sobota, 28 lutego 2015

Cisza i ogień... i wciąż jedno pytanie ktore wciąż zostajebez odpowiedzi!



Pytając dziś o trasę w na granaty ktoś przywołał przykre zdarzenia minionego weekendu i zapytał mnie "czy warto"? Co dalej? Czy ich śmierć zostanie dla nas ostrzeżeniem czy okaże się bezsensowna?


W sumie to jest chyba jedno z pytań na które nie ma żadnej uniwersalnej odpowiedzi! Nie będzie i być nie powinno, bo każdy przeżywa obcowanie w górach inaczej, bo każdy ma mówiąc językiem finansów inną skłonność do ryzyka i krzywą obojętności... I o to przecież chodzi.


Jedni chodzą po górach tylko w lecie, inni również w zimie a jeszcze inni targają solo ośmiotysięczniki bez tlenu... Panowie których tak wspominamy też z pewnością często wybierali góry, i to nie zawsze w idealnych warunkach. Ja też mam swoją skłonność do ryzyka, i wyobraźnie. Wyobraziłem sobie wiatr 80km/h i właśnie będę się pakował:) Granaty zostawiam na okno pogodowe, wybrałem Wołowiec lub Czerwone Wierchy. Nie wiem co będzie jutro i o której wrócę, świeczkę zapaliłem dzisiaj.


Do zobaczenia w górach!


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

czwartek, 26 lutego 2015

NIE TRZEBA NOSIĆ SZPILEK, ŻEBY ZOSTAĆ POGODYNKĄ ;) !

#wojownicykoscielca   #swiniacasmakujewesrode   #mediaprzeginaja

Zagadka: Co to za miejsce?
 



Dobra, podejmę to wyzwanie jeszcze raz... Czas start! Siedzę, myślę nerwowo drapiąc się w czoło, szukam jak oszalały, co nóż stymulując wyobraźnię coraz to przyjemniejszymi bodźcami, mijają minuty i wciąż nie znajduję...zegar tyka kot zaczyna wyć z głodu a ja postanawiam dać za wygraną, pogodzić się z tym faktem i w przypływie bezradności oświadczyć:



Nie ma przyjemniejszej wiadomości pod słońcem w sobotni poranek niż:

"Jedziesz w niedziele w Tatry?

Koleżanka nie ma z kim jechać to może byście się zgadali.”



To, że nie znam koleżanki nie ma najmniejszego znaczenia, od razu następuje gwałtowna reakcja kwalifikująca się pod efekt warunkowy. Jedna ręka jeszcze trzyma telefon, druga już odruchowo w przypływie euforii zaczyna pakować plecak! Po pokoju fruwają raki, czekany, kot który właśnie zaczynał się dobierać do nieprzemakalnych spodni ląduje telemarkiem na łóżku... kask, czołówka, kijki i tak zaczyna wyrastać jedyna w swoim rodzaju góra niezbędnego Tatrowego ekwipunku.



Numer do koleżanki już na telefonie, pomysły na trasę biegają między telefonami w formie wiadomości jak piłeczka pingpongowa i nagle coś mnie tchnęło żeby otworzyć aplikację meteo i zobaczyć jakie będą dokładnie warunki, aby móc bezpośrednio do nich dostosować poziom trudności i z niedowierzania trzy razy przetarłem oczy którym właśnie ukazały się opady śniegu i mgła. No dobra, może to jakiś błąd może trzeba poszukać innych danych lecz inne z „moich” super tajnych źródeł nie pozostawiały wątpliwości, że wyprawa nie może dojść do skutku.



Wniosek: Koleżanka nie sprawdziła pogody?



Pewnie! Super tak kogoś kogoś z miejsca ocenić i podbić swoje męskie ego... ale koleżanka z takiego polecenia, że łatwiej było by mi dać wiarę, że międzynarodowe portale pogodowe celowo przekłamują pogodę w ramach solidarności ze strajkującymi rolnikami w Polsce!



Wniosek po korekcie: Pogoda uległa zmianie!



I niestety nie pierwszy raz prognozy uległy zmianie „na ostatnią chwilę”. To się zdarza dość powszechnie! Pogoda cały czas jest aktualizowana, co implikuje kilka istotnych konsekwencji:

-trzeba sprawdzać ją wielokrotnie do ostatniej chwili!

-prognozy obejmujące okres dłuższy niż trzy dni są jak papier toaletowy i mniej więcej do tego się nadają!

-na powszechnie zadawane pytanie „czy ktoś jest chętny na wyjazd w tatry w sobotę?” można poważnie odpowiedzieć dopiero w okolicach czwartku! Wcześniej można tylko pogdybać...albo skończyć tak:)

Kopa Konracka




Co więcej nie mniej istotna jest jakość informacji pogodowych, oraz ich szczegółowość. Bardzo często występują znaczące różnice w prognozach pomiędzy poszczególnymi portalami! I tu już każdy musi opracować swoją własną strategię „rozpoznania sytuacji”.



A wracając do „moich” super-tajnych źródeł przetestowanych na różne sposoby:


Ten serwis zawiera informacje o sytuacji na wierzchołkach Wołowca, Świnicy Rysów Kasprowego i kilku innych tatrzańskich szczytów, nawet jeżeli nie prezentuje informacji na temat szczytu który jest moim celem, sprawdzam inny wierzchołek który leży w rejonie w który się wybieram. Dla osobistej wygody mam kilka szczytów na stałe podlinkowanych na blogu.



Jeżeli mam potrzebę być bardziej precyzyjny a mojej góreczki nie ma na poprzednim portalu szukam jej na google maps klikam prawym przyciskiem myszki na szczyt, stawiając na nim znaczek „co to jest” i uzyskuje dokładne współrzędne geograficzne przy okazji rzucając okiem na rzeźbę terenu. Drugim krokiem jest wprowadzenie współrzędnych w serwisie: https://www.meteoblue.com







Ale to też nigdy nie daje mi spokoju. Najdokładniejszym a zarazem moim ulubionym sposobem sprawdzania pogody są meteorogramy.


To jest magia, jak się to widzi po raz pierwszy. Warto na tym posiedzieć, bo z takich fusów można czytać przyszłość naprawdę szczegółowo i jak człowiek nabierze wprawy, czasami, w przypływie paranoi można się zastanawiać: „Co się dzieje z tym deszczem? Spóźnia się już piętnaście minut!”



Od jakości pogodowego rekonesansu zależy nasze bezpieczeństwo, więc jeśli macie jakieś lepsze fusy do wróżenia, to podzielcie się waszymi pomysłami w komentarzach! - z korzyścią dla wszystkich:)



Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

środa, 25 lutego 2015

Czy czekan jest jak antykoncepcja? - Wyprawa na Świnicę!






           Góry jakie są każdy widzi, nie mniej jednak wrażenia ludzi którzy na nie patrzą są zdecydowanie subiektywne. Co więcej, można nadać danej górze głębsze znaczenie obdarzać ją sympatią, albo co najgorsze… popaść w dziką fascynację!

Zdecydowanie czuję się winy pod każdym względem, już jako dzieciak wykazałem pierwsze objawy wykupując wszystkie pocztówki ze świniącą, o świcie, o zachodzie słońca, zrobione latem, zimą, z różnych perspektyw, w wersji zwykłej czy panoramicznej, tak się zaczęło…





Pierwszy raz szczyt udało mi się zdobyć gdy miałem piętnaście lat i nie był to jedyny raz, aczkolwiek dalej nie wyobrażałem sobie możliwości wdrapania się tam zimą. Nie mniej jednak na stałe wpisałem ten szczyt w białej szacie na listę marzeń których normalny człowiek nigdy nie zrealizuje, gdzieś pomiędzy lotem w kosmos, a safari po parku jurajskim, aura nieuchwytności tego celu towarzyszyła mi aż do samego szczytu.







Dobudzając się we wtorek poranną kawą spojrzałem na telefon. Wtorek jak wtorek –pomyślałem, różne rzeczy siedzą w ten dzień w telefonach, biorąc go do ręki spodziewałem się, że zaskoczy mnie jakimś smsem, czy postem na FB, góra nieodebranym połączeniem, ostatnią rzeczą jaką bym się spodziewał znaleźć było okno pogodowe na Świnicy, a jednak. Kolejną rzeczą jaką znalazłem, był rozkład jazdy autobusów i aby o sensownej godzinie znaleźć się na szczycie jedyną możliwością z Krakowa był autobus o 22:15, to było jak wyrok, bez zawieszenia.





Nie ma nic bardziej interesującego niż proces pakowania, więc będąc złośliwy postanowiłem go pominąć.





To co było szczególne w tej wyprawie, poza moim postrzeganiem tego szczytu to fakt że po raz pierwszy w zimie szedłem solo, co jeszcze potęgowało uczucie strachu na każdym kroku, ale i to było by do przeżycia. Niestety pierwszy, jedyny i najważniejszy błąd tej wyprawy popełniłem wsiadając do autobusu. Zadzwoniłem do bliskiej osoby żeby jeszcze z kimś pogadać, zanim wyruszę w samotną drogę, niestety zostałem zalany tak potworną falą paniki i możliwych negatywnych scenariuszy, że gdybym nie chodził po górach, a ona opowiadała o kimś innym pomyślał bym że gość oszalał i idzie na pewną śmierć. Koleżanka nigdy nie widziała zimy w górach wysokich, coś przeczytała o alpinizmie, więc oczywiście podszedłem do jej ekspertyz z dystansem, a raczej tak mi się wtedy wydawało. Niestety to co w autobusie wywołuje uśmiech na twarzy, tam wysoko, w samotności, w ciemności potęguje niepewność i panikę, a wtedy zaczynają się błędy…








Podejście zacząłem bardzo powoli, podziwiając uroki tonącego w śniegu Zakopanego, jeszcze jakaś przerwa na kanapkę na Krupówkach, jakieś interakcje z słaniającymi się na nogach niczym zombie imprezowiczami u których mój widok o tej porze wzbudzał zdumienie. Chyba średnio tam pasowałem, ale i tak grupa dziewczyn ochoczo zapraszała mnie na imprezę. W kuźnicach miał miejsce rytuał zakładania całego ekwipunku włączenie czołówki i rozpoczęcie właściwej wędrówki.




Droga przez boczań zawsze była dla mnie kwintesencją znaczenia słów „ciemno” i ‘nudno”, nie inaczej było tym razem, z tą różnicą, że tym razem towarzyszyć mi miały jeszcze lęk i potęgująca go samotność, postanowiłem zatem zatrudnić zespół IRA do umilania wędrówki, i w efekcie droga okazała się bardzo przyjemna. Po dłuższej chwili nastąpiło pierwsze wyjście z lasu i wtedy człowiek dostrzega to co w nocnych wędrówkach po górach zachwyca najbardziej… Gwiazdy. Jako że czasu do świtu miałem sporo a chciałem żeby zastał mnie przed przełęczą, mogłem iść w tempie żółwia, i podziwiać co miałem ochotę.





Pierwsze wątpliwości pojawiły się tuż za murowańcem. Ogólnie nie byłem pewny którędy iść, doszedłem do kolejki i zacząłem się zastanawiać. Było tak ciemno że nie byłem pewny czy widzę Kościelec czy tylko wydaje mi się że coś tam widzę, w końcu znalazłem „coś tam widzę-karb” i zacząłem szukać skrętu w jego stronę. Obszedłem kolejkę i poszedłem za śladami w stronę „coś tam widzę-karbu”, ale też z przekonaniem „najwyżej zawrócę”. Droga ta zawiodła mnie do nienaturalnie wyglądającego wypłaszczenia, które uznałem za staw oraz ostateczne potwierdzenie że jestem na dobrej drodze, teraz trzeba szukać odbicia w prawo.





Góry nie są dla ludzi leniwych, aczkolwiek czasami zdarza się tak że człowiek odkłada pewne rzeczy na „za 50 metrów” i to też uważam za błąd a teraz uzasadnienie. Droga w prawo wiodła przez jezioro i do góry, nie do koca pamiętałem rzeźbę terenu, ani też nie mogłem jej zobaczyć, nie mniej jednak, o tym, że kijki powinny być przytroczone do plecaka a czekan w łapie jak zwykle zorientowałem się kilkadziesiąt metrów za wysoko. No i tak klęczy człowiek jak ta śrota w połowie stromego stoku z kilkami i analizuje. Kijków nie schowam, czekana nie wyciągnę, bo nie ma gdzie, jest zbyt stromo. Są dwie opcje: wyjść albo zejść, zmienić szpej i wyjść. W opcji „wyjść” nie wiadomo za ile metrów i czy w ogóle będzie jakieś wypłaszczenie, a z drugiej strony mimo wszystko łatwiej jest wychodzić niż schodzić… więc zagryzłem zęby i cholernie mało komfortowo wyskrobałem się na bulę na której można było zrobić przerwę i zdawało by się odreagować wspinaczkę bez asekuracji.





Niestety w między czasie zaczęło robić się widno i moim przerażonym oczom ukazał się żleb. Wszystkie trybiki ruszyły, rozmowa z koleżanką z każdym jej scenariuszem i argumentem, całość komunikatu o zagrożeniu lawinowym 2 stopnia z prośbą żeby szczególnie uważać na stoki o nachyleniu północnym, SMS o treści „zawróć, zmień decyzję!”, więc ogólny poziom paniki wzrósł do poziomu krytycznego który zmusza do refleksji nad sensem dalszej wędrówki.








Czy jestem panikarzem? W górach zawsze, ale uważam to za atut. Ciągły strach podczas wspinaczki zmusza do koncentracji, rodzi się masa pytań na które trzeba sobie ciągle odpowiadać: czy skała której się złapałem nie jest luźna, czy czekan który wbiłem siedzi jak trzeba, czy rak którego wbiłem w śnieg, nie wyjedzie razem ze śniegiem. W tym wypadku panika skłaniała mnie do zawrócenia a pytania miały odmienny charakter: Jakie jest nachylenie stoku? ile procent? północne czy południowe, kiedy ostatnio padał śnieg, jakie były od tego czasu temperatury, kto i jak dawno mógł tędy przechodzić ostatnio, dlaczego to cholerstwo musi być takie strome, na ile ten śnieg może być stabilny. Po dwudziestu minutach walki ze strachem stwierdziłem że racjonalne argumenty są prawie jednoznaczne, poszedłem dalej, potem zrobiłem jeszcze jedną przerwę z tego samego powodu po dokończeniu trawersu, u podnóża żlebu.








Żleb na przełęcz świnicką jaki jest każdy widzi, jednak każdy inaczej, ja poznałem już kilka żlebów idąc na Zawrat, Rysy, Karb, ale ten choć najkrótszy z wymienionej trójki budził we mnie największą grozę. Prałem po nim czekanem ile sił, stromo, bardzo stromo, śnieg zmrożony twardy jak lód, ale za to trzymał jak beton, to była męcząca walka, a perspektywa ziejąca pod nogami nie pomagała. Po wyjściu na przełącz miałem już tylko ochotę skręcić w prawo i wcale nie zdziwiły mnie ślady stanowiska asekuracyjnego zbudowanego w formie grzyba śnieżnego, wzmocnionego czekanem, co oznaczało, że moi domniemani poprzednicy mięli zarówno linę jak i olej w głowie. 








Była godzina 7:30 a ja stałem w blasku wschodzącego przed chwilą słońca wyczerpany, z trzęsącymi się jak galareta nogami, paniką w oczach, z rozsypaną psychiką, w obliczu jedynej góry która umie mówić i do tego mnie wzywa. Ale co z tego? Nie mam już na to siły, ten żleb wyglądający jak zjeżdżalnia do piekła podbił sumę wszystkich strachów powyżej poziomu absurdu. Świnica na mnie poczeka, wrócę tu za jakiś czas gdy będę młodszy, piękniejszy, bardziej doświadczony…i myślę że to była najlepsza decyzja.





Cała paranoja trwała jakieś dwie minuty, aczkolwiek przekonanie że zaraz pójdę w kierunku Kasprowego(dobrze że byłem sam bo nawet bym się założył) nie dało mi dojeść rogalika, tak szybko chciało się pożegnać. Napiłem się ciepłego barszczu i podziwiałem jak wyrasta u moich stup góra strachu na którą zaraz spróbuję położyć stopę. I zrobię to właśnie dzisiaj! Bo jest najpiękniejsze okno pogodowe jakie widziałem, czasu do zmierzchu mam…hm zastanówmy się, jest 7:45,  bo szczyt jest już na wyciągnięcie ręki, bo nigdy nie będę młodszy, bo nigdy nie będę miał doświadczenia jak będę uciekał od walki z samym sobą, bo bariery strachu i zmęczenia są po to żeby je łamać i to one mnie niszczą a nie szczyt czy brak doświadczenia, bo za dużo lat na to czekałem żeby poddać się bez logicznego uzasadnienia.





Drogę na szczyt kojarzyłem o tyle o ile, wiedziałem że idzie w górę po kamieniach potem trzyma się prawej strony omijając wierzchołek taternicki, trawersuje żleb Blatona i zaczyna się piąć w górę drogą okutą skalną biżuterią na szczyt właściwy. Ale to nie była moja trasa, moim celem było znaleźć odbicie w lewo i po równie stromej co eksponowanej ścianie bez żadnej biżuterii wyskrobać się na wierzchołek taternicki. Skręt w lewo odnaleziony, droga w górę okazała się być przetarta z kilkoma wariantami wejścia, po czym sobie kto chciał to sobie wychodził, po śniegu, po lodzie po skale…więc starając się minimalizować ryzyko parłem do przodu, obierając kolejne warianty trasy aż około 8:20 marzenie małego dzieciaka stało się prawdą.











Oczywiście piknik na szczycie jest zbyt interesujący żeby o nim pisać.












Zejście zawsze jest trudniejsze niż wyjście, więc pamiętając historie swoją i innych wojowników Kościelca dzielnie walczących o zniesienie o własnych siłach swojego życia do domu spodziewałem się walki która będzie jeszcze gorsza niż wszystkie w drodze na ten szczyt i dzięki mojemu doświadczeniu niestety wcale się nie pomyliłem. Śnieg co chwilę pękał, lód się kruszył, odpadał, ginął gdzieś w otchłani pod spodem, a człowiek stoi na pokurczonych nogach przyklejony do ściany i szuka tego miejsca gdzie czekan złapie tak, żeby można było powiesić na nim samochód osobowy, słonia, albo swoje życie. A co się dzieje jak złapie? To uzębiona bestia i ani myśli puścić, za chwilę trzeba go wyciągnąć i się siłować i to wszystko trwa, a nogi coraz bardziej bolą i łapsko puchnie.





Wydawało mi się, że jestem już blisko czerwonego szlaku gdy nagle zobaczyłem że pode mną nie ma już drogi tylko pionowa skalna płyta…super. I wtedy właśnie przestałem się koncentrować i zacząłem zastanawiać co robić i ku mojemu zdziwieniu usłyszałem, że kolejnym kawałkiem z całego mixu w moim mp3 jest jakiś kawałek boney-M. Jeszcze Lepiej! -pomyślałem. Kto oglądał „Touching the void”, wie jaka była moja pierwsza myśl… Ktoś torując szlak się pomylił, a ja wybrałem ten wariant do nikąd i aby uniknąć „żałosnej śmierci przy boney-M”, musiałem zawrócić i podejść do najbliższego rozejścia.







 Na szczęście 10 merów wyżej znalazłem trawers do właściwego wariantu, zszedłem do czerwonego i wróciłem na przełęcz na której czekało mnie zjawisko dla mnie równie nieprawdopodobne co pojawienie się przystanku tramwajowego „przełęcz świnicka”, na żądanie! No ale to nie był przystanek, tylko człowiek, a nawet nie jeden a troje i wyłaniali się po kolei ze żlebu zadziwiając mnie coraz bardziej. W sumie to wcale nie powinno mnie to aż tak dziwić, w końcu nie mam gór na własność choć w istocie cała podróż do tej pory na to by wskazywała. Natomiast fakt że żadne z nich nie miało na własność czekana i wyszli z tej dziury jedynie z kijkami jest już bardzo dziwny, zwłaszcza, że robiłem tę trasę chwilę temu i wiem jak to wygląda. Rzuciłem im, coś w stylu że są hardkorami żeby się w tak francowaty i stromy teren bez czekana zapuszczać, a oni w odpowiedzi rzucili mi tekstem że tak źle nie było i że idą na Świnice, i to był moment kiedy zbladłem.





Zapytałem na który wierzchołek. I to było głupie pytanie rzucone żeby powiedzieć cokolwiek zanim zbiorę myśli z wrażenia. Powszechnie wiadomo, pouczano i głoszono, że wierzchołek taternicki w zimie jest wariantem łatwiejszym niż zwykły, choć mimo wszystko bez czekana niewykonalny. Ale ledwo zebrałem myśli, popatrzyli na mnie dziwne i stwierdzili że wiadomo, że nie na taternicki. Wtedy totalnie odjęło mi mowę i poczułem że trzeba im to wyperswadować, ale wyczuli to chyba i zaczęli budować jakiś autorytet opowieścią że byli na Kościelcu bez czekanów i dało radę. Ja na Kościelcu w dwóch miejscach o niczym nie marzyłem tak jak o drugim czekanie, ale co ja tam wiem… Może czekan jest jak antykoncepcja, niektórzy wolą bez, a jak będzie wpadka to trudno…






Tak odchodząc z głębokim przekonaniem, że świata nie da się uratować, i lekkim wyrzutem że mimo wszystko za mało się staram, zacząłem posuwać się w kierunku Kasprowego. No tak, wiem, że jest dalej, ale jak spojrzałem na ten świnicki żleb to nabrałem ochoty na dłuższy spacer, pogoda była idealna, słoneczko, ciepełko. Tak sobie myślę, że jakby z tego masywu były tylko dwa warianty zejścia, żlebem świnickim, albo granią aż na Ciemniak i do kościeliskiej… wróciłbym jeszcze bardziej opalony:)


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca




poniedziałek, 23 lutego 2015

NIE - dla komercjalizacji ludzkiej tragedii.

#wojownicykoscielca   #swinicawesrode  #iscczyzawracac

Ten weekend był zły, paskudny, wredny, zdradliwy i okazał się bardzo tragiczny. Cztery osoby pod śniegiem, dwie zaginione, przerywana i wznawiana akcja ratunkowa… jednym słowem masakra. Bardzo ubolewam nad tym faktem, sam mogłem być w centrum tych wydarzeń gdyby nie szybkie spojrzenie na pogodę na trzech różnych portalach i odmowa pewnej uroczej tatromaniaczce, aczkolwiek chciałbym zwrócić uwagę na bardziej mroczną stronę tej sytuacji, a mianowicie nieprawdopodobną komercjalizację ludzkiej tragedii


Nie będzie tym razem ślicznych zdjęć i sielankowych góreczek, tylko kilka gorzkich zdań na temat ludzkiej chciwości...



W telewizji „eksperci” w dziedzinie alpinizmu niewiadomego pochodzenia wespół z dziennikarzami od dwóch dni atakują falą panicznego lęku bogu ducha winnych słuchaczy, osób które gór w zimie na oczy nie widziały, ale po wysłuchaniu autorytatywnie brzmiących wypowiedzi są bardziej niż pewne że wspólna klatka z tygrysem jest po trzykroć bezpieczniejsza niż zejście z Zawratu.



Piszę o tym dlatego, że jako osoba aktywna w tej dziedzinie sportów, można powiedzieć ekstremalnych dokładam wszelkich starań aby moja rodzina, jak i bliscy żyli w świadomości, że staram się dopełnić wszelkich starań aby maksymalizować swoje bezpieczeństwo i minimalizować ryzyka które jestem w stanie minimalizować. Natomiast od dwóch dni kogo bym nie spotkał z bliskich i znajomych patrzy na mnie jak na ducha i drżącym głosem pyta się czy słyszałem co się stało na Zawracie ewentualnie w rejonie świstówki.





Spoglądam tę osobę, i czy to jest moja matka, przyjaciel, ojciec czy znajomy, widzę w jego oczach takie przerażenie jak bym po trzech tygodniach leżenia pod lawiną zmartwychwstał i w środku nocy wyłonił się ze ściany. Wtedy pojawia się rozmowa w nawiązaniu do ostatnich wydarzeń, w której moje zdanie na ten temat jako osoby troszkę głębiej siedzącej w temacie jest jedynie echem z zaświatów. Z tego co w telewizji powiedzieli a tam zawsze mówią tylko prawdę i to powszechnie obowiązującą, wszyscy zimowi tatromaniacy jesteśmy już jedną nogą w trumnie i sami się o to prosimy. Spirala strachu się kręci, niczym dobrze zaprojektowana maszyna, tylko po co?





Dlaczego media to robią? Dlaczego nie robili tego dwa tygodnie temu? Dlaczego nie zapraszali ekspertów na cały cykl spotkań w sprawie bezpieczeństwa w górach? Bo w dupie mają bezpieczeństwo w górach! Liczy się to, żeby wzbudzać emocje, strach, nienawiść, podziw…nie ważne. Trzeba za wszelką cenę podbić oglądalność… przepuścić ludzką tragedię przez wyżymaczkę i wycisnąć tyle kasy ile się uda na nieszczęściu innych ludzi którzy mieli gorszy dzień. A to że czyjąś matkę będzie bolało serce ze strachu gdy jej syn będzie chodził po górach nawet w lecie to już koszty uzyskania przychodu, rozłożone w czasie, w dodatku ponoszone przez ludzi z którymi żadna stacja radiowa czy telewizyjna się nie liczy!






I skończy się kasa z górskich tragedii, zacznie się temat skatowanych dzieci, albo babci która zmarła we własnych odchodach, którymi przejmie się cała polska. Góry znowu będą umiarkowanie bezpiecznym miejscem przy zachowaniu zdrowego rozsądku. Jedyne osoby które wciąż będą pamiętać tamten Zawrat i świstówkę to rodzina i znajomi zimowych tatromaniaków!

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 

https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

niedziela, 22 lutego 2015

NIE ODDAM CI ŻYCIA ! ! ! czyli rozmowy ze śmiercią…

#wojownicykoscielca   #swiniacasmakujewesrode   #mediaprzeginaja

Fanatycy, wariaci, ryzykanci, tak ludzie nie chodzący po górach często określają miłośników alpinizmu zimowego. Trochę prawdy w tym jest! Wczoraj lawina pogrzebała cztery osoby, w tatrach zachodnich z czego jedna przypłaciła swoją pasję życiem a jedna hipotermią. Gdy się o tym dowiedziałem poczułem się jak by ktoś odwinął mi pałką w głowę a w oczach stanął mi obraz siebie kilka dni wcześniej licytującego się o własne życie, i ten obraz zaraz przywołam.



A po nocy przychodzi dzień...



Była to środa, tuż przed świtem gdy następuje ten moment, że już jest widno, a słońca jeszcze nie widać, po nocnym przemarszu dotarłem do podnóża żlebu świnickiego. Byłem sam, i właśnie wtedy spłynęła na mnie fala paniki, niepokoju i to trudne do opisania uczucie bezpośredniego obcowania ze śmiercią. Chciałem zawrócić, pomimo tego, że szczyt był już na wyciągnięcie ręki, ale z drugiej strony jakaś część mnie chciała przełamać niewidoczną ścianę strachu i zrobić ten jeszcze jeden krok do przodu, i wtedy zaczęła się ta, cholerna licytacja.



Żlebisko straszliwe



Z kim się licytowałem? Z samym sobą? Pewnie tak, a doprecyzowując głębiej ze strachem przed śmiercią więc w pewnym sensie ze śmiercią we własnej osobie której tak bardzo czułem tu obecność!


-zawracaj! Kąt tego stoku jest książkowym przykładem kąta stoku lawinowego! Masz jakieś 50% - pasuje ci to?

-hola hola! Jest drugi stopień zagrożenia! – co najmniej 70% - i wbijam powoli kijek próbując zorientować się jak wyglądają kolejne warstwy na stoku.

-Jak uważasz, te stopnie są dość ogólne i gówno się mają do sytuacji na tym jednym konkretnym stoku, ale masz swoje 70%, i pytam jeszcze raz, pasuje Ci to?

-Czekaj, jeszcze nie skończyłem, jest blady świt, a więc moment w którym pokrywa jest najbardziej zmrożona i stabilna – więc dolicz kolejne 15%

-no niech Ci będzie, ale dalej zostawiasz mi 15% szans że przez Twoje kozaczenie będę biegać po tatrach z kosą i ciągnąć nadgodziny!

-Od wielu dni nie padało, a szlak jest dobrze przetarty, a z każdym dniem śnieg bardziej stabilny… więc na moje oko nie masz nawet pięciu procent szans na nadgodziny! Więc zabieraj się ze swoim szpejem, żegnam Panią!

-Cholera chyba masz rację… Ale pamiętaj że zaraz ta żarówa wyskoczy z za Świnicy i zacznie świecić pełną mocą a Ty na powrocie będziesz musiał trawersować pośrednią turnie od południowej strony, więc delikatnie mówiąc streść swój marny tyłek bo czas działa na twoją niekorzyść!


Tego rodzaju rozważania potrwały jakieś 30 minut, aż w miejsce panicznych lęków w głowie zagościły sensowne argumenty przemawiające za kontynuacją wyprawy, ściana strachu pękła i otworzyła mi drogę w żleb wiodący na przełęcz.



Ucięte słowo Świnicka... 



Wracając do wczorajszego wypadku, gdy się o nim dowiedziałem od razu cały ten żleb, śnieg, i moje argumenty stanęły mi jeszcze raz przed oczami. Czy naprawdę było aż tak bezpiecznie jak w mojej ocenie sytuacji…może czegoś niedoszacowałem albo przeszacowałem? Ale tego niestety już się nie dowiem, ale mimo wszystko nie żałuję ani jednej minuty którą stojąc pod żlebem poświęciłem na uspokajanie swoich emocji i próbę trzeźwej oceny sytuacji i zagrożenia.


A jak wy podejmujecie decyzję w takich sytuacjach? Jak podchodzicie do ogłaszanych komunikatów lawinowych? Ile czasu poświęcacie na analizę zagrożenia i jakie ryzyko jesteście w stanie zaakceptować?

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

sobota, 21 lutego 2015

Wojownicy Kościelca - zabijaka z wyboru?

#WojownicyKoscielca   #ŚwiniacaSmakujeWeŚrode  #PogodaWażnaSprawa #ZefirekNaRakoniu


Każda historia ma swój początek, a przynajmniej powinna mieć. Zdarza się, że jest to poranna kawa(niebezpieczna z niej bestia!) przy której wpadają do głowy głupie pomysły, czasami moment pakowania plecaka, czasami wejście na szlak. Historia wojowników Kościelca rozpoczęła się wiele lat temu i na pewno w jednym z zakopiańskich busów! Można też z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć że była to wiosna, a nawet wiosenny poranek! Byłem tam w celach turystycznych,  i mówimy tu o bardzo dziecięcej turystyce. Nie mniej jednak wydarzyło się wtedy coś niesamowitego. Do busa wsiadł długowłosy facet ubrany w jaskrawą odzież z przytroczoną do plecaka bronią niespotykaną nigdy w Krakowie… Ten widok był dla dziecięcej wyobraźni nie do zignorowania. To musiał być jakiś nieznany gatunek wojownika, a broń jaką dysponował wyglądała co najmniej imponująco. Oczywiście musiałem zapytać się dokąd się wybiera i wtedy po raz pierwszy w moim życiu usłyszałem słowo Kościelec. Oczywiście masa pytań pozostała dalej bez odpowiedzi. Z czym walczy plemię wojowników Kościelca? Gdzie jest ten cały Kościelec? Gdzie wykuwają swoją nietypową broń? Czy kiedykolwiek będę mógł zostać Wojownikiem Kościelca?






Dolina Jaworzynki






 Na szlak wyszliśmy rano, i kilkanaście lat później. Drogę do murowańca przeszliśmy wybierając dolinę Jaworzynki bez żadnych przygód, bez emocji, i bez możliwości oszacowania który raz w tym roku tędy idziemy, tyle tego było. To jest to uczucie niepokoju kiedy tak bardzo znasz drogę, że wiesz gdzie jesteś po kształcie czy kolorze kamienia pod butem. Schodząc na halę Gąsienicową, zdecydowaliśmy zatrzymać się w schronisku i trochę się rozgrzać.








W drodze do murowańca.


Temperatura odczuwalna była gdzieś pomiędzy dziesięć a piętnaście stopni mrozu. Michał wszedł do środka, z kolei ja nie byłbym sobą gdybym przed murowańcem nie zapalił papierosa. Ciepło dla organizmu jest bardzo ważne, ale głód nikotynowy to upiór który potrafi walczyć o swoje i dokonuje dekompozycji hierarchii potrzeb. Poza tym papieros pełni też funkcję zwiadowczą, jeżeli się go zapali w dobrym miejscu. Wejście do schroniska zawsze wygląda niepozornie, ktoś pije kawę, inny zakłada raki, ogólnie z pozoru nic się nie dzieje, ale to tylko pozory…o oto dlaczego.





Tym razem paląc papierosa moją uwagę skupiła grupa młodych ludzi, było w nich coś pociągającego, kuszącego i jednocześnie wyostrzającego zmysł smaku i zapachu, mięli przy sobie flaszkę orzecha laskowego. Poczułem nawet wyrzuty sumienia, że pomimo wszelkich starań przygotowawczych poczułem że mój plecak jest troszkę niedopakowany, nie mniej jednak po krótkiej rozmowie i łyku Soplicy to uczucie minęło. Towarzystwo obrało za swój cel Świnicę, a dzień wcześniej byli na Kościelcu. Ogólnie określili warunki jako bardzo trudne z powodu małej ilości śniegu, ale nie brzmiało to na tyle groźnie czy przekonująco aby zmieniać nasze palny na dalszą część dnia, co więcej, po raz kolejny udowodniło, że papieros przed schroniskiem pełni przede wszystkim funkcje zwiadowczą. Pożegnaliśmy lepiej spakowanych wojowników Kościelca i ruszyliśmy z Michałem w stronę czarnego stawu. 


            Cholera czegoś mi tu brakuje – pomyślałem







Czarny staw gąsienicowy



Kościelec-droga przez jezioro i żleb.







Hmm, oczywiście stawu, wszystko przykrył śnieg, ale czegoś jeszcze… bezpiecznego podejścia pod żleb! No to klops, co robić? Jeszcze wczoraj czytałem w komunikacie turystycznym o zakazie wchodzenia na tafle jezior w tatrach ze względu na zbyt cienką warstwę lodu… A dziś co? Warstwa jaka jest taka jest, nie wiele grubsza niż wczoraj, ślady biegną w stronę karbu po jeziorze a innej drogi nie ma.




Szliśmy tym jeziorem, a ono do nas mówiło… strzelało pod nogami, a ja strzelałem coraz to nowymi i bardziej soczystymi przekleństwami w Michała aby z łaski swojej nie zbliżał się do mnie, bo nadwyręża już strzelającą pod nogami taflę cienkiego lodu. Trauma była potworna, ryzyko hipotermii przy ewentualnej kąpieli z każdym krokiem rysowało się coraz wyraźniej w mojej wyobraźni… o ile w ogóle nasz zimowy ekwipunek nie zakotwiczyłby nas na dnie stawu. Stając na drugim brzegu poczułem ten rodzaj ulgi która uwalnia endorfiny, próba odwagi zaliczona. Teraz staliśmy u stup dość wysokiego i stromego żlebu o którym mogę napisać jedno: tan żleb dwie rzeczy ma opanowane do perfekcji absolutnej: robienie wrażenia i testowanie kondycji!






Nie kończące się żleby



Szliśmy wolno, śnieg był miękki, zapadał się. Co jakiś czas spoglądałem w górę z nadzieją, że uda mi się dostrzec że jesteśmy choć trochę bliżej, ale nic z tego! Wrażenie było jak byśmy stali w miejscu, ale to też nie pasowało, bo jak stanie może być aż tak męczące? Dopiero spojrzenie w dół rozwiewało wątpliwości i dawało motywację do dalszej wędrówki. W końcu udało się, stanęliśmy na przełęczy na której przywitał nas lodowaty wiatr obniżający temperaturę odczuwalną do jakichś -20 i usiłujący wyprosić z grani wszystko co jest na niej w charakterze gościa i to ze skutkiem natychmiastowym.






Ostatnie ostrzeżenie.




Ale żeby niespodziewanek nie było zbyt mało spotkaliśmy tam Wojownika Kościelca-Championa, a to są już naprawdę twarde bestie, potrafią wyjść na szczyt, wytaszczyć plecak sprzętu, i wciągnąć za sobą na linie kilka osób nieznanego pochodzenia potykające się w rakach o własne nogi, posługujące się językiem angielskim którym trzeba co kilkanaście metrów sygnalizować „ice axe to the right/left hand” bo nie wiedzą która strona jest dostokowa a która odstokowa… Na dodatek Champion Wojownik była bardzo miłą i pogodną Panią przewodnik, zamieniliśmy z nią kilka słów i postanowiliśmy puścić całą grupę przodem jak taka wycieczka z przewodnikiem wygląda co nie ukrywam wzbudzało naszą niepohamowaną ciekawość. Postanowiłem obejrzeć się jeszcze raz w dół i to co zobaczyłam odebrało mi mowę, po tej cholernej tafli gadającego jeziora szła sobie trójka ludzi, gęsiego, jeden za drugim na odległość wyciągniętej reki, samym środkiem, na oko w kierunku Zawratu. Jak widać jeziora też miewają próby, tolerancji na ludzką głupotę. 





Droga na szczyt szła nam bardzo powoli, i mało komfortowo. Warunki były naprawdę wredne ponieważ śniegu prawie nie było, jak był to nie trzymał ani karów ani czekana, trzymał jedynie w napięciu…były też skały ale oblodzone. W rakach źle, bez raków jeszcze gorzejJ Ale żeby tego było mało, cały czas mięliśmy przed sobą dramatycznie walczących o zdobycie szczytu turystów, którym lina co chwile ratowała życie. Więc patrzenie na ich poczynania ze świadomością że zaraz czeka nas to samo tylko na żywca, utrzymywało w nas uczucie dyskomfortu. Poza tym nie ulega wątpliwości, że temperatura zaczęła spadać co dodatkowo demotywowało wszystkich walczących o szczyt góry Wojowników. W sumie przez całą drogę spotkaliśmy jakieś trzy osoby poza nami i dwie grupy zorganizowane. Nagle poczuliśmy ten rodzaj zimna który zamraża śluzy w nosie, ten rodzaj wiatru który z górskiego na nasze znaczy „wyp*********” i usłyszeliśmy „Wellcome to summit!”. To był ten moment kluczowy dla nas górskich zabijaków, w którym Wojownicy Kościelca się nie rodzą, a stają Wojownikami Kościelca z wyboru pokonując próby Odwagi, kondycji, techniki i wytrzymałości.







Ja na szczycie-łapię stopa.



Michał - usiłuje nie zamarznąć.






Ale radość z triumfu pomimo całego splendoru nie trwała zbyt długo, bo nasz Kościelec bardzo brutalnie zaczął weryfikować naszą wytrzymałość na zimno w stanie spoczynku więc gdy znowu przypomnieliśmy sobie znaczenie słowa hipotermia zaczęliśmy naszą wędrówkę w dół z „góry strachu”. A skąd kolejny przydomek? Bo ja się jej boję, po prostu. Ta góra jest niesamowicie zdradziecka, ma kilka miejsc naprawdę bardzo wrednych, a najwredniejszy jest ten uskok zaraz nad przełęczą. Zawsze mam tam problem i zabrzmi to jak sen szaleńca, ale latem na rysy wychodzę nie dotykając łańcucha i bezpieczniej czuję się na orlej perci niż na Kościelcu. Z drugiej strony rzecz ujmując, gdyby góra wojowników była okuta łańcuchem, nie była by górą wojowników!


No i była walka, ze wszystkimi elementami, zsuwaniem się i hamowaniem włącznie, z gadaniem do samego siebie, wykrzesywaniem resztek sił, odwagi i motywacji… Pamiętam tylko jedno gorsze zejście w Tatrach i był to październik, a my bez sprzętu ewakuowaliśmy swoje dupska z OP zalodzonym jak diabli żlebem Kulczyńskiego. Ale koniec końców zarówno wtedy jak i teraz wszystko przebiegło bez uszczerbków na zdrowiu fizycznym. Po zejściu na przełęcz z wolna, bez emocji, bez pośpiechu i bez siły na cokolwiek innego zaczęliśmy schodzić w stronę Kasprowego i dalej w dół do schroniska murowaniec gdzie spełnić się mogły marzenia: tak cholernie potrzebna pokojowa temperatura i ciepłe jedzenie. Czy można chcieć od życia czegoś jeszcze prostszego?

#WojownicyKoscielca   #ŚwiniacaSmakujeWeŚrode  #PogodaWażnaSprawa #ZefirekNaRakoniu


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca





Grań Kościelca