie na pewno tak nie było, ani trochę... wcale, NIE!!! :)

Początek drogi wiedzie bardzo łagodnie nachyloną doliną Białej wody Kieżmarskiej. Pogoda była prześliczna a towarzyszka zacnie dotrzymywała kroku. Spacer długą zalesioną doliną, choć przyjemny, bywa średnio emocjonujący, więc człowiek ma dużo czasu na zastanawianie się, niczym w „świątyni dumania”.


Nieuczesana myśl numer jeden: Jaka to przyjemna droga! Gdzieś ponad koronami drzew słońce operuje jak szalone, a my cały czas idziemy sobie w cieniu napawając się zapachem lasu. Droga wznosi się łagodnie dając sto procent przyjemności, zero zmęczenia. A skoro tak jest to dlaczego prawie nie ma tu ludzi? Jestem prawie pewien, że właśnie w tej chwili gdzieś na drodze do gąsienicowej, słońce pacyfikuje sunące tabuny turystów walczących z dużo ostrzejszym podejściem, kończącą się wodą i pytaniami zmęczonych dzieci „jak daleko jeszcze do schroniska?”. A tu cisza spokój las i cień! Dlaczego? Może po prostu Ta kieżmarska dolina jest brzydsza i dlatego nawet w środku sezonu nikt tu nie chce chodzić? Dojdziemy to się przekonamy...
Nieuczesana myśl numer dwa: Dlaczego, kurna DLACZEGO szlak do Morskiego Oka nie mógł zostać poprowadzony z podobnych, równiutko ułożonych, przyjemnych stopom kamyczków?? Terenówka minęła nas przed chwilą? Minęła! Jaki inny środek transportu „musi” dojeżdżać do schroniska??

Po jakimś czasie świątynia dumania zaczęła się przerzedzać i a naszym oczom ukazała się potęga majestatu kieżmarskich szczytów! Wszystko co nowe, robi trzy razy większe wrażenie. W drodze do schroniska, kilkanaście razy miałem ochotę zasiąść i po prostu smakować ten krajobraz jak niekończącą się rurkę z bitą śmietaną. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę jak potworny przyjdzie mi robić rachunek sumienia, za te lata dreptania „w miejscu” wciąż po tych samych szlakach.







Zachwyt trwał, pod schroniskiem zrobiliśmy sobie chwile przerwy i choć pod wpływem kobiecych i górskich uroków nogi potrafią zmięknąć, ruszyliśmy w kierunku Doliny Jagnięcej. W tym momencie śmiało można powiedzieć, że zaczynają się schody. Dolina Jagnięca zaczyna się dużo wyżej, więc aby się do niej dostać trzeba się skrobnąć na uskok, porównywalnej wielkości jak z rodzimej doliny roztoki do doliny pięciu stawów polskich. Ale takie strome podejścia mają niewątpliwe plusy, po pierwsze szybko nabieramy wysokości, po drugie, zawsze można się na chwile zatrzymać, wyrównać oddech, i napawać się urokami kolejno: z prawej strony grani Kozich Wierchów w wersji Kieżmarskiej z lewej wznoszącej się nad Zielonym Stawem Jastrzębiej Turni. Na mnie większe wrażenie robiła wtedy opcja nr2..aż naszły mnie pokusy poszukania jednej z tych ścieżek o której wiedzą tylko wspinacze, kozice, przewodnicy i górscy renegaci:)





Natomiast Dolina Jagnięca to jest czysty surowy krajobraz skalnego pustkowia. Z jednej strony porywa z drugiej strony budzi szacunek. Co jakiś czas głuchą ciszę przerywa krzyk Tych odważniejszych, którzy postanowili rzucić górom wyzwanie w o wiele bardziej ambitny sposób. Góry też przestały zachowywać ciszę co chwilę wydając z siebie głuche okrzyki spadających z impetem i rozłupujących się skał... Te odgłosy nie należą do przyjemnych, ale trwają.









Szliśmy dalej wzdłuż dna doliny mijając kolejno Czerwony oraz Modry staw a naszym oczom w końcu coraz wyraźniej ukazywał się cel naszej wycieczki. Słońce operowało już z pełnym impetem, więc gdzieś po drodze zaliczyliśmy krótką przerwę i mały kryzys u towarzyszki, ale charakterna z niej babka, więc swym uporem i ambicją rozszarpała biedny kryzys na strzępy! W drodze do podejścia na Kołowy Przychód mieliśmy do pokonania dość sporej wielkości pole śnieżne, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę że była to połowa lipca, ale nie było tam ani szczególnie stromo czy niestabilnie. W końcowym etapie drogi na przełęcz trzeba wbić się na grań po okutych „górską biżuterią” skałach, i przyznam się bez bicia, że dalsza droga stała pod dość sporym znakiem zapytania ze względu na całkowity brak obycia z pokonywaniem takich trudności przez mą towarzyszkę, ale byłem troszkę zmęczony upałem i przez nieuwagę zadałem najgłupsze pytania jakie mogłem zadać:) „Czy dajesz radę?” Ambicja i upór jak to usłyszały z wściekłości o mało nie dostały ślinotoku po czym rzuciły się wpadając niczym wygłodniałe tygrysy i rozpętując chemiczne piekło. Gwałtowne skoki adrenaliny podbijały do granic absurdu poziom siły i odwagi, aż absurd stał się rzeczywistością i rozpoczął się proces nazywany potocznie w literaturze „szałem berserkera”.

Nie spotkałem się w życiu z przypadkiem, żeby Ktokolwiek tak bardzo walczył, tak mocno zaciskał zęby i w ogóle nie marudził. Miałem wrażenie, że nawet skalne golemy nie były by w stanie jej zawrócić w ten dzień. Dalsza droga na szczyt, łączy w sobie wszystkie elementy tego co ludziom sprawia problemy. Jest stromo, jest ekspozycja, miejscami jakiś wąskie przejście z widokiem na „o k***a jak tu wysoko!!”, jakaś płyta, kominek, nawet niezabezpieczona ryska też jest tam obecna. Poza tym ten „plac zabaw” jest dość spory, to nie jest jakaś Szpiglasowa przełęcz, gdzie gdzie mamy jakieś 30m łańcucha i koniec zabawy, tylko po wbiciu na przełęcz wskakujemy na północną stronę grani i gramy dalej. Tak szczerze, to myślę, że pod względem trudności to nawet nie jest Zawrat a takie mini „Granaciki żlebiczkiem Kulczyńskiego”, ale przyjemne, i oczywiście widokowo palce lizać!










Muszę przyznać że pomimo moich szczerych i nie ukrywam, rosnących wątpliwości i przeszkód, nie zauważyłem u mojej towarzyszki problemów czy potknięć więc kilkadziesiąt minut później, około godziny 13:00 zameldowaliśmy się na szczycie! Nie za bardzo wiedzieliśmy z której strony usiąść, bo z jednej strony mięliśmy panoramę na Ganek, Wysoką, Rysy a nawet Krywań z drugiej strony na Kieżmarskie szczyty, Łomnicę, i z tej perspektywy karłowato wyglądającą Jastrzębią Turnie i wręcz bardzo okazały Kołowy Szczyt. Wybraliśmy opcję drugą, aczkolwiek nadrabiając potem dreptaniem wokół szczytu i strzelaniem fotek.














Droga w dół była oczywiście znacznie bardziej wymagająca, co wnoszę po wyrazie twarzy i nieustającej koncentracji mojej koleżanki. W pewnym momencie przy zejściu kominkiem padło nawet pytanie: „Marcin, co ja mam teraz zrobić?”, które często wśród turystów bywa używane zamiennie z takimi pytaniami jak: „co ja tu k***a robię?” lub „jaki jest numer do TOPR?” a oznacza w wolnym tłumaczeniu, że komuś kończy się psychika i zaczyna godzić się z myślą że następny krok może być jego ostatnim. Sam zadawałem dwa pierwsze pytania w tym roku, zeskrobując się z zimą z wierzchołka Świnicy. Uważam, że strach w górach jest bardzo zdrowym objawem. Rzuciłem żartobliwie w odpowiedzi, „Trzymać się mocno i schodzić w dół podziwiając widoki”. Tak działa ludzka psychika, najpierw strach ma wielkie oczy, po czym idzie jak po maśle. Chwilę później ja zostałem wywalony ze strefy komfortu bo nie wiedziałem co się dzieje gdy łańcuch wydawał mi się podejrzanie luźny... Okazało się że jest nieprzymocowany z dołu.

Potem już tylko droga w dół, umilana co jakiś czas możliwością obserwowania gromadek bardzo oswojonych a nawet powiedziałbym podejrzanie zainteresowanych naszą obecnością kozic. Jedna z nich zademonstrowała nam swoją osobistą tatrzańską interpretację popularnego w pewnych środowiskach programu „gwiazdy tańczą na lodzie” na wspomnianym wcześniej płacie śniegu i cholernie mi szkoda, że nie zdążyłem tego nagrać, bo z całą pewnością cała widownia była pod sporym wrażeniem.








Kończąc relację, chciałbym serdecznie polecić tą wycieczkę, bo naprawdę jest na co popatrzyć. Do schroniska droga jest trzy razy przyjemniejsza i sześć razy mniej wymagająca niż styrmanie się przez przełęcz między kopami do hali gąsienicowej i dalej do stawu, tę opcje polecę mojej mamie dla która po wyjściu na drugie piętro musi stanąć i wyregulować oddech. Jak ktoś wytrzyma pół godzinki schodków, dostanie w nagrodę przepiękny widok na doliną jagnięcą i możliwość zachwycania się krajobrazem skalistego pustkowia. Samo wejście na szczyt to już jest kwintesencja przyjemności, ale tu już każdy musi sobie odpowiedzieć, czy leży to w zasięgu jego możliwości. I pamiętajcie, to co najważniejsze, do wyrycia raz na zawsze, NIGDY, POD ŻADNYM POZOREM nie pytać żadnego ambitnego uparciuszka „Czy dajesz radę??” !!!


wtorek, 11 sierpnia 2015

Czasem NIE, oznacza "JESZCZE NIE"...:D



Jak to jest, że człowiek organizuje wyprawę, sprzęt, ubezpieczenia, budzi się o absurdalnej porze, rajduje przez Małopolskę jak szalony by o trzeciej w nocy zacząć podejście, a mimo wszystko szczyt jak był przeze mnie niezdobyty, tak pozostał?



To naprawdę wydaje się być prawie tak niedorzeczne jak zaciągnięcie kobiety do hotelowego łóżka i przekonywanie jej, że warto było by pójść spać i wstać wypoczętym. Dlaczego takie paranoje w ogóle mogą mieć miejsce? Ten szczyt był prawie tak niedostępny jak opłacona prostytutka, a jednak coś, tam na górze nam nie zagrało... zastanówmy się co.



Zacznijmy od sprzętu, był bardzo OK. Ciężkie górskie buty, goretexy, vibramy, czołówki, apteczki, spodnie przeciwdeszczowe w plecaku, bluzy, kurtki, wszystko co może się przydać aby spokojnie przetrwać 24h w warunkach letnich. To może zawiniła logistyka i brak snu poprzedniej nocy? Może pogoda? Pewnie jak to zwykle bywa wszystko po trochu, ale zacznijmy od początku.






Pewnej lipcowej nocy wraz z Towarzyszką której imienia nie wolno wypowiadać, a której nazwisko jest bardziej tajne niż zakazane księgi Watykanu, zameldowaliśmy się w smokowcu o 3:00. Tam okazało się że byliśmy od jakiegoś czasu śledzeni przez patrol policji, zainteresowanej moją trzeźwością i celem podróży. Gdy udało nam się przekonać funkcjonariuszy, że nie prowadzimy działaś zbrojnych ani wywiadowczych pozwolili nam rozpocząć podejście pod szczyt.

Pierwsza część drogi w blasku czołówek była najbardziej przyjemna ze względu na rześki poranny chłodek. Świt zastał nas na tarasie widokowym i tam też zrobiliśmy krótką przerwę.






Kolejna godzina skrobania się przez kosówkę w kierunku grani była już znacznie mniej przyjemna. W sumie darliśmy ostro do przodu celem wdrapania się na szczyt i zejścia z grani przed hipotetyczną burzą która mogła mieć miejsce koło południa. To też był jeden z błędów jak mniemam, bo po dwóch godzinach od porannej przerwy byliśmy już bardzo zmęczeni. Kolejna sprawa to szlak. Masyw Sławkowskiego to jedna wielka sterta losowo rozrzuconych kamieni. Od pewnego momentu szlak jest tam sekwencją namalowanych znaczków dość daleko od siebie. Nie zauważyłem większej różnicy w tym czy idziemy „szlakiem”, czy losowo wybranym innym wariantem. 




Komfort poruszania się jest po prostu tragiczny i choć droga nie jest jakaś strasznie długa, to pokonywanie jej jest kilkukrotnie bardziej męczące niż np. wyjście na rysy. W zasadzie odnoszę wrażenie, że w porównaniu do Sławka większość szlaków w Polsce jest gładka i przyjemna prawie jak podróż autostradą.

Szliśmy dalej, pokonując kolejne partie grani i mijając kolejne przed wierzchołki a z każdym kwadransem niebo pogrążało się w ciemnościach. Wiał wiatr, i coś tam rozwiewał, ale niestety jakoś nieskutecznie. Nad Łomnicą zapadła noc a nasz szczyt prawie ginął w granatowych odcieniach nieba. Strasznie nas to zdemotywowało, bo w zasadzie jest to najwyżej położona góra w okolicy, większość drogi jest wytyczona całkiem długą granią i w razie burzy trudno było by się stamtąd szybko i sprawnie ewakuować. Tak naprawdę ten czynnik chyba przeważył gdy godzinę od szczytu padła decyzja o odwrocie. 




Oczywiście brak snu poprzedniej nocy też nie pomagał, ale sądząc po tym jak sprawnie poszła droga na dół, byliśmy dalecy od totalnego wyrypania:) Inna sprawa, że w drodze powrotnej poruszaliśmy się jeszcze bardziej „na czuja” bo ilość oznaczeń szlaku spadła z „od czasu do czasu” na „kiedy już Ci się wydaje że nie jesteś na szlaku, mimo wszystko idziesz jeszcze 15 minut i dowiadujesz się że jednak na nim jesteś”. Tuż przed smokowcem złapał nas kilkuminutowy deszczyk, burzy na szczęście nie było. Trochę szkoda, że zawróciliśmy, ale z drugiej strony gdyby w drodze powrotnej dorwała nas burza z gromami rozbijającymi się o wszystkie okoliczne szczyty, napisałbym o tym jak dobrze, że nas tam nie było:)






Koniec końców mam jeszcze większe parcie na ten szczyt i jest to oczywiste, gdyż niczym kapryśnie dziewczę, udające niedostępną dwa razy odesłał mnie z kwitkiem, dokładając do już rozpalonego pieca z napisem Pożądanie. Lecz jak śpiewał poeta „Nic się nie kończy prostym Tak lub Nie i nie na darmo giną wojownicy”. Między mną a sławkowskim pionki pozostają w grze a wejście na szczyt będzie tym bardziej intensywnym przeżyciem im dłuższą drogę będę musiał pokonać w drodze na niego. W lekko perwersyjnym nastroju życzę wszystkim czerpania radości ze zdobywania wszystkiego co kapryśne i przyjemnego szczytowania!