wtorek, 31 marca 2015

GDY W SCHRONISKU PANUJE PRAWO DŻUNGLI- MUSZKIETEROWIE III




Część pierwsza muszkieterów - tutaj 
a druga jeszcze tutaj

Kroczymy po śniegu, który robi się coraz bardziej biały, podejrzanie równy i prawdę mówiąc nudny. Nic się nie dzieję, czas chrupania dobiegł końca, a ja czuję że robię się senny. Obojętnie mijamy kolejne rogatki kuszące Kozim Wierchem, Szpiglasową i Kozią Przełęczą a z każdym krokiem coraz dosadniej zaczyna docierać do mnie jeden fakt… To, że dochodzimy do schroniska wcale nie oznacza że możemy liczyć na sen!!!


Było koło siódmej rano a schronisko wydawało się pozornie uśpione, lecz pozory czasem mylą. Zdejmując raki starałem się nie narobić hałasu, lecz i tak „mieszkańcy tarasu” wyczuli naszą obecność, i w pół śnie zaczęli konwersację. Pamiętam, że któryś z nich wyrażał głęboki smutek z powodu kończącego się alkoholu. Gdy stanąłem pod drzwiami wejściowymi, nie wiedziałem co zastanę w środku, ale byłem pewny, że cokolwiek to będzie, zapamiętam to do końca życia i nie pomyliłem się!


Pierwsze z czym musiałem się zmierzyć, to stężenie alkoholu w powietrzu. Nie żebym był temu przeciwny, ale takich oparów to ja jeszcze nigdy nie poczułem. Kolejnym wyzwaniem było, jak zrobić choć jeden krok żeby kogoś nie zdeptać. Ludzie spali wszędzie: W korytarzach, na schodach, na podłogach, na parapetach, w toaletach, w kabinach prysznicowych, na leżąco, na siedząco, umierająco… poukładani jak klocki w tetrisie. Kompresja absolutna. Jedynie miejscami zamiast ludzi zalegały stosy sprzętu i plecaków od podłogi do sufitu. Nie wiem jakim cudem zachował się dla nas ostatni kawałek podłogi w korytarzu, ale był na tyle ogromny, że można było rozwinąć na nim karimatę do połowy i posadzić dwie osoby, trzeci kompan zajął miejsce na schodku.  


Siedziałem i czułem jak bardzo wszystko jest mi obojętne, nie chciałem nikogo budzić swoją obecnością, więc po prostu czekałem, dopadł mnie marazm i trwało to ze trzy godziny. Na ścianie widniał ekran pokazujący prognozę pogody oraz widok z kamerek internetowych… byłem tak nieprzytomny, że na ten czas stało się to moją telewizją. 


Koło 10:00 zaczęło się poruszenie… Ludziska zaczęli na nowo wykazywać funkcje życiowe, coś mamrotać, przecierać oczy, a niektórzy nawet zmieniali pozycję. Najbardziej przerąbane miały osoby z pełnymi pęcherzami, bo Orla Perć, to bułka z masłem w porównaniu do przedostania się przez „korytarz ściśniętych śpiących ludzi” do toalety, ale było to zabawne i widowiskowe:)


Proces wybudzania się postępował powoli a wraz z nim następowała stopniowa redukcja populacji w schronisku i naprawdę nie da się opisać jak wielką radość poczułem na widok pierwszego stołu wnoszonego na stołówkę. Wkrótce udało nam się zająć miejsca naprzeciwko wnęki, zwalić rzeczy na głęboki parapet i zacząć myśleć o jakiejś konsumpcji.


Uczucie sytości po takiej wycieczce wydawało się być czymś tak zaskakującym, jak bym zapomniał że ono istnieje, ale był nowy rok i wypadało by go mimo wszystko trochę uczcić. Więc korzystając z okazji, że i tak nie nadawaliśmy się do jakiejkolwiek wyprawy górskiej, a znajdowaliśmy się w najfajniejszym schronisku w tatrach wziąłem pusty termos, czekan i udałem się w kierunku tafli jeziora. 


Sądząc po spojrzeniach, nie do końca jasnym było po co ten człowieczek tłucze czekanem w taflę jeziora...

Tymczasem ja ciosałem i ciosałem a termosik napełniał się formami lodu o nieregularnych kształtach. Wróciłem do stolika, z plecaka wydobyłem butelkę szkockiej whisky i nagle moje szaleństwo stało się dla wszystkich znacznie bardziej logiczne a po chwili smak whisky z lodem po tatrzańsku zaprowadził nad kubkami smakowymi monarchię absolutną. 


Mijały godziny, bardzo przyjemne godziny. Chyba pierwszy raz byłem w Tatrach i nie musiałem nigdzie pędzić. Najdłuższymi spacerami tego dnia był spacer po lód, i seria wypadów na taras na papierosa, przy którym zawsze, za każdym razem poznawałem co najmniej jedną nową osobę. Trwała by pewnie ta sielanka może nawet w nieskończoność, jednak nie to było nam przeznaczone, bo wkrótce przy naszym stole zaczęły obowiązywać zupełnie inne zasady!


PRAWO DŻUNGLI


Różne rzeczy ludzie potrafią mieć w swoich plecakach: wódkę, prostownicę do włosów, nie zdziwiła by mnie nawet butelka płynu do chłodnic, lecz nasi nowo poznani znajomi mięli ze sobą grę planszową a gdy ją rozłożyli przy naszym stole zapanowały prawa dżungli. Siedzieliśmy czujni zwarci i gotowi kolejno odkładając po karcie na stół, cały czas w pogotowiu, a gdy dwie karty na stole się powtórzyły w ułamkach sekundy skakaliśmy sobie do gardeł jak dzikie zwierzęta by złapać stojący na środku stołu drewniany totem. Nigdy wcześniej nie grałem w tak agresywną grę. Była świetna, nie wiem ile kolejek przegraliśmy, ale musiało być ich bardzo dużo. Pod koniec, ze zmęczenia widziałem już trzy totemy i uparcie starałem się złapać ten w środku. 


Niestety zmęczenie w końcu okazało się być silniejsze i to nie jest tak że nie chciałem się bawić, tylko po trzydziestu sześciu godzinach bez snu zasypiałem na siedząco, a to była 22:00 i impreza w schronisku zaczęła się konkretnie rozkręcać. Sala była pełna, trunki na stołach, rumor był nieprawdopodobny a do tego dwóch niezależnych gitarzystów z których każdy grał odmienny repertuar wspieranych przez dwa chóry śpiewaków. Poziom natężenia dźwięków sprawiał, że chwilami czułem się jak we wnętrzu betoniarki, ale i tak zasypiałem na siedząco, a gdy towarzystwo poszło na spacer rozłożyłem karimatę i zasnąłem.


W końcu na chwilę przebudził mnie widok człowieka zwisającego na rękach z belki stropowej, a raczej próbującego ją całą przejść na samych rękach. Nie wiem czy to się komuś udało, ale cała sala bardzo chciała żeby to zrobił, zasnąłem znowu i to był błąd. Czułem, że coś nie gra, że jako jedyna śpiąca postać samym środku jądra tej rozpętanej bałkanicy zbyt skupiałem na siebie uwagę. Gdzieś coś zasłyszałem o jakimś czekanie przez sen…ale spałem zbyt mocno. Rano dowiedziałem się że gdzieś na sali padła idea konkursu w rzucie czekanem XD


Obudziłem się rano, krajobraz wyglądał znacznie mniej baśniowo jak ten z przed 24 godzin. Chyba po prostu było troszkę mniej ludzi, bo nawet dało się przejść bez kicania do toalety. Oczywiście drzwi do suszarni to zupełnie inna bajka, ale komu zaszkodzi odrobina porannej gimnastyki…


Po śniadaniu zebraliśmy klamoty, ubraliśmy raki i udaliśmy się w dół dolinką w stronę Palenicy… Nie mogliśmy dłużej zostać bo doskonale zdawaliśmy sobie sprawę czym by się to skończyło!






Część pierwsza muszkieterów - tutaj 

a druga jeszcze tutaj

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca