piątek, 1 maja 2015

Raz Się ŻYJE, czyli historia złamanego skrzydła…





Kiedy pierwszy raz zobaczyłem postać w dresiku i adidasach szturmującego żleb pod rysami, nie czułem oburzenia, pogardy czy nienawiści. Poczułem jedynie nadzieje, że mu się uda. Miałem ochotę go błagać żeby po ubraniu raków wstał i doszedł do końca. Wtedy chociaż jedna osoba zdobyła by tą górę w sposób bardziej kretyński ode mnie! Nie udało się, więc w dalszym korona króla głupoty za największy idiotyzm na rysach, a może nawet w całych tatrach od tylu lat ciąży na mojej głowie i chyba już tak zostanie.
Nie sądziłem że kiedykolwiek będę w stanie opowiedzieć tą historię ze szczegółami, ale ostatnio po raz kolejny usłyszałem, że w tatrach jestem osobą bardzo zachowawczą i jakby dotarło do mnie, że ta historia nie opowiada już o mnie ale o zupełnie innym człowieku. Odcinam się od tego to tu napiszę, tak mocno jak tylko się da, a jednocześnie pamiętam wszystko jak by to było wczoraj. Dziś może jestem zachowawczy, ale nie zawsze tak było.

Cofnijmy zegar o jakieś osiem lat.

Młodość, czasy liceum. Taka młodość która nie uznaje słowa pokora. Młodość która w głębokiej pogardzie ma prawa i zasady. Młodość która drwi sobie z niebezpieczeństwa, za nic nie uznaje kompromisów i nigdy się nie poddaje.
Chodziłem po Tatrach tylko latem, i czułem się tam jak kozica. Wiatr we włosach, oczywiście długich, adidaski i bluza przewiązana wokół pasa.. to byłem ja.

-Szlak na 12 godzin?
-Jakie 12, Góra 8!!

Nikt na szlaku mnie nigdy nie wyprzedzał i największą zagadką Tatr było: ‘Co ci wszyscy ludzie się tak wloką, dźwigają słonie w plecakach??”
Czułem się wolny i wiedziałem, że ta wolność mi się należy. Z dziką radością obskakiwałem tłumy turystów i zaliczałem kolejne szczyty, jak można zaliczać chętne panienki na imprezach. 

W końcu przyszedł czerwiec i kurs skałkowy, to dopiero złapałem Pana Boga za nogi… Nic nie dawało tyle radości co skała! Ciągłe wytaczanie wojny swoim fizycznym słabością o ten jeden kluczowy przechwyt decydujący o twoim „wyjść albo nie wyjść” oraz nieziemska radość z każdej poprowadzonej drogi. Tam poznałem Grzesia, miał wtedy około 30 lat, trochę pogadaliśmy przez te kilka dni i wymieniliśmy się numerami. Niestety po kursie straciliśmy kontakt, aż w końcu nastał wrzesień i postanowiłem ten kontakt odnowić.
Zadzwoniłem do niego i zaproponowałem wspólny wyjazd w tatry, czysto turystycznie. Ugadywaliśmy się na jakąś niedzielę, gdy Grzesiu zadał mi pytanie „wstajemy o 2:00 i atakujemy rysy, czy o 4:00 i wybieramy coś łatwiejszego?”. Oczywiście moja odpowiedź w tamtym okresie mogła być tylko jedna.


Dzień przed wyprawą musiałem zasłyszeć coś o śniegu w tatrach, prawdopodobnie z telewizji, to było wtedy główne źródło wiedzy o pogodzie jakim się posługiwałem. Z głębokim przekonaniem, że jest to niepotrzebne, aczkolwiek nie zaszkodzi zabrać na wszelki wypadek, udałem się do kolegi który mógł posiadać raki i czekan po małą pożyczkę. Dostałem od niego: raki w technologii paskowej których prawdę mówiąc, do dziś nie potrafiłbym dobrze zawiązać, instrukcję jak w nich chodzić, żeby się nie zabić. Drugi artefakt który od niego otrzymałem to czekan, ale nie taki jakim dziś się wszyscy posługujemy, tylko od dawna emerytowany historyczny czekan, warzący ponad kilo, z drewnianym styliskiem i wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem taternika dla którego został stworzony. Kolega oczywiście postarał się wytłumaczyć mi co to znaczy hamowanie czekanem i jak to się robi w zależności od tego w jakiej pozycji zjazdowej jesteś. Niestety w Krakowie nie było śniegu a więc i możliwości sprawdzania jak to się ma do praktyki. Buty miałem już te w których chodzę do dzisiaj i co do reszty sprzętu też nie mam żadnych zastrzeżeń. Nocy nie przespałem, czasem tak bywa, gdy chce się następnego dnia dokonywać wielkich rzeczy.

To by było na tyle apropo przygotowania do pierwszej zimowej-wrześniowej wyprawy swojego życia.


Zastanawiam się jakie to uczucie gdy jesteś już od lat na emeryturze, zbierasz kurz i podnosisz estetyczne walory danego pomieszczenia, a młody pachoł bez pytania zabiera Cię na ostatnią, i może najbardziej niebezpieczną wyprawę w twojej czekanowej karierze…


Gdy przyjechaliśmy do palenicy, było jeszcze ciemno. Kolega Grzesiu miał ze sobą kijki trekkingowe ale wtedy nie wyobrażałem sobie do czego one mogą się przydawać, poza przeszkadzaniem w czerpaniu przyjemności z wędrówki. Pomaszerowaliśmy w stronę morskiego oka, wsłuchując się ryczące nieopodal jelenie. Gdzieś po drodze wyprzedziła nas pakra, było dla mnie sporym zaskoczeniem, że ktoś idzie szybciej ode mnie. Zaraz za morskim okiem zaczęły się śniegi i oblodzenia. Szło się trudniej, ale nie zrobiło to na nas żadnego wrażenia. Wiedzieliśmy, że jak będzie straszna tragedia, to zawrócimy… w baaaaaaardzo daleko posuniętej ostateczności. W połowie drogi do buli, spotkaliśmy wycofującą się parkę. Zapytaliśmy o warunki, powiedzieli, że cały szczyt przykrywają masy śniegu, nie ma warunków i bez sprzętu nie da rady. Tak jednym uchem mi to wleciało, drugim wyleciało. W ogóle byli jacyś niespokojni, spanikowani. Pomyślałem, że to na pewno nie jest ich dzień, za to nasz w stu procentach TAK!

Chwilę później pokonując kolejne zalodzone kamienie wyszliśmy na bulę, a tam ZIMA! Absolutna, jedyna jaką kiedykolwiek we wrześniu widziałem. Zero skał, zero łańcuchów, zero szlaków… Wszystko przykryte solidną warstwą znakomicie zmrożonej pokrywy śnieżnej, nie mokrego dziadostwa, czy puchu, tylko twardej i stabilnej jak marzenie. Nie do uwierzenia, istna pogodowa anomalia.

Starałem się założyć raki, starałem jak tylko mogłem. Tak bardzo chciałem żeby mi nigdy nie spadły, że aż mi się to udało. Zrobiliśmy chwilę przerwy, zapytałem Grzesia którędy się tam wychodzi. Żaden z nas nie wiedział o istnieniu żlebów czy wariantów zimowych, a ja nie wiedziałem nawet którędy przebiega wariant letni. Na szczęście Grzesiu wiedział.

To był najpiękniejszy moment tej wyprawy! Żadnych śladów, żadnych szlaków cholernie strome śnieżno-lodowe podejście, taniec raków i czekana. Szliśmy prosto w górę, łańcuch w prawdzie jakoś tam kluczy po tych skałach, ale leżący metr pod śniegiem głosu nie mają! Nigdy wcześniej tak szybko nie nabierałem wysokości, było stromo jak diabli. Nie do opowiedzenia jest to uczucie dzikiej satysfakcji gdy czujesz, że z każdym krokiem pokonujesz tego śnieżnego potwora, a spoglądając co jakiś czas w dół widzisz jak ziejąca pod tobą otchłań rośnie w siłę. To była naprawdę dobra walka, i chyba najpiękniejsze wspomnienie związane z górami jakie pamiętam. Do dziś nie wiem jakim cudem Grzesiu dawał radę bez sprzętu toczyć ten bój, ale toczył cały czas równo ze mną, parł jak pantera i posuwaliśmy się w górę. Finalnie, koło południa, może trzynastej po godzinach szturmowania osiągnęliśmy polski wierzchołek.

Dla takich chwil warto żyć!

Na szczycie spotkaliśmy kilka osób. Zdecydowanie nie przypominali niedzielnych turystów. Zdziwieni naszą obecnością zapytali skąd przyszliśmy. Byli trochę oburzeni, że nie jesteśmy odpowiednio przygotowani i wytłumaczyli nam którędy powinniśmy byli wychodzić. Zapytałem ich czy na pewno chodzi tę cholernie stromą rynnę przypominającą zjeżdżalnie prosto do piekła? Bezlitośnie przytaknęli, a ja zamilkłem, by po chwili rozpocząć z Grzesiem naszą pożegnalną rozmowę:

-To co teraz robimy?
-Schodzimy na dół!
-Którędy zamierzasz schodzić?
-No tamtym żlebem, tak jak mówili.

Tak! Grzesiu chciał schodzić tym stromym żlebem, bez raków i czekana, a wtedy zapaliła mi się jaskrawo czerwona lampka. Ale to nie jest taka lampka, jak dzisiaj, mówiąca „jest niebezpiecznie, warunki nie zapewniają dostatecznego poziomu bezpieczeństwa”. W tamtych czasach czerwona lampka oznaczała „stary daj mi numer do twojej matki, bo będę musiał jeszcze dzisiaj zadzwonić do niej i wytłumaczyć dlaczego musi Cię identyfikować!”.
Próbowałem, starałem się sugerować mu zejście na Słowację, gdzie podobno jest bezpieczniej, tłumaczyłem że trzeba tak zrobić i złamać odwieczną zasadę o nie rozdzielaniu się. Ja sam nie mogłem schodzić na Słowację, chodziło chyba o brak dokumentów. Bałem się że złapie mnie straszny pan policjant/celnik, zawiezie na jakiś komisariat, będzie dzwonić po rodziców… chyba naprawdę wierzyłem, że jeśli tam zejdę, grozi mi dość poważna afera międzynarodowa. A Grzesiu miał problem żeby się rozdzielić, bo było nie było miał te 10 latek więcej i czół się za mnie odpowiedzialny, do tego stopnia, że bez wahania wpakowałby się za mną w ten żleb, z którego nie miałby żadnych szans wrócić cało.

Gdy żadne argumenty merytoryczne nie pomagają, trzeba zastosować argument ostateczny, a brzmiał on mniej więcej tak: „Schodzę tam, bo mam raki, schodzę tam bo mam czekan. Proszę, potrzymaj, przyjrzyj się i zapamiętaj jaki jest ciężki szpiczasty i twardy. Jak spróbujesz wejść za mną w ten żleb, to wbiję ci go w głowę! ”

W ten sposób drużyna się rozpadła, zostałem sam. Poczułem swego rodzaju ulgę i poczucie, że robiłem to co trzeba było zrobić, a dokładniej, to co wtedy myślałem że trzeba zrobić.

Więc zamiast schodzić na Słowację i wrócić bezpiecznie do domu naginając jakiś gówno znaczący paragraf, stanąłem samotnie nad krawędzią rysy i zacząłem poważnie zastanawiać się czy to nie jest jakiś żart, czy koleś mnie nie okłamał. Nie widziałem tam drogi, dla mnie to było urwisko, przepaść, jakby świat kończył się w tym właśnie miejscu, a niżej zionęła tylko bezgraniczna pustka.


Mimo wszystko zrobiłem pierwszy krok, potem drugi, trzeci czwarty, piąty, poślizg, gleba i jazda!

Obrót, czekan i osiemnaście lat życia przelatującego przed oczami, a potem cisza. Leżałem kilka minut i wsłuchiwałem się w rytm galopującego serducha od nadmiaru strachu i koszmarnej dawki adrenaliny. Nie miałem siły się podnieść, więc czekałem ściskając ten starożytny czekan.

W końcu udało mi się wstać i kontynuować drogę w dół, a więc: pierwszy krok, potem drugi, trzeci, czwarty, jeszcze kilkanaście, poślizg, gleba i jazda w dół!
Wyobrażasz sobie jak szybko tam się nabiera prędkości? Prawie jak byś zaczynał spadać!

Obrót, czekan i osiemnaście lat życia przelatującego przed oczami, a potem cisza i dudniące serducho.
Drugie hamowanie czekanem w życiu, w tym drugie udane, kilo w portkach i znowu czekam i zbieram siły żeby wstać, a gdy wstałem i ruszyłem dalej, musiałem hamować po raz trzeci, czwarty oraz piąty…

Tym razem leżałem znacznie dłużej, nie wiedziałem powodu żeby wstawać. Przyszła do mnie taka świadomość końca, którą tak po prostu zwyczajnie zaakceptowałem. Jakoś sobie to wytłumaczyłem, że prowadziłem życie na krawędzi, pełne wspaniałych przygód jakich większość osób nie doświadczy nigdy i teraz będę musiał zapłacić skumulowaną cenę za to wszystko, pytanie czy zaraz po tym jak wstanę, czy trzy hamowania później. Pogodziłem się z tym że tak będzie i zacząłem się śmiać. Nie wiem skąd się wziął śmiech w takim momencie, ale przez jakiś czas nie mogłem go opanować.
Potem zacząłem się modlić, ale nie jakoś rozpaczliwie i błagalnie, to było trochę jak bym dzwonił do wujka z gdańska żeby poinformować go że właśnie kończę się pakować i za godzinę mam autobus. Totalna akceptacja, potem już tylko walka do samego końca.

Nie miałem już skrzydeł, nie miałem nadziei… Na tej górze nie było już kozaka. Podniosłem się i poszedłem dalej z jednego powodu, bo poczułem taką niewyobrażalnie silną ludzką potrzebę zachowania godności, umierania z podniesioną głową. Nieprawdopodobne jak ta potrzeba jest silna, nawet w tak skrajnie rozpaczliwej sytuacji.  Od tamtego momentu za każdym razem gdy upadałem i się podnosiłem ta potrzeba walki do końca, motywowała mnie żeby działać dalej.

Ktoś się spyta dlaczego nie zadzwoniłem po TOPR… Ale z czym bym miał dzwonić? Nie złamałem nogi, nie skręciłem kolana, byłem młody, zdrowy, wysportowany, miałem sprzęt i okno pogodowe! Miałbym zadzwonić i tłumaczyć ratownikowi dyżurnemu że pomimo tego, że nic złego się nie stało, proszę żeby rozpoczęli akcję ratunkową, bo nie potrafię utrzymać równowagi i wywalam się w tych rakach jak dziecko? Litości! Nawet mi to przez myśl nie przeszło, tu też potrzeba własnej godności wygrywa z potrzebą przeżycia.

Szedłem dalej, a ta nowa życiowa postawa zaczęła przynosić pozytywne rezultaty. Przestałem się tak strasznie denerwować bo już nie walczyłem o życie, tylko o godność. I ten prosty zabieg psychologiczny gwałtownie obniżył zarówno poziom stresu jak i adrenaliny. Mogłem bardziej skupić się na drodze, i wypróbować różne warianty techniki schodzenia. Zacząłem upadać coraz rzadziej, i oczywiście hamować je coraz szybciej. Gdy doszedłem do połowy żlebu przestałem upadać. Miałem opracowaną technikę schodzenia która działała, a co więcej zaczynała przynosić pewne znamiona przyjemności. Był to też pierwszy moment w którym przez głowę przeszła mi jakaś nie nachalna myśl, że to się może udać.

W sumie w żlebie pod rysami hamowałem ponad dwadzieścia razy i spędziłem w nim około 3 godziny, choć dla mnie była to cała wieczność.
Potem było już tylko lepiej, szło to już całkiem sprawnie a po jakimś czasie żlebisko zaczęło się kurczyć i zamieniać w karłowatego krasnala.  Koniec żlebu był prawdziwą metą tej wyprawy. To był moment w którym poczułem że wygrałem, swoje życie i za nic nikomu nie dam sobie go odebrać!


To miał być absolutny koniec turystyki zimowej i jak widać trochę nie wyszło, ale od tamtej pory przez następne 6 lat nie odważę się pojechać zimą w tatry. 

Dziś znowu jeżdżę, robię trudniejsze rzeczy, czasem sobie nawet trochę pozwalam, mimo wszystko koledzy którzy lubią robić ataki szczytowe w różnych skrajnych warunkach, nieraz ostro „na krawędzi” mają mnie za osobę raczej zachowawczą, i bardzo dobrze.


Ile razy w życiu można zdobyć absolutny i nieosiągalny dla nikogo szczyt głupoty ludzkiej i przeżyć??


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca