sobota, 7 marca 2015

„You've Been Dreaming. Now, It's Time to Wake Up!”




Ten cytat z filmu Avatar, znakomicie podsumowuje wszystko o czym zaraz opowiem, ale zacznijmy od początku...



W sobotę byłem już pewny, że gdzieś pojadę. Pogoda w niedziele miała nie być idealna, ale jednocześnie nie wyglądała dostatecznie przerażająco aby mnie zniechęcić. Temperatury lekko na minusie, lawinowa dwójka, zachmurzenie umiarkowane i wiatr „w porywach” do 80km/h...



Problem był z wymyśleniem trasy, po głowie zaczęły mi chodzić jakieś granaty, żleby Kulczyńskiego, Kozie Wierchy, zacząłem zadawać pytania i analizować różne warianty. Ambicja była! Żądza przygody też, zabrakło tylko zdecydowania. W końcu po dłuższej chłodnej kalkulacji padło na Wołowiec w tatrach zachodnich, a ostateczny argument którym przekonałem siebie i swoje męskie Ego do tego rozwiązania brzmiał z grubsza tak:



Lepsze trzy szczytowania niż jeden wycof!”



Droga do zakopanego minęła szybko, gwarząc o ostatnich górskich poczynaniach mijaliśmy wioski i miasteczka skąpane w mroku niedzielnego poranka. Lubię tę część wyprawy... Jest to nie tylko okazja, żeby kogoś lepiej poznać, ale też szansa na zbudowanie głębokiego przekonania że gramy w jednej drużynie.



Rozmowy ciągnęły się długo a krajobraz się zmieniał... pagórki zamieniły się w góry, mrok zamienił się w mgłę, która wkrótce też ustąpiła, noc zamieniła się w dzień i śniegu było coraz więcej, aż finalnie adidasy zamieniły się w trepy a przejażdżka w spacer po dolinie chochołowskiej.






Tutaj również dominowała sielankowa atmosfera. Oprócz nieustających rozmów pamiętam jedynie charakterystyczną grupę górskich zabijaków jak wywnioskowałem po krótkiej rozmowie dość dobrze obytych i zasuwających na tą samą górkę co my. Na do widzenia rzuciłem jakieś „do zobaczenia na szczycie”, usłyszałem jakieś „nie będziemy tam na was długo czekać”.






Przy schronisku „uzbroiliśmy” trepy, coś tam zjedliśmy i podbudowani zastrzykiem energii zaczęliśmy podejście w stronę Grzesia. Droga była bardzo dobra, więc szliśmy dość szybko. Oczywiście w górach zawsze coś zachwyca, ja tym razem wpadłem w zachwyt na widok lasu. Nie wiem dlaczego, czym on się różni od lasu w okolicach kuźnic, mOka czy doliny roztoki, ale właśnie tutaj poczułem się trochę jak mała dziewczynka która przed chwilą wyszła z szafy.



Byłem prawie pewny że spotkam fauna, za nic natomiast nie spodziewałbym się że przepruje koło mnie po tym śniegu, rozpędzony rowerzysta. Góry potrafią zaskoczyć! Oczywiście to nie był koniec niespodzianek, prawdziwe zaskoczenie było jeszcze przed nami gdyż las zaczął się przerzedzać a w oddali malowała się biała otwarta przestrzeń.






Pierwszy podmuch wiatru był jak strzał w pysk od dziewczyny z którą właśnie pierwszy raz się kochasz. Jedno wielkie „WTF ? ? ?”. Ale padł kolejny strzał i kolejny... Temperatura odczuwalna nagle zamieniła się w wyrok skazujący na hipotermię, a ja dowiedziałem się jak szybko człowiek może zdjąć plecak, wyciągnąć z niego kurtkę, założyć ją, zapiąć i założyć plecak, gdy poczuje nagły przypływ motywacji.



Ruszyliśmy dalej, ale wcale nie było dużo lepiej. Wietrzysko wiało cały czas, wyrywało kijki z rąk, zdzira dalej prała po pysku, dodatkowo piorąc po twarzy białym piachem przesypującym się z jednej strony stoku na drugą. Dźwięki jakie temu towarzyszyły przypominały wszystkie możliwe rodzaje szumów i świstów, od pociągu towarowego po czajnik na gazie. W końcu wyszliśmy na grań, tam prawie zwiało mi czapkę z głowy, aż założyłem kaptur. Grześ był już na wyciągnięcie ręki, był na nim krzyż, z kolei obok nas klęcząca postać która wcale się nie modliła, próbowała po prostu napić się czegoś, czy dodatkowo się doubierać. Potem minęły nas jeszcze jakieś zawracające kobiety. W ogóle mnie o nie zaskoczyło, sam nie pragnąłem już niczego innego tylko wracać, ten wiar naprawdę aż bolał. Ostatnie metry były najgorsze, co chwilę dostawialiśmy bocznym piaskiem w pysk. A gdy wyszliśmy na szczyt walnęło z taką siłą że cofnęło mnie o pół metra i wtedy jedno do mnie dotarło, że to już koniec wędrówki!






Na szczycie staliśmy może 15 minut. Miotało mną jak szmatą, a ja próbowałem zrobić jakiekolwiek zdjęcie uważając żeby nie wywiało mi z ręki telefonu. Waśnie w tym momencie spojrzałem na ten krzyż i zacząłem się zastanawiać. Może jestem dokładnie w tym miejscu w którym powinienem być, czy to nie jest pokuta na którą zasłużyłem? jeszcze wczoraj widząc dokładnie jak mocno będzie wiać imaginowałem sobie jakieś kozie wierchy i cuda na kiju, a tu po wyjściu na Grzesia ucieknę i schowam się z powrotem do lasku? Przypomniał mi się jeszcze ten cholerny cytat z Avatara: „You've Been Dreaming. Now, It's Time to Wake Up!”. Popatrzyłem się na Rakoń, wyglądał w tych warunkach jak by był na drugim końcu świata. Może to jest właśnie ta góra która ma mnie poniżyć, upokorzyć i nauczyć raz na całe życie jak mam podchodzić do zagadnienia „wiatr w porywach do 80km/h”? A jeżeli mam przyjmować taką lekcję to droga na Rakoń wydaje się być w tym kontekście jednym z najbezpieczniejszych miejsc.



Skoro idziemy dalej to przyszła pora na zmianę taktyki. Punkt pierwszy, kominiarka, czapka, na to kask(żeby niczego z głowy nie zwiało), punkt drugi – okulary, no i poszliśmy...






Najciekawsze było to, że nie byliśmy sami. Alpiniści, skiturowcy, cała mieszanka barwnych postaci również postanowiła wbrew jakiejkolwiek logice przeć do przodu. Jedno było widoczne i zarazem nas łączyło, każdy z nas walczył. Po jakiejś chwil przestały mnie już dziwić zarówno chlastanie po pysku jak i inne nowe doznania a nawet zaczęło mnie to bawić. To było trochę jak bym szedł na szczyt przepychając się z młodszym bratem, który czasem na chwilę odpuszcza po czym bierze rozpęd i wbiega na mnie z impetem drąc się przy tym wniebogłosy. Każdy krok w tych warunkach był jak mały sukces i jednocześnie przybliżał nas do celu.






Po jakimś czasie zaobserwowałem też że wiatr robił fascynujące rzeczy, potrafił porwać spod butów pękniętą skorupę śniegu i strzelić nią w pysk osobę za mną. Pływające po całej grani drobinki śniegu układały się w różne kształty i kompozycje trochę jak fale na wzburzonym morzu. Na dodatek gadzina jedna co chwilę chwilę wzbijała cały ten piach i formowała w trąbę wysoką na kilka metrów która tańczyła sobie po stoku, by zaraz zniknąć i powstać w innym miejscu. Żeby jeszcze tego było mało tańczyły także cienie chmur, przemieszczając się po całym masywie z naprawdę robiącą wrażenie prędkością.






O nadmiaru tych wszystkich doznań trochę straciłem poczucie czasu, lecz w połowie drogi na Rakoń spotkaliśmy wracających już, rano poznanych kolegów którzy „nie będą czekać szczycie”. Okazało się, że doszli na przełęcz pod Wołowcem gdzie wietrzysko zaatakowało tak zdecydowanie, że uznali, że na szczyt trzeba było by się czołgać. Nie zmartwiło nas to wcale, samo to w jakim tempie Wołowiec zmieniał co chwilę swoje oblicze z góry, w zakryte chmurą niewidoczne coś, było wystarczającym na ten dzień argumentem, żeby go sobie odpuścić.






Po kolejnej godzinie siłowania się z ciągle szarżującymi silami natury znaleźliśmy się na tak, zdawało by się odległym czubku „drugiego końca świata”. Wiało jeszcze bardziej, wyrywało aparaty z ręki, ale nie było w tym już ani nic dziwnego ani strasznego. Przy odpowiednio mocnym podmuchu można się było prawie położyć:) Niestety nie było warunków na jakikolwiek odpoczynek więc decyzja o powrocie została podjęta raczej szybko.








Droga na Grzesia przebiegała już szybko i sprawnie. Wiatr był teraz po naszej stronie i bardziej pomagał niż przeszkadzał, choć w dalszym ciągu trzeba było uważać by nie dać się sponiewierać przy gwałtowniejszych podmuchach. A gdy z powrotem weszliśmy w las wszystko nagle ucichło, zrobiło się ciepło więc można było wsadzić kurtkę z powrotem do plecaka, odpocząć a nawet coś zjeść. Po pięciu minutach znowu rozpłynąłem się w uroku zimowego lasu, strzepałem śnieg z plecaka i pełni satysfakcji z podwójnego szczytowania wróciliśmy do rozmów tak przyjemnie umilających długą drogę do zaparkowanego przy wejściu do doliny samochodu.



Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca