sobota, 7 marca 2015

Dlaczego jest bardziej niż pewne że nikt nie wychodzi zimą w góry po to żeby się zabić?






W starciu na argumenty można wyłonić jakieś wnioski, ale co się stanie gdy dyskusja wpadnie w spiralę głupich pomysłów? Ludzie zaczynają wypisywać dziwne rzeczy, a czasami, co gorsza nawet w nie wierzyć.




Żaden alpinista nie wychodzi w góry żeby się zabić, w przeciwnym razie musiał by być po prostu idiotą. Śmierć w górach bywa naprawdę długa i bolesna, weźmy na przykład taką lawinę, istnieje szansa że załatwi sprawę szybko, np porwie jakieś drzewo, głaz czy inne ciało obce które spotka nas i wręczy nam bilet na „ekspres” do jakiegoś miejsca w zależności od  wyznawanych poglądów religijnych. I to jest chyba najpiękniejsza wersja zakończenia swojego żywotu pod lawiną, potem jest tylko gorzej.




Aby zrozumieć co się dzieję gdy lawina nie zada szybkiej śmierci warto bliżej zapoznać się z krzywą przeżycia. Trzeba jednak nieco odwrócić jej rozumowanie. Pierwsza faza „faza przetrwania” trwa 18 minut i przeżywa ją około 91% ludzi. Odwracając rozumowanie, istnieje około 9% szans człowiek będzie się dusił/wychładzał/umierał „tylko” 18 minut, czyli cholernie długo.

Kolejna faza trwa następne 17 minut i nazywana jest „fazą duszenia”, przeżywalność spada do 34%, więc 66%-9%=57% i dokładnie taka jest szansa na śmierć trwającą między 18 a 35 minut, a to już jest „cholernie długo do kwadratu”. Ale to jeszcze nie jest koniec, bo kolejne 6% ludzi będzie umierać nawet do półtorej godziny w fazie utajonej, następne 21 % umiera na skutek hipoksji, hiperkapnii, hipotermii, czyli niedotlenienia tkanek, niedotlenienia mózgu i wychłodzenia nawet do dwóch godzin.




Jeżeli z matematyką u mnie w porządku powinno zostać ostatnie 7%, najgorsze siedem procent i ostatnia faza zwana fazą „hipotermii”. A więc mamy 7% szans że śmierć pod lawiną będzie trwała powyżej dwóch godzin ! ! !




Kto ma jakąkolwiek wyobraźnie, ten właściwie już odpowiedział sobie na pytanie: „Jak bardzo nie chcę umierać w górach zimą pod lawiną?”

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 

https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

„You've Been Dreaming. Now, It's Time to Wake Up!”




Ten cytat z filmu Avatar, znakomicie podsumowuje wszystko o czym zaraz opowiem, ale zacznijmy od początku...



W sobotę byłem już pewny, że gdzieś pojadę. Pogoda w niedziele miała nie być idealna, ale jednocześnie nie wyglądała dostatecznie przerażająco aby mnie zniechęcić. Temperatury lekko na minusie, lawinowa dwójka, zachmurzenie umiarkowane i wiatr „w porywach” do 80km/h...



Problem był z wymyśleniem trasy, po głowie zaczęły mi chodzić jakieś granaty, żleby Kulczyńskiego, Kozie Wierchy, zacząłem zadawać pytania i analizować różne warianty. Ambicja była! Żądza przygody też, zabrakło tylko zdecydowania. W końcu po dłuższej chłodnej kalkulacji padło na Wołowiec w tatrach zachodnich, a ostateczny argument którym przekonałem siebie i swoje męskie Ego do tego rozwiązania brzmiał z grubsza tak:



Lepsze trzy szczytowania niż jeden wycof!”



Droga do zakopanego minęła szybko, gwarząc o ostatnich górskich poczynaniach mijaliśmy wioski i miasteczka skąpane w mroku niedzielnego poranka. Lubię tę część wyprawy... Jest to nie tylko okazja, żeby kogoś lepiej poznać, ale też szansa na zbudowanie głębokiego przekonania że gramy w jednej drużynie.



Rozmowy ciągnęły się długo a krajobraz się zmieniał... pagórki zamieniły się w góry, mrok zamienił się w mgłę, która wkrótce też ustąpiła, noc zamieniła się w dzień i śniegu było coraz więcej, aż finalnie adidasy zamieniły się w trepy a przejażdżka w spacer po dolinie chochołowskiej.






Tutaj również dominowała sielankowa atmosfera. Oprócz nieustających rozmów pamiętam jedynie charakterystyczną grupę górskich zabijaków jak wywnioskowałem po krótkiej rozmowie dość dobrze obytych i zasuwających na tą samą górkę co my. Na do widzenia rzuciłem jakieś „do zobaczenia na szczycie”, usłyszałem jakieś „nie będziemy tam na was długo czekać”.






Przy schronisku „uzbroiliśmy” trepy, coś tam zjedliśmy i podbudowani zastrzykiem energii zaczęliśmy podejście w stronę Grzesia. Droga była bardzo dobra, więc szliśmy dość szybko. Oczywiście w górach zawsze coś zachwyca, ja tym razem wpadłem w zachwyt na widok lasu. Nie wiem dlaczego, czym on się różni od lasu w okolicach kuźnic, mOka czy doliny roztoki, ale właśnie tutaj poczułem się trochę jak mała dziewczynka która przed chwilą wyszła z szafy.



Byłem prawie pewny że spotkam fauna, za nic natomiast nie spodziewałbym się że przepruje koło mnie po tym śniegu, rozpędzony rowerzysta. Góry potrafią zaskoczyć! Oczywiście to nie był koniec niespodzianek, prawdziwe zaskoczenie było jeszcze przed nami gdyż las zaczął się przerzedzać a w oddali malowała się biała otwarta przestrzeń.






Pierwszy podmuch wiatru był jak strzał w pysk od dziewczyny z którą właśnie pierwszy raz się kochasz. Jedno wielkie „WTF ? ? ?”. Ale padł kolejny strzał i kolejny... Temperatura odczuwalna nagle zamieniła się w wyrok skazujący na hipotermię, a ja dowiedziałem się jak szybko człowiek może zdjąć plecak, wyciągnąć z niego kurtkę, założyć ją, zapiąć i założyć plecak, gdy poczuje nagły przypływ motywacji.



Ruszyliśmy dalej, ale wcale nie było dużo lepiej. Wietrzysko wiało cały czas, wyrywało kijki z rąk, zdzira dalej prała po pysku, dodatkowo piorąc po twarzy białym piachem przesypującym się z jednej strony stoku na drugą. Dźwięki jakie temu towarzyszyły przypominały wszystkie możliwe rodzaje szumów i świstów, od pociągu towarowego po czajnik na gazie. W końcu wyszliśmy na grań, tam prawie zwiało mi czapkę z głowy, aż założyłem kaptur. Grześ był już na wyciągnięcie ręki, był na nim krzyż, z kolei obok nas klęcząca postać która wcale się nie modliła, próbowała po prostu napić się czegoś, czy dodatkowo się doubierać. Potem minęły nas jeszcze jakieś zawracające kobiety. W ogóle mnie o nie zaskoczyło, sam nie pragnąłem już niczego innego tylko wracać, ten wiar naprawdę aż bolał. Ostatnie metry były najgorsze, co chwilę dostawialiśmy bocznym piaskiem w pysk. A gdy wyszliśmy na szczyt walnęło z taką siłą że cofnęło mnie o pół metra i wtedy jedno do mnie dotarło, że to już koniec wędrówki!






Na szczycie staliśmy może 15 minut. Miotało mną jak szmatą, a ja próbowałem zrobić jakiekolwiek zdjęcie uważając żeby nie wywiało mi z ręki telefonu. Waśnie w tym momencie spojrzałem na ten krzyż i zacząłem się zastanawiać. Może jestem dokładnie w tym miejscu w którym powinienem być, czy to nie jest pokuta na którą zasłużyłem? jeszcze wczoraj widząc dokładnie jak mocno będzie wiać imaginowałem sobie jakieś kozie wierchy i cuda na kiju, a tu po wyjściu na Grzesia ucieknę i schowam się z powrotem do lasku? Przypomniał mi się jeszcze ten cholerny cytat z Avatara: „You've Been Dreaming. Now, It's Time to Wake Up!”. Popatrzyłem się na Rakoń, wyglądał w tych warunkach jak by był na drugim końcu świata. Może to jest właśnie ta góra która ma mnie poniżyć, upokorzyć i nauczyć raz na całe życie jak mam podchodzić do zagadnienia „wiatr w porywach do 80km/h”? A jeżeli mam przyjmować taką lekcję to droga na Rakoń wydaje się być w tym kontekście jednym z najbezpieczniejszych miejsc.



Skoro idziemy dalej to przyszła pora na zmianę taktyki. Punkt pierwszy, kominiarka, czapka, na to kask(żeby niczego z głowy nie zwiało), punkt drugi – okulary, no i poszliśmy...






Najciekawsze było to, że nie byliśmy sami. Alpiniści, skiturowcy, cała mieszanka barwnych postaci również postanowiła wbrew jakiejkolwiek logice przeć do przodu. Jedno było widoczne i zarazem nas łączyło, każdy z nas walczył. Po jakiejś chwil przestały mnie już dziwić zarówno chlastanie po pysku jak i inne nowe doznania a nawet zaczęło mnie to bawić. To było trochę jak bym szedł na szczyt przepychając się z młodszym bratem, który czasem na chwilę odpuszcza po czym bierze rozpęd i wbiega na mnie z impetem drąc się przy tym wniebogłosy. Każdy krok w tych warunkach był jak mały sukces i jednocześnie przybliżał nas do celu.






Po jakimś czasie zaobserwowałem też że wiatr robił fascynujące rzeczy, potrafił porwać spod butów pękniętą skorupę śniegu i strzelić nią w pysk osobę za mną. Pływające po całej grani drobinki śniegu układały się w różne kształty i kompozycje trochę jak fale na wzburzonym morzu. Na dodatek gadzina jedna co chwilę chwilę wzbijała cały ten piach i formowała w trąbę wysoką na kilka metrów która tańczyła sobie po stoku, by zaraz zniknąć i powstać w innym miejscu. Żeby jeszcze tego było mało tańczyły także cienie chmur, przemieszczając się po całym masywie z naprawdę robiącą wrażenie prędkością.






O nadmiaru tych wszystkich doznań trochę straciłem poczucie czasu, lecz w połowie drogi na Rakoń spotkaliśmy wracających już, rano poznanych kolegów którzy „nie będą czekać szczycie”. Okazało się, że doszli na przełęcz pod Wołowcem gdzie wietrzysko zaatakowało tak zdecydowanie, że uznali, że na szczyt trzeba było by się czołgać. Nie zmartwiło nas to wcale, samo to w jakim tempie Wołowiec zmieniał co chwilę swoje oblicze z góry, w zakryte chmurą niewidoczne coś, było wystarczającym na ten dzień argumentem, żeby go sobie odpuścić.






Po kolejnej godzinie siłowania się z ciągle szarżującymi silami natury znaleźliśmy się na tak, zdawało by się odległym czubku „drugiego końca świata”. Wiało jeszcze bardziej, wyrywało aparaty z ręki, ale nie było w tym już ani nic dziwnego ani strasznego. Przy odpowiednio mocnym podmuchu można się było prawie położyć:) Niestety nie było warunków na jakikolwiek odpoczynek więc decyzja o powrocie została podjęta raczej szybko.








Droga na Grzesia przebiegała już szybko i sprawnie. Wiatr był teraz po naszej stronie i bardziej pomagał niż przeszkadzał, choć w dalszym ciągu trzeba było uważać by nie dać się sponiewierać przy gwałtowniejszych podmuchach. A gdy z powrotem weszliśmy w las wszystko nagle ucichło, zrobiło się ciepło więc można było wsadzić kurtkę z powrotem do plecaka, odpocząć a nawet coś zjeść. Po pięciu minutach znowu rozpłynąłem się w uroku zimowego lasu, strzepałem śnieg z plecaka i pełni satysfakcji z podwójnego szczytowania wróciliśmy do rozmów tak przyjemnie umilających długą drogę do zaparkowanego przy wejściu do doliny samochodu.



Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

czwartek, 5 marca 2015

TATRZAŃSKI ZAKON WOJOWNIKÓW ŚWIĘTEJ RACJI ! !


#wojownicykoscielca   #swiniacasmakujewesrode   #mediaprzeginaja





Portale społecznościowe to niebezpieczne miejsca gdzie w różnych dzikich dyskusjach pewne grupy wyznawców danych poglądów np. wyłącznie letniej turystyki górskiej, albo „bezpiecznej” turystyki zimowej (cokolwiek to znaczy) toczą ze sobą nieustanne wojny. Pewne pojęcia zaczynają się zacierać…zdarza się że z pełnym przekonaniem ktoś utożsamia „pokorę” z siedzeniem zimą w domu na kanapie i czekaniem na wiosnę, pojawiają się też inne dziwne wynaturzenia.


Zwykle zaczyna się tak samo. Ludzie chcą pochwalić się swoimi dokonaniami, bo gdzieś tam sobie wyszli wyżej, może nawet przetarli jakiś szlak, czy po prostu nie mięli książkowego okna pogodowego. A gdy wrzucą zdjęcia na jakiś serwis czy społeczność na pierwszy ogień muszą walczyć z całą kohortą prawdziwych specjalistów od „oceny ryzyka lawinowego na podstawie zdjęć wrzuconych na facebooka”. Potem pojawiają się „wojownicy o prawdę” i bez mrugnięcia okiem wylewają rozpalone kadzie ze „zdrowym rozsądkiem” bezwzględnie podgrzewając atmosferę wśród komentujących. Zawsze pada słowo pokora… ono jest świętym gralem i nie należy zapominać, że ktokolwiek go używa, na pewno musi mieć „rację”, co do tego nie należy mieć żadnej wątpliwości!


Kolejne słowo klucz to istny kałasznikow, zawsze pozostaje bezwzględny i skuteczny. „IGNORANCJA” Można nią siać spustoszenie w szeregach wroga pod każdym zdjęciem, zawsze działa. W końcu powstaje wojna, ale o co? O „rację” oczywiście! Bo choć na jej istnienie nie ma dowodów i nikt jej nigdy nie widział to jest pewne, że musi istnieć jakaś jedna „święta-racja”, bo inaczej każdy by mógł mieć „swoją rację”, pozostali użytkownicy musieli by ją uznać, zadowalając się jednocześnie swoją małą racją a wtedy, o zgrozo, nie było by o co wojen facebookowych prowadzić.


Poza tym, warto poruszyć też aspekt polityczny. Jak głosiły ideały poprzedniego systemu, poglądy nie powinny być zanadto subiektywne. Problem polega na tym że póki co, innych w kontekście ryzyka lawinowego niestety u nas w Polsce nie mamy. Trzeba zdać sobie sprawę że dużo ludzi wierzy, że one istnieją, więc denerwuje się i tupie nogami, że trzeba na nie aż tak długo czekać. Oczywiście gdy się pojawią staną się obiektywne-obowiązujące, pytanie tylko kto je wygłosi…na Słowacji już ktoś to zrobił i pozamykał góry na tabliczki informujące jaki pogląd należy wyznawać. 


Z kolei ja bardzo dobrze rozumiem i podzielam poważne obawy społeczności internautów w sprawie tolerancji, co jest niestety kolejnym dowodem na to, że od wojny nie da się uciec.  Trzeba powiedzieć głośno i wyraźnie że tolerancja nie była badana farmakologicznie, nikt nie zna jej skutków ubocznych więc na pewno nie należy jej zbytnio w życiu nadużywać!

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca


sobota, 28 lutego 2015

Cisza i ogień... i wciąż jedno pytanie ktore wciąż zostajebez odpowiedzi!



Pytając dziś o trasę w na granaty ktoś przywołał przykre zdarzenia minionego weekendu i zapytał mnie "czy warto"? Co dalej? Czy ich śmierć zostanie dla nas ostrzeżeniem czy okaże się bezsensowna?


W sumie to jest chyba jedno z pytań na które nie ma żadnej uniwersalnej odpowiedzi! Nie będzie i być nie powinno, bo każdy przeżywa obcowanie w górach inaczej, bo każdy ma mówiąc językiem finansów inną skłonność do ryzyka i krzywą obojętności... I o to przecież chodzi.


Jedni chodzą po górach tylko w lecie, inni również w zimie a jeszcze inni targają solo ośmiotysięczniki bez tlenu... Panowie których tak wspominamy też z pewnością często wybierali góry, i to nie zawsze w idealnych warunkach. Ja też mam swoją skłonność do ryzyka, i wyobraźnie. Wyobraziłem sobie wiatr 80km/h i właśnie będę się pakował:) Granaty zostawiam na okno pogodowe, wybrałem Wołowiec lub Czerwone Wierchy. Nie wiem co będzie jutro i o której wrócę, świeczkę zapaliłem dzisiaj.


Do zobaczenia w górach!


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

czwartek, 26 lutego 2015

NIE TRZEBA NOSIĆ SZPILEK, ŻEBY ZOSTAĆ POGODYNKĄ ;) !

#wojownicykoscielca   #swiniacasmakujewesrode   #mediaprzeginaja

Zagadka: Co to za miejsce?
 



Dobra, podejmę to wyzwanie jeszcze raz... Czas start! Siedzę, myślę nerwowo drapiąc się w czoło, szukam jak oszalały, co nóż stymulując wyobraźnię coraz to przyjemniejszymi bodźcami, mijają minuty i wciąż nie znajduję...zegar tyka kot zaczyna wyć z głodu a ja postanawiam dać za wygraną, pogodzić się z tym faktem i w przypływie bezradności oświadczyć:



Nie ma przyjemniejszej wiadomości pod słońcem w sobotni poranek niż:

"Jedziesz w niedziele w Tatry?

Koleżanka nie ma z kim jechać to może byście się zgadali.”



To, że nie znam koleżanki nie ma najmniejszego znaczenia, od razu następuje gwałtowna reakcja kwalifikująca się pod efekt warunkowy. Jedna ręka jeszcze trzyma telefon, druga już odruchowo w przypływie euforii zaczyna pakować plecak! Po pokoju fruwają raki, czekany, kot który właśnie zaczynał się dobierać do nieprzemakalnych spodni ląduje telemarkiem na łóżku... kask, czołówka, kijki i tak zaczyna wyrastać jedyna w swoim rodzaju góra niezbędnego Tatrowego ekwipunku.



Numer do koleżanki już na telefonie, pomysły na trasę biegają między telefonami w formie wiadomości jak piłeczka pingpongowa i nagle coś mnie tchnęło żeby otworzyć aplikację meteo i zobaczyć jakie będą dokładnie warunki, aby móc bezpośrednio do nich dostosować poziom trudności i z niedowierzania trzy razy przetarłem oczy którym właśnie ukazały się opady śniegu i mgła. No dobra, może to jakiś błąd może trzeba poszukać innych danych lecz inne z „moich” super tajnych źródeł nie pozostawiały wątpliwości, że wyprawa nie może dojść do skutku.



Wniosek: Koleżanka nie sprawdziła pogody?



Pewnie! Super tak kogoś kogoś z miejsca ocenić i podbić swoje męskie ego... ale koleżanka z takiego polecenia, że łatwiej było by mi dać wiarę, że międzynarodowe portale pogodowe celowo przekłamują pogodę w ramach solidarności ze strajkującymi rolnikami w Polsce!



Wniosek po korekcie: Pogoda uległa zmianie!



I niestety nie pierwszy raz prognozy uległy zmianie „na ostatnią chwilę”. To się zdarza dość powszechnie! Pogoda cały czas jest aktualizowana, co implikuje kilka istotnych konsekwencji:

-trzeba sprawdzać ją wielokrotnie do ostatniej chwili!

-prognozy obejmujące okres dłuższy niż trzy dni są jak papier toaletowy i mniej więcej do tego się nadają!

-na powszechnie zadawane pytanie „czy ktoś jest chętny na wyjazd w tatry w sobotę?” można poważnie odpowiedzieć dopiero w okolicach czwartku! Wcześniej można tylko pogdybać...albo skończyć tak:)

Kopa Konracka




Co więcej nie mniej istotna jest jakość informacji pogodowych, oraz ich szczegółowość. Bardzo często występują znaczące różnice w prognozach pomiędzy poszczególnymi portalami! I tu już każdy musi opracować swoją własną strategię „rozpoznania sytuacji”.



A wracając do „moich” super-tajnych źródeł przetestowanych na różne sposoby:


Ten serwis zawiera informacje o sytuacji na wierzchołkach Wołowca, Świnicy Rysów Kasprowego i kilku innych tatrzańskich szczytów, nawet jeżeli nie prezentuje informacji na temat szczytu który jest moim celem, sprawdzam inny wierzchołek który leży w rejonie w który się wybieram. Dla osobistej wygody mam kilka szczytów na stałe podlinkowanych na blogu.



Jeżeli mam potrzebę być bardziej precyzyjny a mojej góreczki nie ma na poprzednim portalu szukam jej na google maps klikam prawym przyciskiem myszki na szczyt, stawiając na nim znaczek „co to jest” i uzyskuje dokładne współrzędne geograficzne przy okazji rzucając okiem na rzeźbę terenu. Drugim krokiem jest wprowadzenie współrzędnych w serwisie: https://www.meteoblue.com







Ale to też nigdy nie daje mi spokoju. Najdokładniejszym a zarazem moim ulubionym sposobem sprawdzania pogody są meteorogramy.


To jest magia, jak się to widzi po raz pierwszy. Warto na tym posiedzieć, bo z takich fusów można czytać przyszłość naprawdę szczegółowo i jak człowiek nabierze wprawy, czasami, w przypływie paranoi można się zastanawiać: „Co się dzieje z tym deszczem? Spóźnia się już piętnaście minut!”



Od jakości pogodowego rekonesansu zależy nasze bezpieczeństwo, więc jeśli macie jakieś lepsze fusy do wróżenia, to podzielcie się waszymi pomysłami w komentarzach! - z korzyścią dla wszystkich:)



Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

środa, 25 lutego 2015

Czy czekan jest jak antykoncepcja? - Wyprawa na Świnicę!






           Góry jakie są każdy widzi, nie mniej jednak wrażenia ludzi którzy na nie patrzą są zdecydowanie subiektywne. Co więcej, można nadać danej górze głębsze znaczenie obdarzać ją sympatią, albo co najgorsze… popaść w dziką fascynację!

Zdecydowanie czuję się winy pod każdym względem, już jako dzieciak wykazałem pierwsze objawy wykupując wszystkie pocztówki ze świniącą, o świcie, o zachodzie słońca, zrobione latem, zimą, z różnych perspektyw, w wersji zwykłej czy panoramicznej, tak się zaczęło…





Pierwszy raz szczyt udało mi się zdobyć gdy miałem piętnaście lat i nie był to jedyny raz, aczkolwiek dalej nie wyobrażałem sobie możliwości wdrapania się tam zimą. Nie mniej jednak na stałe wpisałem ten szczyt w białej szacie na listę marzeń których normalny człowiek nigdy nie zrealizuje, gdzieś pomiędzy lotem w kosmos, a safari po parku jurajskim, aura nieuchwytności tego celu towarzyszyła mi aż do samego szczytu.







Dobudzając się we wtorek poranną kawą spojrzałem na telefon. Wtorek jak wtorek –pomyślałem, różne rzeczy siedzą w ten dzień w telefonach, biorąc go do ręki spodziewałem się, że zaskoczy mnie jakimś smsem, czy postem na FB, góra nieodebranym połączeniem, ostatnią rzeczą jaką bym się spodziewał znaleźć było okno pogodowe na Świnicy, a jednak. Kolejną rzeczą jaką znalazłem, był rozkład jazdy autobusów i aby o sensownej godzinie znaleźć się na szczycie jedyną możliwością z Krakowa był autobus o 22:15, to było jak wyrok, bez zawieszenia.





Nie ma nic bardziej interesującego niż proces pakowania, więc będąc złośliwy postanowiłem go pominąć.





To co było szczególne w tej wyprawie, poza moim postrzeganiem tego szczytu to fakt że po raz pierwszy w zimie szedłem solo, co jeszcze potęgowało uczucie strachu na każdym kroku, ale i to było by do przeżycia. Niestety pierwszy, jedyny i najważniejszy błąd tej wyprawy popełniłem wsiadając do autobusu. Zadzwoniłem do bliskiej osoby żeby jeszcze z kimś pogadać, zanim wyruszę w samotną drogę, niestety zostałem zalany tak potworną falą paniki i możliwych negatywnych scenariuszy, że gdybym nie chodził po górach, a ona opowiadała o kimś innym pomyślał bym że gość oszalał i idzie na pewną śmierć. Koleżanka nigdy nie widziała zimy w górach wysokich, coś przeczytała o alpinizmie, więc oczywiście podszedłem do jej ekspertyz z dystansem, a raczej tak mi się wtedy wydawało. Niestety to co w autobusie wywołuje uśmiech na twarzy, tam wysoko, w samotności, w ciemności potęguje niepewność i panikę, a wtedy zaczynają się błędy…








Podejście zacząłem bardzo powoli, podziwiając uroki tonącego w śniegu Zakopanego, jeszcze jakaś przerwa na kanapkę na Krupówkach, jakieś interakcje z słaniającymi się na nogach niczym zombie imprezowiczami u których mój widok o tej porze wzbudzał zdumienie. Chyba średnio tam pasowałem, ale i tak grupa dziewczyn ochoczo zapraszała mnie na imprezę. W kuźnicach miał miejsce rytuał zakładania całego ekwipunku włączenie czołówki i rozpoczęcie właściwej wędrówki.




Droga przez boczań zawsze była dla mnie kwintesencją znaczenia słów „ciemno” i ‘nudno”, nie inaczej było tym razem, z tą różnicą, że tym razem towarzyszyć mi miały jeszcze lęk i potęgująca go samotność, postanowiłem zatem zatrudnić zespół IRA do umilania wędrówki, i w efekcie droga okazała się bardzo przyjemna. Po dłuższej chwili nastąpiło pierwsze wyjście z lasu i wtedy człowiek dostrzega to co w nocnych wędrówkach po górach zachwyca najbardziej… Gwiazdy. Jako że czasu do świtu miałem sporo a chciałem żeby zastał mnie przed przełęczą, mogłem iść w tempie żółwia, i podziwiać co miałem ochotę.





Pierwsze wątpliwości pojawiły się tuż za murowańcem. Ogólnie nie byłem pewny którędy iść, doszedłem do kolejki i zacząłem się zastanawiać. Było tak ciemno że nie byłem pewny czy widzę Kościelec czy tylko wydaje mi się że coś tam widzę, w końcu znalazłem „coś tam widzę-karb” i zacząłem szukać skrętu w jego stronę. Obszedłem kolejkę i poszedłem za śladami w stronę „coś tam widzę-karbu”, ale też z przekonaniem „najwyżej zawrócę”. Droga ta zawiodła mnie do nienaturalnie wyglądającego wypłaszczenia, które uznałem za staw oraz ostateczne potwierdzenie że jestem na dobrej drodze, teraz trzeba szukać odbicia w prawo.





Góry nie są dla ludzi leniwych, aczkolwiek czasami zdarza się tak że człowiek odkłada pewne rzeczy na „za 50 metrów” i to też uważam za błąd a teraz uzasadnienie. Droga w prawo wiodła przez jezioro i do góry, nie do koca pamiętałem rzeźbę terenu, ani też nie mogłem jej zobaczyć, nie mniej jednak, o tym, że kijki powinny być przytroczone do plecaka a czekan w łapie jak zwykle zorientowałem się kilkadziesiąt metrów za wysoko. No i tak klęczy człowiek jak ta śrota w połowie stromego stoku z kilkami i analizuje. Kijków nie schowam, czekana nie wyciągnę, bo nie ma gdzie, jest zbyt stromo. Są dwie opcje: wyjść albo zejść, zmienić szpej i wyjść. W opcji „wyjść” nie wiadomo za ile metrów i czy w ogóle będzie jakieś wypłaszczenie, a z drugiej strony mimo wszystko łatwiej jest wychodzić niż schodzić… więc zagryzłem zęby i cholernie mało komfortowo wyskrobałem się na bulę na której można było zrobić przerwę i zdawało by się odreagować wspinaczkę bez asekuracji.





Niestety w między czasie zaczęło robić się widno i moim przerażonym oczom ukazał się żleb. Wszystkie trybiki ruszyły, rozmowa z koleżanką z każdym jej scenariuszem i argumentem, całość komunikatu o zagrożeniu lawinowym 2 stopnia z prośbą żeby szczególnie uważać na stoki o nachyleniu północnym, SMS o treści „zawróć, zmień decyzję!”, więc ogólny poziom paniki wzrósł do poziomu krytycznego który zmusza do refleksji nad sensem dalszej wędrówki.








Czy jestem panikarzem? W górach zawsze, ale uważam to za atut. Ciągły strach podczas wspinaczki zmusza do koncentracji, rodzi się masa pytań na które trzeba sobie ciągle odpowiadać: czy skała której się złapałem nie jest luźna, czy czekan który wbiłem siedzi jak trzeba, czy rak którego wbiłem w śnieg, nie wyjedzie razem ze śniegiem. W tym wypadku panika skłaniała mnie do zawrócenia a pytania miały odmienny charakter: Jakie jest nachylenie stoku? ile procent? północne czy południowe, kiedy ostatnio padał śnieg, jakie były od tego czasu temperatury, kto i jak dawno mógł tędy przechodzić ostatnio, dlaczego to cholerstwo musi być takie strome, na ile ten śnieg może być stabilny. Po dwudziestu minutach walki ze strachem stwierdziłem że racjonalne argumenty są prawie jednoznaczne, poszedłem dalej, potem zrobiłem jeszcze jedną przerwę z tego samego powodu po dokończeniu trawersu, u podnóża żlebu.








Żleb na przełęcz świnicką jaki jest każdy widzi, jednak każdy inaczej, ja poznałem już kilka żlebów idąc na Zawrat, Rysy, Karb, ale ten choć najkrótszy z wymienionej trójki budził we mnie największą grozę. Prałem po nim czekanem ile sił, stromo, bardzo stromo, śnieg zmrożony twardy jak lód, ale za to trzymał jak beton, to była męcząca walka, a perspektywa ziejąca pod nogami nie pomagała. Po wyjściu na przełącz miałem już tylko ochotę skręcić w prawo i wcale nie zdziwiły mnie ślady stanowiska asekuracyjnego zbudowanego w formie grzyba śnieżnego, wzmocnionego czekanem, co oznaczało, że moi domniemani poprzednicy mięli zarówno linę jak i olej w głowie. 








Była godzina 7:30 a ja stałem w blasku wschodzącego przed chwilą słońca wyczerpany, z trzęsącymi się jak galareta nogami, paniką w oczach, z rozsypaną psychiką, w obliczu jedynej góry która umie mówić i do tego mnie wzywa. Ale co z tego? Nie mam już na to siły, ten żleb wyglądający jak zjeżdżalnia do piekła podbił sumę wszystkich strachów powyżej poziomu absurdu. Świnica na mnie poczeka, wrócę tu za jakiś czas gdy będę młodszy, piękniejszy, bardziej doświadczony…i myślę że to była najlepsza decyzja.





Cała paranoja trwała jakieś dwie minuty, aczkolwiek przekonanie że zaraz pójdę w kierunku Kasprowego(dobrze że byłem sam bo nawet bym się założył) nie dało mi dojeść rogalika, tak szybko chciało się pożegnać. Napiłem się ciepłego barszczu i podziwiałem jak wyrasta u moich stup góra strachu na którą zaraz spróbuję położyć stopę. I zrobię to właśnie dzisiaj! Bo jest najpiękniejsze okno pogodowe jakie widziałem, czasu do zmierzchu mam…hm zastanówmy się, jest 7:45,  bo szczyt jest już na wyciągnięcie ręki, bo nigdy nie będę młodszy, bo nigdy nie będę miał doświadczenia jak będę uciekał od walki z samym sobą, bo bariery strachu i zmęczenia są po to żeby je łamać i to one mnie niszczą a nie szczyt czy brak doświadczenia, bo za dużo lat na to czekałem żeby poddać się bez logicznego uzasadnienia.





Drogę na szczyt kojarzyłem o tyle o ile, wiedziałem że idzie w górę po kamieniach potem trzyma się prawej strony omijając wierzchołek taternicki, trawersuje żleb Blatona i zaczyna się piąć w górę drogą okutą skalną biżuterią na szczyt właściwy. Ale to nie była moja trasa, moim celem było znaleźć odbicie w lewo i po równie stromej co eksponowanej ścianie bez żadnej biżuterii wyskrobać się na wierzchołek taternicki. Skręt w lewo odnaleziony, droga w górę okazała się być przetarta z kilkoma wariantami wejścia, po czym sobie kto chciał to sobie wychodził, po śniegu, po lodzie po skale…więc starając się minimalizować ryzyko parłem do przodu, obierając kolejne warianty trasy aż około 8:20 marzenie małego dzieciaka stało się prawdą.











Oczywiście piknik na szczycie jest zbyt interesujący żeby o nim pisać.












Zejście zawsze jest trudniejsze niż wyjście, więc pamiętając historie swoją i innych wojowników Kościelca dzielnie walczących o zniesienie o własnych siłach swojego życia do domu spodziewałem się walki która będzie jeszcze gorsza niż wszystkie w drodze na ten szczyt i dzięki mojemu doświadczeniu niestety wcale się nie pomyliłem. Śnieg co chwilę pękał, lód się kruszył, odpadał, ginął gdzieś w otchłani pod spodem, a człowiek stoi na pokurczonych nogach przyklejony do ściany i szuka tego miejsca gdzie czekan złapie tak, żeby można było powiesić na nim samochód osobowy, słonia, albo swoje życie. A co się dzieje jak złapie? To uzębiona bestia i ani myśli puścić, za chwilę trzeba go wyciągnąć i się siłować i to wszystko trwa, a nogi coraz bardziej bolą i łapsko puchnie.





Wydawało mi się, że jestem już blisko czerwonego szlaku gdy nagle zobaczyłem że pode mną nie ma już drogi tylko pionowa skalna płyta…super. I wtedy właśnie przestałem się koncentrować i zacząłem zastanawiać co robić i ku mojemu zdziwieniu usłyszałem, że kolejnym kawałkiem z całego mixu w moim mp3 jest jakiś kawałek boney-M. Jeszcze Lepiej! -pomyślałem. Kto oglądał „Touching the void”, wie jaka była moja pierwsza myśl… Ktoś torując szlak się pomylił, a ja wybrałem ten wariant do nikąd i aby uniknąć „żałosnej śmierci przy boney-M”, musiałem zawrócić i podejść do najbliższego rozejścia.







 Na szczęście 10 merów wyżej znalazłem trawers do właściwego wariantu, zszedłem do czerwonego i wróciłem na przełęcz na której czekało mnie zjawisko dla mnie równie nieprawdopodobne co pojawienie się przystanku tramwajowego „przełęcz świnicka”, na żądanie! No ale to nie był przystanek, tylko człowiek, a nawet nie jeden a troje i wyłaniali się po kolei ze żlebu zadziwiając mnie coraz bardziej. W sumie to wcale nie powinno mnie to aż tak dziwić, w końcu nie mam gór na własność choć w istocie cała podróż do tej pory na to by wskazywała. Natomiast fakt że żadne z nich nie miało na własność czekana i wyszli z tej dziury jedynie z kijkami jest już bardzo dziwny, zwłaszcza, że robiłem tę trasę chwilę temu i wiem jak to wygląda. Rzuciłem im, coś w stylu że są hardkorami żeby się w tak francowaty i stromy teren bez czekana zapuszczać, a oni w odpowiedzi rzucili mi tekstem że tak źle nie było i że idą na Świnice, i to był moment kiedy zbladłem.





Zapytałem na który wierzchołek. I to było głupie pytanie rzucone żeby powiedzieć cokolwiek zanim zbiorę myśli z wrażenia. Powszechnie wiadomo, pouczano i głoszono, że wierzchołek taternicki w zimie jest wariantem łatwiejszym niż zwykły, choć mimo wszystko bez czekana niewykonalny. Ale ledwo zebrałem myśli, popatrzyli na mnie dziwne i stwierdzili że wiadomo, że nie na taternicki. Wtedy totalnie odjęło mi mowę i poczułem że trzeba im to wyperswadować, ale wyczuli to chyba i zaczęli budować jakiś autorytet opowieścią że byli na Kościelcu bez czekanów i dało radę. Ja na Kościelcu w dwóch miejscach o niczym nie marzyłem tak jak o drugim czekanie, ale co ja tam wiem… Może czekan jest jak antykoncepcja, niektórzy wolą bez, a jak będzie wpadka to trudno…






Tak odchodząc z głębokim przekonaniem, że świata nie da się uratować, i lekkim wyrzutem że mimo wszystko za mało się staram, zacząłem posuwać się w kierunku Kasprowego. No tak, wiem, że jest dalej, ale jak spojrzałem na ten świnicki żleb to nabrałem ochoty na dłuższy spacer, pogoda była idealna, słoneczko, ciepełko. Tak sobie myślę, że jakby z tego masywu były tylko dwa warianty zejścia, żlebem świnickim, albo granią aż na Ciemniak i do kościeliskiej… wróciłbym jeszcze bardziej opalony:)


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca