środa, 25 lutego 2015

Czy czekan jest jak antykoncepcja? - Wyprawa na Świnicę!






           Góry jakie są każdy widzi, nie mniej jednak wrażenia ludzi którzy na nie patrzą są zdecydowanie subiektywne. Co więcej, można nadać danej górze głębsze znaczenie obdarzać ją sympatią, albo co najgorsze… popaść w dziką fascynację!

Zdecydowanie czuję się winy pod każdym względem, już jako dzieciak wykazałem pierwsze objawy wykupując wszystkie pocztówki ze świniącą, o świcie, o zachodzie słońca, zrobione latem, zimą, z różnych perspektyw, w wersji zwykłej czy panoramicznej, tak się zaczęło…





Pierwszy raz szczyt udało mi się zdobyć gdy miałem piętnaście lat i nie był to jedyny raz, aczkolwiek dalej nie wyobrażałem sobie możliwości wdrapania się tam zimą. Nie mniej jednak na stałe wpisałem ten szczyt w białej szacie na listę marzeń których normalny człowiek nigdy nie zrealizuje, gdzieś pomiędzy lotem w kosmos, a safari po parku jurajskim, aura nieuchwytności tego celu towarzyszyła mi aż do samego szczytu.







Dobudzając się we wtorek poranną kawą spojrzałem na telefon. Wtorek jak wtorek –pomyślałem, różne rzeczy siedzą w ten dzień w telefonach, biorąc go do ręki spodziewałem się, że zaskoczy mnie jakimś smsem, czy postem na FB, góra nieodebranym połączeniem, ostatnią rzeczą jaką bym się spodziewał znaleźć było okno pogodowe na Świnicy, a jednak. Kolejną rzeczą jaką znalazłem, był rozkład jazdy autobusów i aby o sensownej godzinie znaleźć się na szczycie jedyną możliwością z Krakowa był autobus o 22:15, to było jak wyrok, bez zawieszenia.





Nie ma nic bardziej interesującego niż proces pakowania, więc będąc złośliwy postanowiłem go pominąć.





To co było szczególne w tej wyprawie, poza moim postrzeganiem tego szczytu to fakt że po raz pierwszy w zimie szedłem solo, co jeszcze potęgowało uczucie strachu na każdym kroku, ale i to było by do przeżycia. Niestety pierwszy, jedyny i najważniejszy błąd tej wyprawy popełniłem wsiadając do autobusu. Zadzwoniłem do bliskiej osoby żeby jeszcze z kimś pogadać, zanim wyruszę w samotną drogę, niestety zostałem zalany tak potworną falą paniki i możliwych negatywnych scenariuszy, że gdybym nie chodził po górach, a ona opowiadała o kimś innym pomyślał bym że gość oszalał i idzie na pewną śmierć. Koleżanka nigdy nie widziała zimy w górach wysokich, coś przeczytała o alpinizmie, więc oczywiście podszedłem do jej ekspertyz z dystansem, a raczej tak mi się wtedy wydawało. Niestety to co w autobusie wywołuje uśmiech na twarzy, tam wysoko, w samotności, w ciemności potęguje niepewność i panikę, a wtedy zaczynają się błędy…








Podejście zacząłem bardzo powoli, podziwiając uroki tonącego w śniegu Zakopanego, jeszcze jakaś przerwa na kanapkę na Krupówkach, jakieś interakcje z słaniającymi się na nogach niczym zombie imprezowiczami u których mój widok o tej porze wzbudzał zdumienie. Chyba średnio tam pasowałem, ale i tak grupa dziewczyn ochoczo zapraszała mnie na imprezę. W kuźnicach miał miejsce rytuał zakładania całego ekwipunku włączenie czołówki i rozpoczęcie właściwej wędrówki.




Droga przez boczań zawsze była dla mnie kwintesencją znaczenia słów „ciemno” i ‘nudno”, nie inaczej było tym razem, z tą różnicą, że tym razem towarzyszyć mi miały jeszcze lęk i potęgująca go samotność, postanowiłem zatem zatrudnić zespół IRA do umilania wędrówki, i w efekcie droga okazała się bardzo przyjemna. Po dłuższej chwili nastąpiło pierwsze wyjście z lasu i wtedy człowiek dostrzega to co w nocnych wędrówkach po górach zachwyca najbardziej… Gwiazdy. Jako że czasu do świtu miałem sporo a chciałem żeby zastał mnie przed przełęczą, mogłem iść w tempie żółwia, i podziwiać co miałem ochotę.





Pierwsze wątpliwości pojawiły się tuż za murowańcem. Ogólnie nie byłem pewny którędy iść, doszedłem do kolejki i zacząłem się zastanawiać. Było tak ciemno że nie byłem pewny czy widzę Kościelec czy tylko wydaje mi się że coś tam widzę, w końcu znalazłem „coś tam widzę-karb” i zacząłem szukać skrętu w jego stronę. Obszedłem kolejkę i poszedłem za śladami w stronę „coś tam widzę-karbu”, ale też z przekonaniem „najwyżej zawrócę”. Droga ta zawiodła mnie do nienaturalnie wyglądającego wypłaszczenia, które uznałem za staw oraz ostateczne potwierdzenie że jestem na dobrej drodze, teraz trzeba szukać odbicia w prawo.





Góry nie są dla ludzi leniwych, aczkolwiek czasami zdarza się tak że człowiek odkłada pewne rzeczy na „za 50 metrów” i to też uważam za błąd a teraz uzasadnienie. Droga w prawo wiodła przez jezioro i do góry, nie do koca pamiętałem rzeźbę terenu, ani też nie mogłem jej zobaczyć, nie mniej jednak, o tym, że kijki powinny być przytroczone do plecaka a czekan w łapie jak zwykle zorientowałem się kilkadziesiąt metrów za wysoko. No i tak klęczy człowiek jak ta śrota w połowie stromego stoku z kilkami i analizuje. Kijków nie schowam, czekana nie wyciągnę, bo nie ma gdzie, jest zbyt stromo. Są dwie opcje: wyjść albo zejść, zmienić szpej i wyjść. W opcji „wyjść” nie wiadomo za ile metrów i czy w ogóle będzie jakieś wypłaszczenie, a z drugiej strony mimo wszystko łatwiej jest wychodzić niż schodzić… więc zagryzłem zęby i cholernie mało komfortowo wyskrobałem się na bulę na której można było zrobić przerwę i zdawało by się odreagować wspinaczkę bez asekuracji.





Niestety w między czasie zaczęło robić się widno i moim przerażonym oczom ukazał się żleb. Wszystkie trybiki ruszyły, rozmowa z koleżanką z każdym jej scenariuszem i argumentem, całość komunikatu o zagrożeniu lawinowym 2 stopnia z prośbą żeby szczególnie uważać na stoki o nachyleniu północnym, SMS o treści „zawróć, zmień decyzję!”, więc ogólny poziom paniki wzrósł do poziomu krytycznego który zmusza do refleksji nad sensem dalszej wędrówki.








Czy jestem panikarzem? W górach zawsze, ale uważam to za atut. Ciągły strach podczas wspinaczki zmusza do koncentracji, rodzi się masa pytań na które trzeba sobie ciągle odpowiadać: czy skała której się złapałem nie jest luźna, czy czekan który wbiłem siedzi jak trzeba, czy rak którego wbiłem w śnieg, nie wyjedzie razem ze śniegiem. W tym wypadku panika skłaniała mnie do zawrócenia a pytania miały odmienny charakter: Jakie jest nachylenie stoku? ile procent? północne czy południowe, kiedy ostatnio padał śnieg, jakie były od tego czasu temperatury, kto i jak dawno mógł tędy przechodzić ostatnio, dlaczego to cholerstwo musi być takie strome, na ile ten śnieg może być stabilny. Po dwudziestu minutach walki ze strachem stwierdziłem że racjonalne argumenty są prawie jednoznaczne, poszedłem dalej, potem zrobiłem jeszcze jedną przerwę z tego samego powodu po dokończeniu trawersu, u podnóża żlebu.








Żleb na przełęcz świnicką jaki jest każdy widzi, jednak każdy inaczej, ja poznałem już kilka żlebów idąc na Zawrat, Rysy, Karb, ale ten choć najkrótszy z wymienionej trójki budził we mnie największą grozę. Prałem po nim czekanem ile sił, stromo, bardzo stromo, śnieg zmrożony twardy jak lód, ale za to trzymał jak beton, to była męcząca walka, a perspektywa ziejąca pod nogami nie pomagała. Po wyjściu na przełącz miałem już tylko ochotę skręcić w prawo i wcale nie zdziwiły mnie ślady stanowiska asekuracyjnego zbudowanego w formie grzyba śnieżnego, wzmocnionego czekanem, co oznaczało, że moi domniemani poprzednicy mięli zarówno linę jak i olej w głowie. 








Była godzina 7:30 a ja stałem w blasku wschodzącego przed chwilą słońca wyczerpany, z trzęsącymi się jak galareta nogami, paniką w oczach, z rozsypaną psychiką, w obliczu jedynej góry która umie mówić i do tego mnie wzywa. Ale co z tego? Nie mam już na to siły, ten żleb wyglądający jak zjeżdżalnia do piekła podbił sumę wszystkich strachów powyżej poziomu absurdu. Świnica na mnie poczeka, wrócę tu za jakiś czas gdy będę młodszy, piękniejszy, bardziej doświadczony…i myślę że to była najlepsza decyzja.





Cała paranoja trwała jakieś dwie minuty, aczkolwiek przekonanie że zaraz pójdę w kierunku Kasprowego(dobrze że byłem sam bo nawet bym się założył) nie dało mi dojeść rogalika, tak szybko chciało się pożegnać. Napiłem się ciepłego barszczu i podziwiałem jak wyrasta u moich stup góra strachu na którą zaraz spróbuję położyć stopę. I zrobię to właśnie dzisiaj! Bo jest najpiękniejsze okno pogodowe jakie widziałem, czasu do zmierzchu mam…hm zastanówmy się, jest 7:45,  bo szczyt jest już na wyciągnięcie ręki, bo nigdy nie będę młodszy, bo nigdy nie będę miał doświadczenia jak będę uciekał od walki z samym sobą, bo bariery strachu i zmęczenia są po to żeby je łamać i to one mnie niszczą a nie szczyt czy brak doświadczenia, bo za dużo lat na to czekałem żeby poddać się bez logicznego uzasadnienia.





Drogę na szczyt kojarzyłem o tyle o ile, wiedziałem że idzie w górę po kamieniach potem trzyma się prawej strony omijając wierzchołek taternicki, trawersuje żleb Blatona i zaczyna się piąć w górę drogą okutą skalną biżuterią na szczyt właściwy. Ale to nie była moja trasa, moim celem było znaleźć odbicie w lewo i po równie stromej co eksponowanej ścianie bez żadnej biżuterii wyskrobać się na wierzchołek taternicki. Skręt w lewo odnaleziony, droga w górę okazała się być przetarta z kilkoma wariantami wejścia, po czym sobie kto chciał to sobie wychodził, po śniegu, po lodzie po skale…więc starając się minimalizować ryzyko parłem do przodu, obierając kolejne warianty trasy aż około 8:20 marzenie małego dzieciaka stało się prawdą.











Oczywiście piknik na szczycie jest zbyt interesujący żeby o nim pisać.












Zejście zawsze jest trudniejsze niż wyjście, więc pamiętając historie swoją i innych wojowników Kościelca dzielnie walczących o zniesienie o własnych siłach swojego życia do domu spodziewałem się walki która będzie jeszcze gorsza niż wszystkie w drodze na ten szczyt i dzięki mojemu doświadczeniu niestety wcale się nie pomyliłem. Śnieg co chwilę pękał, lód się kruszył, odpadał, ginął gdzieś w otchłani pod spodem, a człowiek stoi na pokurczonych nogach przyklejony do ściany i szuka tego miejsca gdzie czekan złapie tak, żeby można było powiesić na nim samochód osobowy, słonia, albo swoje życie. A co się dzieje jak złapie? To uzębiona bestia i ani myśli puścić, za chwilę trzeba go wyciągnąć i się siłować i to wszystko trwa, a nogi coraz bardziej bolą i łapsko puchnie.





Wydawało mi się, że jestem już blisko czerwonego szlaku gdy nagle zobaczyłem że pode mną nie ma już drogi tylko pionowa skalna płyta…super. I wtedy właśnie przestałem się koncentrować i zacząłem zastanawiać co robić i ku mojemu zdziwieniu usłyszałem, że kolejnym kawałkiem z całego mixu w moim mp3 jest jakiś kawałek boney-M. Jeszcze Lepiej! -pomyślałem. Kto oglądał „Touching the void”, wie jaka była moja pierwsza myśl… Ktoś torując szlak się pomylił, a ja wybrałem ten wariant do nikąd i aby uniknąć „żałosnej śmierci przy boney-M”, musiałem zawrócić i podejść do najbliższego rozejścia.







 Na szczęście 10 merów wyżej znalazłem trawers do właściwego wariantu, zszedłem do czerwonego i wróciłem na przełęcz na której czekało mnie zjawisko dla mnie równie nieprawdopodobne co pojawienie się przystanku tramwajowego „przełęcz świnicka”, na żądanie! No ale to nie był przystanek, tylko człowiek, a nawet nie jeden a troje i wyłaniali się po kolei ze żlebu zadziwiając mnie coraz bardziej. W sumie to wcale nie powinno mnie to aż tak dziwić, w końcu nie mam gór na własność choć w istocie cała podróż do tej pory na to by wskazywała. Natomiast fakt że żadne z nich nie miało na własność czekana i wyszli z tej dziury jedynie z kijkami jest już bardzo dziwny, zwłaszcza, że robiłem tę trasę chwilę temu i wiem jak to wygląda. Rzuciłem im, coś w stylu że są hardkorami żeby się w tak francowaty i stromy teren bez czekana zapuszczać, a oni w odpowiedzi rzucili mi tekstem że tak źle nie było i że idą na Świnice, i to był moment kiedy zbladłem.





Zapytałem na który wierzchołek. I to było głupie pytanie rzucone żeby powiedzieć cokolwiek zanim zbiorę myśli z wrażenia. Powszechnie wiadomo, pouczano i głoszono, że wierzchołek taternicki w zimie jest wariantem łatwiejszym niż zwykły, choć mimo wszystko bez czekana niewykonalny. Ale ledwo zebrałem myśli, popatrzyli na mnie dziwne i stwierdzili że wiadomo, że nie na taternicki. Wtedy totalnie odjęło mi mowę i poczułem że trzeba im to wyperswadować, ale wyczuli to chyba i zaczęli budować jakiś autorytet opowieścią że byli na Kościelcu bez czekanów i dało radę. Ja na Kościelcu w dwóch miejscach o niczym nie marzyłem tak jak o drugim czekanie, ale co ja tam wiem… Może czekan jest jak antykoncepcja, niektórzy wolą bez, a jak będzie wpadka to trudno…






Tak odchodząc z głębokim przekonaniem, że świata nie da się uratować, i lekkim wyrzutem że mimo wszystko za mało się staram, zacząłem posuwać się w kierunku Kasprowego. No tak, wiem, że jest dalej, ale jak spojrzałem na ten świnicki żleb to nabrałem ochoty na dłuższy spacer, pogoda była idealna, słoneczko, ciepełko. Tak sobie myślę, że jakby z tego masywu były tylko dwa warianty zejścia, żlebem świnickim, albo granią aż na Ciemniak i do kościeliskiej… wróciłbym jeszcze bardziej opalony:)


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca