czwartek, 21 maja 2015

Opowiedzieć komuś o wyprawie w Góry, to jest WYZWANIE !


Więcej gestów! WIĘCEJ GESTÓW ! ! – rzekł artysta do Lucyfera kręcąc film o końcu świata.



Taki film musi mieć wyraz, a słowa są najbardziej upośledzonym nośnikiem treści…



No właśnie… Często rozmawiam z ludźmi o górach i jako, że temat generalnie wzbudza wiele kontrowersji, są to rozmowy o wiele bardziej trudne, wymagające odpowiedniej finezji i spostrzegawczości. Czasem chciało by się przemilczeć pewne szczegóły, aby ktoś z bliskich nie dostał zawału, czasem rozmówca woli się nie wypowiadać… Podam kilka abstrakcyjnych przykładów. 



Gdy opowiadając o kolejnej wyprawie, powiem np. słowo „Kościelec”, raczej nie powinno to wzbudzać większego przerażenia w moim rozmówcy. To zwykła góra, jakich wiele i nie ma w jej nazwie nic bardziej złego niż w słowie „Kozi Wierch”. Skąd więc ten paniczny lęk, pełne dramaturgii próby powstrzymania mnie jak bym co najmniej użył słowa „K2”?



Więcej gestów! WIĘCEJ GESTÓW ! ! – rzekł artysta do Lucyfera kręcąc film o końcu świata.



A może mówiąc słowo Kościelec, moje oczy rozświetliły panujący w pokoju mrok, niczym latarnia morska? Może mam wypisane na twarzy, że w drodze na ten szczyt nie wycofam się, choćby i stado niedźwiedzi stanęło mi na drodze. Mieszanka szaleństwa i pożądania na punkcie jakiejkolwiek góry, jest równie niebezpieczna co powszechna. Czy można nad nią zapanować? Trochę nawet trzeba. Ale najgorsze jest to, że choć jest to sprawa osobista, o której chciało by się nikomu nie mówić i zachować dla siebie i cholernie się tego wstydzić, prawda wycieka z człowieka jak woda z dziurawego wiadra za sprawą jednego spojrzenia i jest „pozamiatane”.



Z innej beczki… Gdy opowiadam o jakiejś wyprawie łączącej w sobie elementy przygody, ryzyka, sukcesu, szczęścia, troszkę też głupoty i brawury. Chciałbym uzyskać jakiś komentarz, cokolwiek co pozwoliło by mi stwierdzić, jak moje decyzje są postrzegane przez rozmówcę. Powiedzmy, że jego danie z jakichś przyczyn, np. posiadanego doświadczenia jest dla mnie istotne i może rzutować na decyzje w kolejnych wyprawach… Opowiadam szczegóły, które są nawet bardzo niewygodne i czekam na jakikolwiek komentarz…



Nie ma żadnego... Padają zdawkowe odpowiedzi, festiwal różnorakich grymasów na twarzy i mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu cały czas kryzie się w język, aż krew spływa do żołądka…



Więcej gestów! WIĘCEJ GESTÓW ! ! – rzekł artysta do Lucyfera kręcąc film o końcu świata.



A może ta milcząca symfonia znaków, gestów i spojrzeń niesie za sobą dziesięć razy więcej treści niż te bezpowrotnie zagryzione słowa. Może fajnie było by je usłyszeć, ale w zasadzie skoro jest dla mnie oczywiste co rozmówca o mnie myśli, to czy jest sens tracić energie na ubieranie tego w słowa?



Rozumiecie do czego zmierzam?



Jeżeli celem rozmowy jest opowiedzenie czegoś w taki sposób, aby rozmówca pozostał spokojny i się nie martwił, lepiej porozmawiać o tym przez telefon, albo mailowo/smsowo czy tekstowo.



Z kolei w sytuacji gdy opowiadając komuś o wyprawie zależy nam na maksymalnym zrozumieniu, należy zadbać aby rozmowa odbywała się przy użyciu wszystkich dostępnych kanałów informacji, ruszyć dupsko w kierunku rozmówcy i podczas rozmowy od czasu do czasu schładzać gardło zimnym piwem… symfonia mowy ciała.



WIĘCEJ GESTÓW!



Aż chciało by się podziękować Artyście, że w erze cyfryzacji, przypomina jak to jest pozostać człowiekiem.




Podobał się artykuł? Zapraszam na Fanpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca