Sezon turystyczny w pełni, choć ilość wypadków trochę mnie przeraża. Każdy w górach czasem miewa głupie pomysły, lub błędne przekonania. Ze sporą częścią z nich miałem bezpośredni kontakt, o innych tylko słyszałem, sam też nie zawsze jestem wzorem do naśladowania. Zebrało się tych kwiatków cały bukiecik, więc postanowiłem przedstawić je w bardzo dosadnej formie. Jeżeli choć jedna osoba po przeczytaniu tego wyciągnie dla siebie jakieś konstruktywne wnioski, cel projektu zostanie osiągnięty.
wtorek, 1 września 2015
Jagnięcy Szczyt (Jahňací štít), "Przed szczytem nie ma odwrotu." Krótka opowieść o MOTYWACJI !!!
Ta wycieczka to była dosłownie randka
w ciemno. Nie wiedziałem jak wygląda ta góra, ani nie znałem
trudności jakie możemy spotkać na trasie i choć pisanie o
trudnościach w lecie na szlaku turystycznym może wywołać czyjś
uśmiech na twarzy, wiedz, że zabrałem na ten spacerek cholernie
ambitną, charakterną, bojowo nastawioną i walczącą samego końca
wojowniczkę która góry widuje tylko na zdjęciach. Powinienem był
sprawdzić tą trasę. Zamiast tego wyszedłem z działającego
częściej w teorii, niż w praktyce założenia „najwyżej
zawrócimy”, zapakowałem dwa plecaki przydatnych zabawek, oddałem
trochę ryzyka w ręce bankierów, zahaczyłem o kantor, zatankowałem
samochód i ochoczo ruszyłem w kierunku Słowacji by zaspokoić
rozgorzałą we mnie ciekawość.
A może tak naprawdę nie sprawdziłem
trasy, żeby nie psuć sobie zabawy? Wyszedłbym wtedy na
nieodpowiedzialnego drania... nie na pewno tak nie było, ani
trochę... wcale, NIE!!! :)
Początek drogi wiedzie bardzo łagodnie
nachyloną doliną Białej wody Kieżmarskiej. Pogoda była
prześliczna a towarzyszka zacnie dotrzymywała kroku. Spacer długą
zalesioną doliną, choć przyjemny, bywa średnio emocjonujący,
więc człowiek ma dużo czasu na zastanawianie się, niczym w
„świątyni dumania”.
Nieuczesana myśl numer jeden: Jaka to
przyjemna droga! Gdzieś ponad koronami drzew słońce operuje jak
szalone, a my cały czas idziemy sobie w cieniu napawając się
zapachem lasu. Droga wznosi się łagodnie dając sto procent
przyjemności, zero zmęczenia. A skoro tak jest to dlaczego prawie
nie ma tu ludzi? Jestem prawie pewien, że właśnie w tej chwili
gdzieś na drodze do gąsienicowej, słońce pacyfikuje sunące
tabuny turystów walczących z dużo ostrzejszym podejściem,
kończącą się wodą i pytaniami zmęczonych dzieci „jak daleko
jeszcze do schroniska?”. A tu cisza spokój las i cień! Dlaczego?
Może po prostu Ta kieżmarska dolina jest brzydsza i dlatego nawet w
środku sezonu nikt tu nie chce chodzić? Dojdziemy to się
przekonamy...
Nieuczesana myśl numer dwa: Dlaczego,
kurna DLACZEGO szlak do Morskiego Oka nie mógł zostać poprowadzony
z podobnych, równiutko ułożonych, przyjemnych stopom kamyczków??
Terenówka minęła nas przed chwilą? Minęła! Jaki inny środek
transportu „musi” dojeżdżać do schroniska??
Po jakimś czasie świątynia dumania
zaczęła się przerzedzać i a naszym oczom ukazała się potęga
majestatu kieżmarskich szczytów! Wszystko co nowe, robi trzy razy
większe wrażenie. W drodze do schroniska, kilkanaście razy miałem
ochotę zasiąść i po prostu smakować ten krajobraz jak
niekończącą się rurkę z bitą śmietaną. Z drugiej strony
zdałem sobie sprawę jak potworny przyjdzie mi robić rachunek
sumienia, za te lata dreptania „w miejscu” wciąż po tych samych
szlakach.
Zachwyt trwał, pod schroniskiem
zrobiliśmy sobie chwile przerwy i choć pod wpływem kobiecych i
górskich uroków nogi potrafią zmięknąć, ruszyliśmy w kierunku
Doliny Jagnięcej. W tym momencie śmiało można powiedzieć, że
zaczynają się schody. Dolina Jagnięca zaczyna się dużo wyżej,
więc aby się do niej dostać trzeba się skrobnąć na uskok,
porównywalnej wielkości jak z rodzimej doliny roztoki do doliny
pięciu stawów polskich. Ale takie strome podejścia mają
niewątpliwe plusy, po pierwsze szybko nabieramy wysokości, po
drugie, zawsze można się na chwile zatrzymać, wyrównać oddech, i
napawać się urokami kolejno: z prawej strony grani Kozich Wierchów
w wersji Kieżmarskiej z lewej wznoszącej się nad Zielonym Stawem
Jastrzębiej Turni. Na mnie większe wrażenie robiła wtedy opcja
nr2..aż naszły mnie pokusy poszukania jednej z tych ścieżek o
której wiedzą tylko wspinacze, kozice, przewodnicy i górscy
renegaci:)
Natomiast Dolina Jagnięca to jest
czysty surowy krajobraz skalnego pustkowia. Z jednej strony porywa z
drugiej strony budzi szacunek. Co jakiś czas głuchą ciszę
przerywa krzyk Tych odważniejszych, którzy postanowili rzucić
górom wyzwanie w o wiele bardziej ambitny sposób. Góry też
przestały zachowywać ciszę co chwilę wydając z siebie głuche
okrzyki spadających z impetem i rozłupujących się skał... Te
odgłosy nie należą do przyjemnych, ale trwają.
Szliśmy dalej wzdłuż dna doliny
mijając kolejno Czerwony oraz Modry staw a naszym oczom w końcu
coraz wyraźniej ukazywał się cel naszej wycieczki. Słońce
operowało już z pełnym impetem, więc gdzieś po drodze
zaliczyliśmy krótką przerwę i mały kryzys u towarzyszki, ale
charakterna z niej babka, więc swym uporem i ambicją rozszarpała
biedny kryzys na strzępy! W drodze do podejścia na Kołowy Przychód
mieliśmy do pokonania dość sporej wielkości pole śnieżne, co
było dla mnie sporym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę że była to
połowa lipca, ale nie było tam ani szczególnie stromo czy
niestabilnie. W końcowym etapie drogi na przełęcz trzeba wbić się
na grań po okutych „górską biżuterią” skałach, i przyznam
się bez bicia, że dalsza droga stała pod dość sporym znakiem
zapytania ze względu na całkowity brak obycia z pokonywaniem takich
trudności przez mą towarzyszkę, ale byłem troszkę zmęczony
upałem i przez nieuwagę zadałem najgłupsze pytania jakie mogłem
zadać:) „Czy dajesz radę?” Ambicja i upór jak to usłyszały z
wściekłości o mało nie dostały ślinotoku po czym rzuciły się
wpadając niczym wygłodniałe tygrysy i rozpętując chemiczne
piekło. Gwałtowne skoki adrenaliny podbijały do granic absurdu
poziom siły i odwagi, aż absurd stał się rzeczywistością i
rozpoczął się proces nazywany potocznie w literaturze „szałem
berserkera”.
Nie spotkałem się w życiu z
przypadkiem, żeby Ktokolwiek tak bardzo walczył, tak mocno zaciskał
zęby i w ogóle nie marudził. Miałem wrażenie, że nawet skalne golemy nie były by w stanie jej zawrócić w ten dzień. Dalsza droga na szczyt, łączy w
sobie wszystkie elementy tego co ludziom sprawia problemy. Jest
stromo, jest ekspozycja, miejscami jakiś wąskie przejście z
widokiem na „o k***a jak tu wysoko!!”, jakaś płyta, kominek,
nawet niezabezpieczona ryska też jest tam obecna. Poza tym ten „plac
zabaw” jest dość spory, to nie jest jakaś Szpiglasowa przełęcz,
gdzie gdzie mamy jakieś 30m łańcucha i koniec zabawy, tylko po
wbiciu na przełęcz wskakujemy na północną stronę grani i gramy
dalej. Tak szczerze, to myślę, że pod względem trudności to
nawet nie jest Zawrat a takie mini „Granaciki żlebiczkiem
Kulczyńskiego”, ale przyjemne, i oczywiście widokowo palce lizać!
Muszę przyznać że pomimo moich
szczerych i nie ukrywam, rosnących wątpliwości i przeszkód, nie
zauważyłem u mojej towarzyszki problemów czy potknięć więc
kilkadziesiąt minut później, około godziny 13:00 zameldowaliśmy
się na szczycie! Nie za bardzo wiedzieliśmy z której strony
usiąść, bo z jednej strony mięliśmy panoramę na Ganek, Wysoką,
Rysy a nawet Krywań z drugiej strony na Kieżmarskie szczyty,
Łomnicę, i z tej perspektywy karłowato wyglądającą Jastrzębią
Turnie i wręcz bardzo okazały Kołowy Szczyt. Wybraliśmy opcję
drugą, aczkolwiek nadrabiając potem dreptaniem wokół szczytu i
strzelaniem fotek.
Droga w dół była oczywiście
znacznie bardziej wymagająca, co wnoszę po wyrazie twarzy i
nieustającej koncentracji mojej koleżanki. W pewnym momencie przy
zejściu kominkiem padło nawet pytanie: „Marcin, co ja mam teraz
zrobić?”, które często wśród turystów bywa używane zamiennie
z takimi pytaniami jak: „co ja tu k***a robię?” lub „jaki jest
numer do TOPR?” a oznacza w wolnym tłumaczeniu, że komuś kończy
się psychika i zaczyna godzić się z myślą że następny krok
może być jego ostatnim. Sam zadawałem dwa pierwsze pytania w tym
roku, zeskrobując się z zimą z wierzchołka Świnicy. Uważam, że
strach w górach jest bardzo zdrowym objawem. Rzuciłem żartobliwie
w odpowiedzi, „Trzymać się mocno i schodzić w dół podziwiając
widoki”. Tak działa ludzka psychika, najpierw strach ma wielkie
oczy, po czym idzie jak po maśle. Chwilę później ja zostałem
wywalony ze strefy komfortu bo nie wiedziałem co się dzieje gdy
łańcuch wydawał mi się podejrzanie luźny... Okazało się że
jest nieprzymocowany z dołu.
Potem już tylko droga w dół, umilana
co jakiś czas możliwością obserwowania gromadek bardzo oswojonych
a nawet powiedziałbym podejrzanie zainteresowanych naszą obecnością
kozic. Jedna z nich zademonstrowała nam swoją osobistą tatrzańską
interpretację popularnego w pewnych środowiskach programu „gwiazdy
tańczą na lodzie” na wspomnianym wcześniej płacie śniegu i
cholernie mi szkoda, że nie zdążyłem tego nagrać, bo z całą
pewnością cała widownia była pod sporym wrażeniem.
Kończąc relację, chciałbym
serdecznie polecić tą wycieczkę, bo naprawdę jest na co
popatrzyć. Do schroniska droga jest trzy razy przyjemniejsza i sześć
razy mniej wymagająca niż styrmanie się przez przełęcz między
kopami do hali gąsienicowej i dalej do stawu, tę opcje polecę
mojej mamie dla która po wyjściu na drugie piętro musi stanąć i
wyregulować oddech. Jak ktoś wytrzyma pół godzinki schodków,
dostanie w nagrodę przepiękny widok na doliną jagnięcą i
możliwość zachwycania się krajobrazem skalistego pustkowia. Samo
wejście na szczyt to już jest kwintesencja przyjemności, ale tu
już każdy musi sobie odpowiedzieć, czy leży to w zasięgu jego
możliwości. I pamiętajcie, to co najważniejsze, do wyrycia raz na
zawsze, NIGDY, POD ŻADNYM POZOREM nie pytać żadnego ambitnego
uparciuszka „Czy dajesz radę??” !!!
wtorek, 11 sierpnia 2015
Czasem NIE, oznacza "JESZCZE NIE"...:D
Jak to jest, że człowiek organizuje wyprawę, sprzęt, ubezpieczenia, budzi się o absurdalnej porze, rajduje przez Małopolskę jak szalony by o trzeciej w nocy zacząć podejście, a mimo wszystko szczyt jak był przeze mnie niezdobyty, tak pozostał?
To naprawdę wydaje się być prawie
tak niedorzeczne jak zaciągnięcie kobiety do hotelowego łóżka i
przekonywanie jej, że warto było by pójść spać i wstać
wypoczętym. Dlaczego takie paranoje w ogóle mogą mieć miejsce?
Ten szczyt był prawie tak niedostępny jak opłacona prostytutka, a
jednak coś, tam na górze nam nie zagrało... zastanówmy się co.
Zacznijmy od sprzętu, był bardzo OK.
Ciężkie górskie buty, goretexy, vibramy, czołówki, apteczki,
spodnie przeciwdeszczowe w plecaku, bluzy, kurtki, wszystko co może
się przydać aby spokojnie przetrwać 24h w warunkach letnich. To
może zawiniła logistyka i brak snu poprzedniej nocy? Może pogoda?
Pewnie jak to zwykle bywa wszystko po trochu, ale zacznijmy od
początku.
Pewnej lipcowej nocy wraz z Towarzyszką
której imienia nie wolno wypowiadać, a której nazwisko jest
bardziej tajne niż zakazane księgi Watykanu, zameldowaliśmy się w
smokowcu o 3:00. Tam okazało się że byliśmy od jakiegoś czasu
śledzeni przez patrol policji, zainteresowanej moją trzeźwością
i celem podróży. Gdy udało nam się przekonać funkcjonariuszy, że
nie prowadzimy działaś zbrojnych ani wywiadowczych pozwolili nam
rozpocząć podejście pod szczyt.
Pierwsza część drogi w blasku
czołówek była najbardziej przyjemna ze względu na rześki poranny
chłodek. Świt zastał nas na tarasie widokowym i tam też
zrobiliśmy krótką przerwę.
Kolejna godzina skrobania się przez
kosówkę w kierunku grani była już znacznie mniej przyjemna. W
sumie darliśmy ostro do przodu celem wdrapania się na szczyt i
zejścia z grani przed hipotetyczną burzą która mogła mieć
miejsce koło południa. To też był jeden z błędów jak mniemam,
bo po dwóch godzinach od porannej przerwy byliśmy już bardzo
zmęczeni. Kolejna sprawa to szlak. Masyw Sławkowskiego to jedna
wielka sterta losowo rozrzuconych kamieni. Od pewnego momentu szlak
jest tam sekwencją namalowanych znaczków dość daleko od siebie.
Nie zauważyłem większej różnicy w tym czy idziemy „szlakiem”,
czy losowo wybranym innym wariantem.
Komfort poruszania się jest po prostu tragiczny i choć droga nie jest jakaś strasznie długa, to pokonywanie jej jest kilkukrotnie bardziej męczące niż np. wyjście na rysy. W zasadzie odnoszę wrażenie, że w porównaniu do Sławka większość szlaków w Polsce jest gładka i przyjemna prawie jak podróż autostradą.
Komfort poruszania się jest po prostu tragiczny i choć droga nie jest jakaś strasznie długa, to pokonywanie jej jest kilkukrotnie bardziej męczące niż np. wyjście na rysy. W zasadzie odnoszę wrażenie, że w porównaniu do Sławka większość szlaków w Polsce jest gładka i przyjemna prawie jak podróż autostradą.
Szliśmy dalej, pokonując kolejne
partie grani i mijając kolejne przed wierzchołki a z każdym
kwadransem niebo pogrążało się w ciemnościach. Wiał wiatr, i
coś tam rozwiewał, ale niestety jakoś nieskutecznie. Nad Łomnicą
zapadła noc a nasz szczyt prawie ginął w granatowych odcieniach
nieba. Strasznie nas to zdemotywowało, bo w zasadzie jest to
najwyżej położona góra w okolicy, większość drogi jest
wytyczona całkiem długą granią i w razie burzy trudno było by
się stamtąd szybko i sprawnie ewakuować. Tak naprawdę ten
czynnik chyba przeważył gdy godzinę od szczytu padła decyzja o
odwrocie.
Oczywiście brak snu poprzedniej nocy też nie pomagał, ale sądząc po tym jak sprawnie poszła droga na dół, byliśmy dalecy od totalnego wyrypania:) Inna sprawa, że w drodze powrotnej poruszaliśmy się jeszcze bardziej „na czuja” bo ilość oznaczeń szlaku spadła z „od czasu do czasu” na „kiedy już Ci się wydaje że nie jesteś na szlaku, mimo wszystko idziesz jeszcze 15 minut i dowiadujesz się że jednak na nim jesteś”. Tuż przed smokowcem złapał nas kilkuminutowy deszczyk, burzy na szczęście nie było. Trochę szkoda, że zawróciliśmy, ale z drugiej strony gdyby w drodze powrotnej dorwała nas burza z gromami rozbijającymi się o wszystkie okoliczne szczyty, napisałbym o tym jak dobrze, że nas tam nie było:)
Oczywiście brak snu poprzedniej nocy też nie pomagał, ale sądząc po tym jak sprawnie poszła droga na dół, byliśmy dalecy od totalnego wyrypania:) Inna sprawa, że w drodze powrotnej poruszaliśmy się jeszcze bardziej „na czuja” bo ilość oznaczeń szlaku spadła z „od czasu do czasu” na „kiedy już Ci się wydaje że nie jesteś na szlaku, mimo wszystko idziesz jeszcze 15 minut i dowiadujesz się że jednak na nim jesteś”. Tuż przed smokowcem złapał nas kilkuminutowy deszczyk, burzy na szczęście nie było. Trochę szkoda, że zawróciliśmy, ale z drugiej strony gdyby w drodze powrotnej dorwała nas burza z gromami rozbijającymi się o wszystkie okoliczne szczyty, napisałbym o tym jak dobrze, że nas tam nie było:)
Koniec końców mam jeszcze większe
parcie na ten szczyt i jest to oczywiste, gdyż niczym kapryśnie
dziewczę, udające niedostępną dwa razy odesłał mnie z kwitkiem,
dokładając do już rozpalonego pieca z napisem Pożądanie. Lecz jak
śpiewał poeta „Nic się nie kończy prostym Tak lub Nie i nie na
darmo giną wojownicy”. Między mną a sławkowskim pionki
pozostają w grze a wejście na szczyt będzie tym bardziej
intensywnym przeżyciem im dłuższą drogę będę musiał pokonać
w drodze na niego. W lekko perwersyjnym nastroju życzę wszystkim
czerpania radości ze zdobywania wszystkiego co kapryśne i
przyjemnego szczytowania!
czwartek, 21 maja 2015
Opowiedzieć komuś o wyprawie w Góry, to jest WYZWANIE !
Więcej gestów! WIĘCEJ GESTÓW ! ! – rzekł artysta do Lucyfera
kręcąc film o końcu świata.
Taki film musi mieć wyraz, a słowa są najbardziej
upośledzonym nośnikiem treści…
No właśnie… Często rozmawiam z ludźmi o górach i jako, że
temat generalnie wzbudza wiele kontrowersji, są to rozmowy o wiele bardziej
trudne, wymagające odpowiedniej finezji i spostrzegawczości. Czasem chciało by
się przemilczeć pewne szczegóły, aby ktoś z bliskich nie dostał zawału, czasem rozmówca woli się nie wypowiadać… Podam
kilka abstrakcyjnych przykładów.
Gdy opowiadając o kolejnej wyprawie, powiem np. słowo
„Kościelec”, raczej nie powinno to wzbudzać większego przerażenia w moim
rozmówcy. To zwykła góra, jakich wiele i nie ma w jej nazwie nic bardziej złego
niż w słowie „Kozi Wierch”. Skąd więc ten paniczny lęk, pełne dramaturgii próby
powstrzymania mnie jak bym co najmniej użył słowa „K2”?
Więcej gestów! WIĘCEJ GESTÓW ! ! – rzekł artysta do Lucyfera
kręcąc film o końcu świata.
A może mówiąc słowo Kościelec, moje oczy rozświetliły
panujący w pokoju mrok, niczym latarnia morska? Może mam wypisane na twarzy, że
w drodze na ten szczyt nie wycofam się, choćby i stado niedźwiedzi stanęło mi
na drodze. Mieszanka szaleństwa i pożądania na punkcie jakiejkolwiek góry, jest
równie niebezpieczna co powszechna. Czy można nad nią zapanować? Trochę nawet
trzeba. Ale najgorsze jest to, że choć jest to sprawa osobista, o której
chciało by się nikomu nie mówić i zachować dla siebie i cholernie się tego
wstydzić, prawda wycieka z człowieka jak woda z dziurawego wiadra za sprawą
jednego spojrzenia i jest „pozamiatane”.
Z innej beczki… Gdy opowiadam o jakiejś wyprawie łączącej w
sobie elementy przygody, ryzyka, sukcesu, szczęścia, troszkę też głupoty i
brawury. Chciałbym uzyskać jakiś komentarz, cokolwiek co pozwoliło by mi
stwierdzić, jak moje decyzje są postrzegane przez rozmówcę. Powiedzmy, że jego
danie z jakichś przyczyn, np. posiadanego doświadczenia jest dla mnie istotne i
może rzutować na decyzje w kolejnych wyprawach… Opowiadam szczegóły, które są
nawet bardzo niewygodne i czekam na jakikolwiek komentarz…
Nie ma żadnego... Padają zdawkowe odpowiedzi, festiwal
różnorakich grymasów na twarzy i mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu cały czas
kryzie się w język, aż krew spływa do żołądka…
Więcej gestów! WIĘCEJ GESTÓW ! ! – rzekł artysta do Lucyfera
kręcąc film o końcu świata.
A może ta milcząca symfonia znaków, gestów i spojrzeń niesie
za sobą dziesięć razy więcej treści niż te bezpowrotnie zagryzione słowa. Może
fajnie było by je usłyszeć, ale w zasadzie skoro jest dla mnie oczywiste co
rozmówca o mnie myśli, to czy jest sens tracić energie na ubieranie tego w
słowa?
Rozumiecie do czego zmierzam?
Jeżeli celem rozmowy jest opowiedzenie czegoś w taki sposób,
aby rozmówca pozostał spokojny i się nie martwił, lepiej porozmawiać o tym
przez telefon, albo mailowo/smsowo czy tekstowo.
Z kolei w sytuacji gdy opowiadając komuś o wyprawie zależy
nam na maksymalnym zrozumieniu, należy zadbać aby rozmowa odbywała się przy
użyciu wszystkich dostępnych kanałów informacji, ruszyć dupsko w kierunku
rozmówcy i podczas rozmowy od czasu do czasu schładzać gardło zimnym piwem…
symfonia mowy ciała.
WIĘCEJ GESTÓW!
Aż chciało by się podziękować Artyście, że w erze cyfryzacji,
przypomina jak to jest pozostać człowiekiem.
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca
piątek, 15 maja 2015
"... zadzwoniłem po chłopaków z TOPR (to żaden wstyd!)" Historia pewnej wyprawy i akcji ratunkowej na Kościelcu.
| Grań Kościelca |
Kościelec zawsze był dla mnie wyrastającą ponad Czarny staw gąsienicowy górą strachu. Nazwa bloga, oraz historia opisana tu:
http://wojownicykoscielca.blogspot.com/2015/02/wojownicy-koscielca-zabijaka-z-wyboru.html
również dowodzi, że ma dla mnie szczególne znaczenie.
Po opublikowaniu ostatniego wpisu jeden z komentujących opisał swoje osobiste doświadczenia związane z tym szczytem. Historia jest naprawdę mocna, i od razu mówię, że dominuje w niej przewaga treści nad formą!
Po pierwsze, rzadkością jest by ktoś maił na tyle cywilnej odwagi, by publicznie przyznać się do błędu (bo skoro w pewnym momencie ktoś wzywa śmigło będąc równie sprawnym, co przy podejmowaniu decyzji o wyjściu, to jakiś błąd musiał zostać popełniony), udzielić zgody na publikację i nalegać bym podpisał go imieniem i nazwiskiem. Za to należy należy się szacunek!
Po drugie, dla mnie jest to historia opowiadająca o tym, że człowiek w trudnych warunkach, potrafił podjąć bardzo trudną decyzję, która prawdopodobnie uratowała mu życie. Nie wiem jak Ty, czytelniku i komentujący, ale ja osobiście czuje, że nie mam prawa poddawać jego decyzję jakiejkolwiek ocenie!
Po trzecie jeszcze raz podkreślę, że wszystko co jest poniżej napisane odnoście warunków oraz ryzyka jest subiektywną oceną jej autora, którą sam, walcząc o swoje życie, miał obowiązek dokonywać na bieżąco. Wywiązał się z tego, biorąc pod uwagę swoje własne możliwości, i to pozwoliło mu wrócić bezpiecznie do domu i dziś opisać nam swoją historie.
Zapraszam do lektury:
"Tak ze swej strony:
może mniej epicko.
Po raz pierwszy zimą wylazłem na Kościelec w 1992 r. Śniegu było sporo, był dobrze związany. Od Czarnego Stawu napierałem letnim wariantem, z tym że drąc prosto do góry, przed samą granią Małego Kościelca przebijałem się przez niewielki nawis (dziś oczywiście stukam się w czoło!). W rakach szło się wyśmienicie. Pomijając uskoki, które trzeba było pokonać tak jak latem, całe północne zbocze Kościelca napierałem wprost w górę. Ostatni uskok pod szczytem to jest pewnego rodzaju problem: latem to drabina ze skalnych stopni i chwytów, zimą nie jest zbyt ciekawie; w górę się wlezie, w dół gorzej...
Wlazłem. Gdy złaziłem, w tym miejscu się nieco obsunąłem, czekan, brak świadomości co może być dalej... adrenalinki nieco... Nic się nie stało. Zlazłem, po swoich śladach, głównie przodem do stoku, trwa dłużej ale bezpieczniej, tam gdzie mniej stromo, nogi się ustawia bokiem do stoku, by jak największa ilość zębów raków pracowała, jest wtedy szybciej. Zszedłem przez "pojezierze". Ślad był założony dobrze, więc to już spacer.
Drugi raz wybrałem się kilka lat temu, po 20 latach wspinania, ale letniego. Szedłem od pojezierza, jakiś idiota założył ślad tak, że gdzieś właziło się i nad uskokiem trawersowało po kosówkach, gdzie nogi grzęzły. No ale... taki ślad, to wszyscy już potem tak idą...
Zbocze z dołu wyglądało na zaśnieżone, ale z bliska okazało się, że idzie się tak jak latem, bo jest tylko wąski języczek podziabanego rakami lodu na samym szlaku, a tak poza tym to jest tylko goła przyprószona śniegiem skała, i w sumie nie wiadomo po co ten czekan. Trzeba było tylko uważać by się nie potknąć. No i właśnie... ten uskok pod wierzchołkiem..., w górę z lekką już trudnością (bo warunki marne a 20 latek przybyło i kilkanaście kilo).
Skalkulowałem że tym razem w dół może być niedobrze, a tam jest tak, że stok jest nachylony na zachód, czego z dołu nie widać (warto o tym wiedzieć!) i jak się nie wyhamuje to się leci w zachodnią ścianę, a 100-metrowego lotu przez ścianę się nie przeżywa... 3 tygodnie wcześniej zabił się tam 18-letni chłopak z Warszawy. Więc... zadzwoniłem po chłopaków z TOPR (to żaden wstyd!). Przylecieli, wszystko grzecznie i profesjonalnie i z poczuciem humoru. Nawet, jak się potem okazało, filmik "pamiątkowy" nakręcili.
To tak ku rozwadze!
A filmik jest tu:
https://www.youtube.com/watch?v=CFNt03aq6eg"Jacek Rządkowski
Podobał się artykuł? Zapraszamy na Fanpage:)
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca
piątek, 1 maja 2015
Raz Się ŻYJE, czyli historia złamanego skrzydła…
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem postać w dresiku i adidasach
szturmującego żleb pod rysami, nie czułem oburzenia, pogardy czy nienawiści.
Poczułem jedynie nadzieje, że mu się uda. Miałem ochotę go błagać żeby po
ubraniu raków wstał i doszedł do końca. Wtedy chociaż jedna osoba zdobyła by tą
górę w sposób bardziej kretyński ode mnie! Nie udało się, więc w dalszym korona
króla głupoty za największy idiotyzm na rysach, a może nawet w całych tatrach
od tylu lat ciąży na mojej głowie i chyba już tak zostanie.
Nie sądziłem że kiedykolwiek będę w stanie opowiedzieć tą
historię ze szczegółami, ale ostatnio po raz kolejny usłyszałem, że w tatrach
jestem osobą bardzo zachowawczą i jakby dotarło do mnie, że ta historia nie
opowiada już o mnie ale o zupełnie innym człowieku. Odcinam się od tego to tu
napiszę, tak mocno jak tylko się da, a jednocześnie pamiętam wszystko jak by to
było wczoraj. Dziś może jestem zachowawczy, ale nie zawsze tak było.
Cofnijmy zegar o jakieś osiem lat.
Młodość, czasy liceum. Taka młodość która nie uznaje słowa
pokora. Młodość która w głębokiej pogardzie ma prawa i zasady. Młodość która
drwi sobie z niebezpieczeństwa, za nic nie uznaje kompromisów i nigdy się nie
poddaje.
Chodziłem po Tatrach tylko latem, i czułem się tam jak
kozica. Wiatr we włosach, oczywiście długich, adidaski i bluza przewiązana
wokół pasa.. to byłem ja.
-Szlak na 12 godzin?
-Jakie 12, Góra 8!!
Nikt na szlaku mnie nigdy nie wyprzedzał i największą
zagadką Tatr było: ‘Co ci wszyscy ludzie się tak wloką, dźwigają słonie w
plecakach??”
Czułem się wolny i wiedziałem, że ta wolność mi się należy.
Z dziką radością obskakiwałem tłumy turystów i zaliczałem kolejne szczyty, jak
można zaliczać chętne panienki na imprezach.
W końcu przyszedł czerwiec i kurs skałkowy, to dopiero
złapałem Pana Boga za nogi… Nic nie dawało tyle radości co skała! Ciągłe
wytaczanie wojny swoim fizycznym słabością o ten jeden kluczowy przechwyt
decydujący o twoim „wyjść albo nie wyjść” oraz nieziemska radość z każdej
poprowadzonej drogi. Tam poznałem Grzesia, miał wtedy około 30 lat, trochę
pogadaliśmy przez te kilka dni i wymieniliśmy się numerami. Niestety po kursie
straciliśmy kontakt, aż w końcu nastał wrzesień i postanowiłem ten kontakt
odnowić.
Zadzwoniłem do niego i zaproponowałem wspólny wyjazd w
tatry, czysto turystycznie. Ugadywaliśmy się na jakąś niedzielę, gdy Grzesiu
zadał mi pytanie „wstajemy o 2:00 i atakujemy rysy, czy o 4:00 i wybieramy coś
łatwiejszego?”. Oczywiście moja odpowiedź w tamtym okresie mogła być tylko
jedna.
Dzień przed wyprawą musiałem zasłyszeć coś o śniegu w
tatrach, prawdopodobnie z telewizji, to było wtedy główne źródło wiedzy o
pogodzie jakim się posługiwałem. Z głębokim przekonaniem, że jest to
niepotrzebne, aczkolwiek nie zaszkodzi zabrać na wszelki wypadek, udałem się do
kolegi który mógł posiadać raki i czekan po małą pożyczkę. Dostałem od niego:
raki w technologii paskowej których prawdę mówiąc, do dziś nie potrafiłbym
dobrze zawiązać, instrukcję jak w nich chodzić, żeby się nie zabić. Drugi
artefakt który od niego otrzymałem to czekan, ale nie taki jakim dziś się
wszyscy posługujemy, tylko od dawna emerytowany historyczny czekan, warzący
ponad kilo, z drewnianym styliskiem i wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem
taternika dla którego został stworzony. Kolega oczywiście postarał się
wytłumaczyć mi co to znaczy hamowanie czekanem i jak to się robi w zależności
od tego w jakiej pozycji zjazdowej jesteś. Niestety w Krakowie nie było śniegu
a więc i możliwości sprawdzania jak to się ma do praktyki. Buty miałem już te w
których chodzę do dzisiaj i co do reszty sprzętu też nie mam żadnych
zastrzeżeń. Nocy nie przespałem, czasem tak bywa, gdy chce się następnego dnia
dokonywać wielkich rzeczy.
To by było na tyle apropo przygotowania do pierwszej zimowej-wrześniowej wyprawy swojego życia.
To by było na tyle apropo przygotowania do pierwszej zimowej-wrześniowej wyprawy swojego życia.
Zastanawiam się jakie to uczucie gdy jesteś już od lat na
emeryturze, zbierasz kurz i podnosisz estetyczne walory danego pomieszczenia, a
młody pachoł bez pytania zabiera Cię na ostatnią, i może najbardziej
niebezpieczną wyprawę w twojej czekanowej karierze…
Gdy przyjechaliśmy do palenicy, było jeszcze ciemno. Kolega
Grzesiu miał ze sobą kijki trekkingowe ale wtedy nie wyobrażałem sobie do czego
one mogą się przydawać, poza przeszkadzaniem w czerpaniu przyjemności z
wędrówki. Pomaszerowaliśmy w stronę morskiego oka, wsłuchując się ryczące
nieopodal jelenie. Gdzieś po drodze wyprzedziła nas pakra, było dla mnie sporym
zaskoczeniem, że ktoś idzie szybciej ode mnie. Zaraz za morskim okiem zaczęły
się śniegi i oblodzenia. Szło się trudniej, ale nie zrobiło to na nas żadnego
wrażenia. Wiedzieliśmy, że jak będzie straszna tragedia, to zawrócimy… w
baaaaaaardzo daleko posuniętej ostateczności. W połowie drogi do buli,
spotkaliśmy wycofującą się parkę. Zapytaliśmy o warunki, powiedzieli, że cały
szczyt przykrywają masy śniegu, nie ma warunków i bez sprzętu nie da rady. Tak
jednym uchem mi to wleciało, drugim wyleciało. W ogóle byli jacyś niespokojni,
spanikowani. Pomyślałem, że to na pewno nie jest ich dzień, za to nasz w stu
procentach TAK!
Chwilę później pokonując kolejne zalodzone kamienie
wyszliśmy na bulę, a tam ZIMA! Absolutna, jedyna jaką kiedykolwiek we wrześniu
widziałem. Zero skał, zero łańcuchów, zero szlaków… Wszystko przykryte solidną
warstwą znakomicie zmrożonej pokrywy śnieżnej, nie mokrego dziadostwa, czy
puchu, tylko twardej i stabilnej jak marzenie. Nie do uwierzenia, istna
pogodowa anomalia.
Starałem się założyć raki, starałem jak tylko mogłem. Tak
bardzo chciałem żeby mi nigdy nie spadły, że aż mi się to udało. Zrobiliśmy
chwilę przerwy, zapytałem Grzesia którędy się tam wychodzi. Żaden z nas nie
wiedział o istnieniu żlebów czy wariantów zimowych, a ja nie wiedziałem nawet
którędy przebiega wariant letni. Na szczęście Grzesiu wiedział.
To był najpiękniejszy moment tej wyprawy! Żadnych śladów,
żadnych szlaków cholernie strome śnieżno-lodowe podejście, taniec raków i
czekana. Szliśmy prosto w górę, łańcuch w prawdzie jakoś tam kluczy po tych
skałach, ale leżący metr pod śniegiem głosu nie mają! Nigdy wcześniej tak
szybko nie nabierałem wysokości, było stromo jak diabli. Nie do opowiedzenia
jest to uczucie dzikiej satysfakcji gdy czujesz, że z każdym krokiem pokonujesz
tego śnieżnego potwora, a spoglądając co jakiś czas w dół widzisz jak ziejąca
pod tobą otchłań rośnie w siłę. To była naprawdę dobra walka, i chyba
najpiękniejsze wspomnienie związane z górami jakie pamiętam. Do dziś nie wiem
jakim cudem Grzesiu dawał radę bez sprzętu toczyć ten bój, ale toczył cały czas
równo ze mną, parł jak pantera i posuwaliśmy się w górę. Finalnie, koło
południa, może trzynastej po godzinach szturmowania osiągnęliśmy polski
wierzchołek.
Dla takich chwil warto żyć!
Na szczycie spotkaliśmy kilka osób. Zdecydowanie nie
przypominali niedzielnych turystów. Zdziwieni naszą obecnością zapytali skąd
przyszliśmy. Byli trochę oburzeni, że nie jesteśmy odpowiednio przygotowani i
wytłumaczyli nam którędy powinniśmy byli wychodzić. Zapytałem ich czy na pewno
chodzi tę cholernie stromą rynnę przypominającą zjeżdżalnie prosto do piekła?
Bezlitośnie przytaknęli, a ja zamilkłem, by po chwili rozpocząć z Grzesiem
naszą pożegnalną rozmowę:
-To co teraz robimy?
-Schodzimy na dół!
-Którędy zamierzasz schodzić?
-No tamtym żlebem, tak jak mówili.
Tak! Grzesiu chciał schodzić tym stromym żlebem, bez raków i
czekana, a wtedy zapaliła mi się jaskrawo czerwona lampka. Ale to nie jest taka
lampka, jak dzisiaj, mówiąca „jest niebezpiecznie, warunki nie zapewniają
dostatecznego poziomu bezpieczeństwa”. W tamtych czasach czerwona lampka
oznaczała „stary daj mi numer do twojej matki, bo będę musiał jeszcze dzisiaj
zadzwonić do niej i wytłumaczyć dlaczego musi Cię identyfikować!”.
Próbowałem, starałem się sugerować mu zejście na Słowację,
gdzie podobno jest bezpieczniej, tłumaczyłem że trzeba tak zrobić i złamać
odwieczną zasadę o nie rozdzielaniu się. Ja sam nie mogłem schodzić na
Słowację, chodziło chyba o brak dokumentów. Bałem się że złapie mnie straszny
pan policjant/celnik, zawiezie na jakiś komisariat, będzie dzwonić po rodziców…
chyba naprawdę wierzyłem, że jeśli tam zejdę, grozi mi dość poważna afera
międzynarodowa. A Grzesiu miał problem żeby się rozdzielić, bo było nie było
miał te 10 latek więcej i czół się za mnie odpowiedzialny, do tego stopnia, że
bez wahania wpakowałby się za mną w ten żleb, z którego nie miałby żadnych
szans wrócić cało.
Gdy żadne argumenty merytoryczne nie pomagają, trzeba
zastosować argument ostateczny, a brzmiał on mniej więcej tak: „Schodzę tam, bo
mam raki, schodzę tam bo mam czekan. Proszę, potrzymaj, przyjrzyj się i
zapamiętaj jaki jest ciężki szpiczasty i twardy. Jak spróbujesz wejść za mną w
ten żleb, to wbiję ci go w głowę! ”
W ten sposób drużyna się rozpadła, zostałem sam. Poczułem
swego rodzaju ulgę i poczucie, że robiłem to co trzeba było zrobić, a
dokładniej, to co wtedy myślałem że trzeba zrobić.
Więc zamiast schodzić na Słowację i wrócić bezpiecznie do
domu naginając jakiś gówno znaczący paragraf, stanąłem samotnie nad krawędzią
rysy i zacząłem poważnie zastanawiać się czy to nie jest jakiś żart, czy koleś
mnie nie okłamał. Nie widziałem tam drogi, dla mnie to było urwisko, przepaść,
jakby świat kończył się w tym właśnie miejscu, a niżej zionęła tylko bezgraniczna
pustka.
Mimo wszystko zrobiłem pierwszy krok, potem drugi, trzeci
czwarty, piąty, poślizg, gleba i jazda!
Obrót, czekan i osiemnaście lat życia przelatującego przed
oczami, a potem cisza. Leżałem kilka minut i wsłuchiwałem się w rytm galopującego
serducha od nadmiaru strachu i koszmarnej dawki adrenaliny. Nie miałem siły się
podnieść, więc czekałem ściskając ten starożytny czekan.
W końcu udało mi się wstać i kontynuować drogę w dół, a
więc: pierwszy krok, potem drugi, trzeci, czwarty, jeszcze kilkanaście, poślizg,
gleba i jazda w dół!
Wyobrażasz sobie jak szybko tam się nabiera prędkości?
Prawie jak byś zaczynał spadać!
Obrót, czekan i osiemnaście lat życia przelatującego przed
oczami, a potem cisza i dudniące serducho.
Drugie hamowanie czekanem w życiu, w tym drugie udane, kilo
w portkach i znowu czekam i zbieram siły żeby wstać, a gdy wstałem i ruszyłem
dalej, musiałem hamować po raz trzeci, czwarty oraz piąty…
Tym razem leżałem znacznie dłużej, nie wiedziałem powodu
żeby wstawać. Przyszła do mnie taka świadomość końca, którą tak po prostu
zwyczajnie zaakceptowałem. Jakoś sobie to wytłumaczyłem, że prowadziłem życie
na krawędzi, pełne wspaniałych przygód jakich większość osób nie doświadczy
nigdy i teraz będę musiał zapłacić skumulowaną cenę za to wszystko, pytanie czy
zaraz po tym jak wstanę, czy trzy hamowania później. Pogodziłem się z tym że
tak będzie i zacząłem się śmiać. Nie wiem skąd się wziął śmiech w takim
momencie, ale przez jakiś czas nie mogłem go opanować.
Potem zacząłem się modlić, ale nie jakoś rozpaczliwie i
błagalnie, to było trochę jak bym dzwonił do wujka z gdańska żeby poinformować
go że właśnie kończę się pakować i za godzinę mam autobus. Totalna akceptacja,
potem już tylko walka do samego końca.
Nie miałem już skrzydeł, nie miałem nadziei… Na tej górze
nie było już kozaka. Podniosłem się i poszedłem dalej z jednego powodu, bo
poczułem taką niewyobrażalnie silną ludzką potrzebę zachowania godności,
umierania z podniesioną głową. Nieprawdopodobne jak ta potrzeba jest silna,
nawet w tak skrajnie rozpaczliwej sytuacji. Od tamtego momentu za każdym razem gdy
upadałem i się podnosiłem ta potrzeba walki do końca, motywowała mnie żeby
działać dalej.
Ktoś się spyta dlaczego nie zadzwoniłem po TOPR… Ale z czym
bym miał dzwonić? Nie złamałem nogi, nie skręciłem kolana, byłem młody, zdrowy,
wysportowany, miałem sprzęt i okno pogodowe! Miałbym zadzwonić i tłumaczyć
ratownikowi dyżurnemu że pomimo tego, że nic złego się nie stało, proszę żeby
rozpoczęli akcję ratunkową, bo nie potrafię utrzymać równowagi i wywalam się w
tych rakach jak dziecko? Litości! Nawet mi to przez myśl nie przeszło, tu też
potrzeba własnej godności wygrywa z potrzebą przeżycia.
Szedłem dalej, a ta nowa życiowa postawa zaczęła przynosić
pozytywne rezultaty. Przestałem się tak strasznie denerwować bo już nie
walczyłem o życie, tylko o godność. I ten prosty zabieg psychologiczny
gwałtownie obniżył zarówno poziom stresu jak i adrenaliny. Mogłem bardziej
skupić się na drodze, i wypróbować różne warianty techniki schodzenia. Zacząłem
upadać coraz rzadziej, i oczywiście hamować je coraz szybciej. Gdy doszedłem do
połowy żlebu przestałem upadać. Miałem opracowaną technikę schodzenia która
działała, a co więcej zaczynała przynosić pewne znamiona przyjemności. Był to
też pierwszy moment w którym przez głowę przeszła mi jakaś nie nachalna myśl,
że to się może udać.
W sumie w żlebie pod rysami hamowałem ponad dwadzieścia razy
i spędziłem w nim około 3 godziny, choć dla mnie była to cała wieczność.
Potem było już tylko lepiej, szło to już całkiem sprawnie a
po jakimś czasie żlebisko zaczęło się kurczyć i zamieniać w karłowatego
krasnala. Koniec żlebu był prawdziwą
metą tej wyprawy. To był moment w którym poczułem że wygrałem, swoje życie i za nic nikomu nie dam sobie go odebrać!
To miał być absolutny koniec turystyki zimowej i jak widać trochę nie wyszło, ale od tamtej pory przez następne 6 lat nie odważę się pojechać zimą w
tatry.
Dziś znowu jeżdżę, robię trudniejsze rzeczy, czasem sobie nawet trochę pozwalam, mimo wszystko koledzy którzy lubią robić ataki szczytowe w różnych skrajnych warunkach, nieraz ostro „na krawędzi” mają mnie za osobę raczej zachowawczą, i bardzo dobrze.
Ile razy w życiu można zdobyć absolutny i nieosiągalny dla
nikogo szczyt głupoty ludzkiej i przeżyć??
Subskrybuj:
Posty (Atom)








