wtorek, 24 marca 2015

TO NIE TY JĄ WYBIERASZ, TO ONA WYBIERA CIEBIE !






To był wtorek, a może nawet środa. Po długiem i bardzo „niebezpiecznym” nocnym pokonywaniu Kopy i Małołączniaka, przemarszu przez czerwone wierchy i powrocie do zakopanego dominowała radość i uczucie spełnienia. Sukcesy mają o do siebie, że trzeba je czasem uczcić w jakiś głupi ale radosny sposób! No to kebab, wiem, że to są śmieci, ale smaczne :) , potem jakiś słodki soczek! Południowe słońce i wiosenny wiaterek jeszcze podbija ten nasz błogostan. 



Pakujemy się w samochód, zaciągam kilka solidnych łyków energetyka, tak na złość, żeby żadna komórka w moim ciele nie miała cienia wątpliwości, że czas na sen jest równie odległy jak pewna absurdalnie zbudowana droga zwana zakopianką. Ruszamy, mijamy dworzec, dojeżdżamy do ronda i lecimy, a raczej „toczymy się” na Kraków, tam naprawdę nie ma gdzie się rozpędzić:)



Wytaczamy się zza łuku, jedno spojrzenie i ja po prostu widzę że przegram! Po prostu to wiem... dużo jeżdżę. Tuż za łukiem znajduje się podporządkowana z lewej strony z której na zakopiankę gramoli się bus, puszczony przez innego busa który w przypływie „dobrych intencji” postanowił zatrzymać ruch w najgłupszym i najbardziej niebezpiecznym z możliwych, miejscu. Przed busem kombi z oponami dwukrotnie szerszymi dochamowuje się na żyletki z hamulcem w podłodze. Trochę hamuję i jest mi bardzo smutno. Dwa koła na mokrym, dwa na suchym nie dają żadnych szans a ja kopię po tym hamulcu bez ABS i coraz wolnej, lecz wciąż zbyt szybko zbliżam się do przeznaczenia którego nie mogę zmienić...



Nie mogę? Oczywiście że mogę, ale nie chcę! Oczywiście że gdy umieszczę pedał hamulca w podłodze raz a dobrze to prawdopodobnie wyhamuję, ale istnieje też ryzyko, że postawię samochód bokiem a kontrowanie na ruchliwej ulicy jest trochę „na dwa uda” albo się uda albo... no właśnie! A ja mając dwójkę pasażerów niczego nie pragnąłem tak bardzo jak bić przodem.



Biedny samochodzik, pomyślałem wsłuchując się w odgłos pękającego zderzaka i łamiącej się chłodnicy...



Historyjka nr2



Mijają dwa dni. W przypływie poczucia obowiązku postanowiłem udać się na uczelnie celem dopełnienia w dziekanacie zbędnych formalności (papierowe indeksy w XXI wieku, ok, aż dziwi mnie, że papierosów kadra naukowa jakoś nie chce odpalać hubką i krzesiwem...). Kolejka była krótka a sprawa po chwili załatwiona. Wracam zadowolony, dochodzę do przejścia dla pieszych przy rondzie koło dworca głównego. Staję przy przejściu, przede mną jakaś parka a obok (bardzo miło z jej strony) zatrzymuje się granatowa zafira. Parka rusza, ja troszkę zamyślony wchodzę na przejście ułamek sekundy później i nagle znowu czuje ukłucie w sercu. Miałem ochotę podbiec i pociągnąć ich, ale było za późno... 



Nie zatrzymali się w połowie przejścia, nie popatrzyli czy drugi pas też się zatrzyma, a pędzący 40 km/h blaszany rydwan śmierci przemknął przez przejście dla pieszych 10 cm przed ich stopami... nie wiem co się z nimi dalej stało, ale dalej mam przed oczami ich dwie blade twarze i samochód dohamowujący się gdzieś na środku ronda.  



Historyjka nr3



Za każdym razem jak „wchodzę na internet” przeglądarka spamuje mnie jakimiś „wydarzeniami”, które odruchowo zamykam aby poświęcić zwój czas na ciekawsze zaganiania niż „nadmuchane na zlecenie, polityczne sensacje” i tak samo miało być tym razem. Niestety ten dzień przeglądarka zrobiła coś o co nigdy bym jej nie posądzał. W całej swojej nieobliczalności wyświetliła na ekranie laptopa przepiękny alpejski szczyt który ze skutecznością Dodge'a Chargera przykuł moją uwagę, lecz niestety ta bańka bardzo szybko prysła. 



Katastrofa samolotu w alpach, wrak zlokalizowany na wysokości 2000 m npm, 150 osób bez absolutnie żadnych szans przeżycia.



O co tu chodzi? Przecież ciągle słyszę, że o góry są największym złem i niebezpieczeństwem. Za każdym razem gdy w nie wychodzę muszę się wszystkim z tego tłumaczyć a na sam widok co ciekawszych zdjęć ludzie dostają gęsiej skórki. Tymczasem blaszane monstrum nagle kasuje 150 istnień żyjących w przeświadczeniu że korzystają ze statystycznie najbezpieczniejszego środka lokomocji. Gzie w tym sens i logika?



A co jeżeli nie ma żadnej? Może pani z kosą siedząca od zarania dziejów na dwudziestoczterogodzinnym etacie atakuje zupełnie losowo, czasem w górach, czasem na drodze a czasem podczas snu lub przed telewizorem, w zależności od „widzi mi się”? A może będąc w mieście, samochodzie, robiąc codzienne czynności śnimy marzenia o nieśmiertelności, nieświadomi, że wszędzie, każdego dnia pływamy w oceanie tysięcy poważnych ryzyk o których nie zdajemy sobie sprawy?



A dlaczego zadaję te pytania w tym miejscu? Bo podobno My jesteśmy „świątynią ryzyka”!

Dla adrenaliny, pobicia ego i ładnych widoczków pakujemy się w warunki człowiekowi skrajnie nie sprzyjające i nie jeden raz walczymy o ten powrót do "bezpiecznej zagrody" jak dzikie zwierze o swój byt. 



A tymczasem jest bardzo prawdopodobne, że żadna bezpieczna zagroda nie istnieje, a jedno troszkę bardziej ryzykowne hobby, z wyłączeniem rosyjskiej ruletki, czynione z odrobiną rozsądku statystycznie nie ma większego wpływu na długość naszego bytowania na tym dzikim padołku zwanym życiem.

#WojownicyKoscielca   #ŚwiniacaSmakujeWeŚrode  #PogodaWażnaSprawa #ZefirekNaRakoniu


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

środa, 18 marca 2015

TO BYŁO BARDZIEJ NIŻ PEWNE, ŻE TEJ NOCY, NA CZERWONYCH WIERCHACH SPEŁNIĆ SIĘ MOGŁY MARZENIA :-)




#WojownicyKoscielca   #ŚwiniacaSmakujeWeŚrode  #PogodaWażnaSprawa #ZefirekNaRakoniu





Lodowi wojownicy, ugadani w 15 minut na facebooku, ulepieni ze zbyt miękkiej gliny aby wspomóc wyprawę na Nanga Parbat, jednocześnie za bardzo uzależnieni od zapachu przygody, by usiedzieć w domu świadomości, że zaraz nastanie ostatni dzień okna pogodowego!



Poniedziałek, południe, sprawdzam pogodę… jest, piękna jak wodzianki u Wojewódzkiego ale trzeba ją wykorzystać jutro! Potem śnieg, śnieg i jeszcze więcej śniegu. Hurra! Krokusy niech się pocałują w dupę, zima obejmuje władzę po raz kolejny, a raki i czekan nie pozwolą się zamknąć do szafy na następne osiem miesięcy.



Gdzie chcesz jechać konkretnie? – zapytała mała sarenka.

-Nie wiem, pierwsze kilka pomysłów ci wymieniłem, jakie to ma znaczenie?

I padły jakieś słowa o terapeutycznym aspekcie alpinizmu….hmmm terapeutycznym?

Jak ma być terapeutycznie to nie ma innej opcji jak świt i muszą być co najmniej trzy szczytowania… i tak powstał szalony pomysł o nocnej wyprawie na Czerwone Wierchy.



Jedziemy długą drogą w kierunku zakopanego, jest późno. W planie było dojechać na północ do zakopanego, ale w tej wyprawie planowanie całkowicie rozmijać się będzie z realizacją. Rozmawiamy w trójkę (drużyna się powiększyła), czas płynie szybko. Ze strzępków rozmów jakie może zapamiętać kierowca zwracający lwią część uwagi na drogę, pamiętam rozmowy o bieganiu. Padały tam jakieś niebotyczne cyfry rzędu 20, 30 km, a nawet ktoś użył słowa ultra-maraton, i pamiętam że zadałem sobie wtedy jedno zasadnicze pytanie. „Z kim Ty człowieku idziesz w te góry??”



O 1:30 wyszliśmy z Kuźnic, było ślisko. Raki założyłem od razu, z jednego prostego powodu, chyba nie mógłbym się pogodzić z faktem, że jako turysta wysokogórski doznałem kontuzji w drodze na Kalatówki XD Szedłem dość szybko, a moi towarzysze jeszcze szybciej. Spowalniałem marsz konsekwentnie i bez wyrzutów sumienia i było mi bardzo miło gdy ktoś ma mnie zaczekał. Noc była ciepła, nawet nie chciało mi się wyciągać kurtki z plecaka. Po jakiejś godzinie drogi wyszliśmy z lasu i wylądowaliśmy na hali Kondratowej.



Gasimy czołówki! To była noc jakiej jeszcze nie widziałem. Słońce odbite od powierzchni księżyca rozświetlało wszystko. Widać było wyraźnie wszystkie szczyty, drzewa rzucające cienie…Inny świat. Zatrzymaliśmy się pod zamkniętym na cztery spusty schroniskiem, nie po to żeby odpocząć, ale żeby się tym obrazem napawać. Zapierający dech w piersiach pierdyliard gwiazd dodatkowo potęgował całe wrażenie. To było bardziej niż pewne, że tej nocy spełnić się mogły marzenia!





Droga na przełęcz minęła szybko. Trochę irytujące wydawać by się mogły te wysokie zmrożone stopnie, ale cóż, było bezpiecznie i szybko nabieraliśmy wysokości! Wszystko ma swoje plusy i trzeba nauczyć się je doceniać. Na przełęczy jeszcze mała herbatka o smaku tak obezwładniającym, że nie mogę jej przemilczeć. Mieszanka herbaty, wyciśniętych do niej cytrusów, wszystkich uzależniających alkaloidów świata(a może to po prostu cukier)…działała jak orgazm spożywczy, cholerny górski afrodyzjak całkowicie pogrążający mnie w falach radości. Nie wiem co tam dokładnie było, ale nie ma takiej możliwości abym był w stanie się temu oprzeć.



Ścieżka z przełęczy zaczęła mnie już lekko nużyć. Za kopką kolejna kopka… i tak prawie godzinę, dodatkowo wiatr też zaczął dawać o sobie znać. Oczywiście, że mogłem się cieplej ubrać, ale pogoda miała być zjawiskowa i windstoper miał być wystarczający. Rzeczywiście dopóki szliśmy, był!






Na kopie znaleźliśmy się o godzinę za wcześnie! Niebo zaczynało zmieniać barwy, my postanowiliśmy obserwować to nieziemskie zjawisko. Niestety im niebo stawało się piękniejsze, tym nasze tyłki bardziej wychłodzone, co zainspirowało nas do zorganizowania szybkiego przemarszu rozgrzewkowego na Małołączniak. Do świtu zostało 45 minut! Do biegu, gotowi, START ! ! !





To było naprawdę trudne doświadczenie. Z jednej strony trzeba trzymać tępo, żeby szczytować przed świtem… z drugiej ten cały spektakl już się zaczął i raz na kilka minut trzeba się zatrzymać i odwrócić oniemieć z wrażenia i mimo wszystko ruszyć dalej. Oczywiście w owym wyścigu także zająłem w pełni uzasadnione trzecie miejsce, ale bardziej liczyło się, że gdy dotarłem na szczyt najważniejsza scena w tym przedstawieniu miała się dopiero rozpocząć!






Czekamy na ten dzień, jak by miał być tym ostatnim, albo pierwszym. Robimy zdjęcia, tak potworną masę zdjęć, jak byśmy desperacko i za wszelką cenę próbowali uchwycić to co nieuchwytne! Czy aż tak daliśmy się oszukać? Czy cyfrowe odzwierciedlenie tego co właśnie przeżywamy nie jest równie spłaszczone co smak pomarańczy w płynie do spryskiwaczy?


 






I stało się! Nasza gwieździstość wystrzeliła z nad Granatów z prędkością 299792458 m/s i otuliła błogim ciepełkiem trzy tak bardzo zacieszone pyszczki! Cieplej, cieplej, cieplej… Pssst! Otworzyło się piwko, ono też ucieszyło. Już żadne błahe problemy nie miały znaczenia. Jaki całonocny marsz? Jaki brak snu? Co to jest zmęczenie? Siedzieliśmy sami na szczycie wielkiej góry i oglądaliśmy spektakl naszego życia. Euforia eksplodowała i objęła władzę absolutną, rozbiegane endorfinki potęgowały uczucie szczęścia… do tego głupawa absolutna i zaciesz na sztywno! Cholera jasna, chyba znowu spełniłem swoje marzenie…










Trochę to trwało, zjedliśmy czekoladę, dopiłem piwko, dałem telefoniczny znak życia przejętym moim ryzykownym hobby interesantom. Gdy moja wyścigowa drużyna potargała jedyną folię NRC i zaczęła marznąć wyruszyliśmy w kierunku krzesanicy.








Są takie przełomowe momenty w flamach w których główny bohater dowiaduje się straszliwej prawdy, która wciska widza w fotel i zmienia sens całego filmu.
 Przykład: Planeta Małp – Statua wolności, Seksmisja: „A dość już tych podziemnych ciuciubabek”…



Gdy zeszliśmy z Małołączniaka przed nami malował się niewielki pagórek, taki jak jedna z kopek na Kopę Kondracką. Na śniegu można było rozpoznać ślady ski-turystów i piechurów z czego część prowadziła przez szczyt pagórka, a część trawersowała go z lewej strony. Poszliśmy górą, ucieszyła mnie ta decyzja, ponieważ chciałem złapać rozeznanie jak daleko jeszcze do kolejnego z czterech olbrzymów „Krzesanicy”. Po wyjściu na kopkę dostrzegłem, że coś wystaje z pod śniegu, musiał być dobrze wywiany…po chwili wypierania tego ze świadomości poznałem najbardziej dołującą prawdę tej wyprawy. Panie i panowie, to jest Krzesanica.






Może im człowiek więcej chodzi po górach, tym one wydają się mniejsze, ale to nie jest przyjemne uczucie! Byłem w pełni nastawiony psychicznie na kolejne dwa szczytowania, takie, żeby chociaż troszeczkę moje nogi zapamiętały to w kategorii bólu i cierpienia. Wyciągnąłem mapę i zacząłem szukać chociaż tej czwartej góry, to był ostatni bastion nadziei na jakieś podejście czy wyzwanie. Niestety w promieniu kilku kilometrów nie było żadnej góry, tylko malutki pagórek kilkaset metrów dalej…to ma być niby Ciemniak?







Pół godziny później bijąc się z myślami:

-To może jednak zawrócić?

-Przecież demokratycznie uchwaliliśmy „świętą rację” która głosi, że jesteśmy zmęczeni!

-Ale może jednak zawrócić?

-Nie można! Druga uchwała naszego zarządu kategorycznie stwierdza, że wracanie tą samą drogą jest nudne!

-Ale tak tylko troszkę zawrócić…?

-NIE!! Zanim dojdziesz do Giewontu śnieg na południowych ścianach zamieni się w mokre, ciężkie gówno i zwali Ci się na łeb! ! !

-no dobra…



Z pomocą przyszła mi pewna przełączka nazwana Chudą. Było ciepło gdyż słońce znajdowało się już dość wysoko. Można było zdjąć windstoper i wcisnąć go w najodpowiedniejsze miejsce, czyli gdzieś pomiędzy śniegiem a tyłkiem. A śniegu było naprawdę sporo. Słupek będącym analogową wersją GPSa był sporo niższy ode mnie. Wlałem w siebie trochę ciepłej zupy pomidorowej z bazylią i poczułem że z sekundy na sekundę staję się coraz bardziej leniwy.





Wyciągnąłem z plecaka orzeszki ziemne w skorupce paprykowej na które sądząc po reakcji, nasza towarzyszka miała niesamowitą ochotę. Prawdę mówiąc troszkę w sekundzie straciłem apetyt i pragnąłem jej oddać całą paczkę. Nawet w tak bajecznej scenerii jeszcze raz okazuje się, że piękniejsze od wszystkich gór świata są tylko uśmiechnięte kobiety:)



Przez dalszą część drogi już nie chciało mi się nigdzie zawracać. Chyba bardziej niż od szlaku zaczęła mnie absorbować konwersacja. Co może człowiek dać lepszego od siebie w górach niż te kilka ciekawych historii, trochę pomysłów, które pewnie wkrótce zamienią się w plany. Nasz kolega w między czasie pognał do przodu uzbrojony w jabłuszko i przy wsparciu nachylenia stoku oraz grawitacji… W końcu udało się nam też spotkać pierwszych tego dnia ludzi na szlaku, z którymi też nie omieszkałem zamienić paru słów;P 



O godzinie 11:30 po 10 godzinach radosnych przygód doprowadziliśmy swoje bezapelacyjnie szczęśliwe dupska do wylotu doliny Kościeliskiej.


#WojownicyKoscielca   #ŚwiniacaSmakujeWeŚrode  #PogodaWażnaSprawa #ZefirekNaRakoniu


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

sobota, 7 marca 2015

Dlaczego jest bardziej niż pewne że nikt nie wychodzi zimą w góry po to żeby się zabić?






W starciu na argumenty można wyłonić jakieś wnioski, ale co się stanie gdy dyskusja wpadnie w spiralę głupich pomysłów? Ludzie zaczynają wypisywać dziwne rzeczy, a czasami, co gorsza nawet w nie wierzyć.




Żaden alpinista nie wychodzi w góry żeby się zabić, w przeciwnym razie musiał by być po prostu idiotą. Śmierć w górach bywa naprawdę długa i bolesna, weźmy na przykład taką lawinę, istnieje szansa że załatwi sprawę szybko, np porwie jakieś drzewo, głaz czy inne ciało obce które spotka nas i wręczy nam bilet na „ekspres” do jakiegoś miejsca w zależności od  wyznawanych poglądów religijnych. I to jest chyba najpiękniejsza wersja zakończenia swojego żywotu pod lawiną, potem jest tylko gorzej.




Aby zrozumieć co się dzieję gdy lawina nie zada szybkiej śmierci warto bliżej zapoznać się z krzywą przeżycia. Trzeba jednak nieco odwrócić jej rozumowanie. Pierwsza faza „faza przetrwania” trwa 18 minut i przeżywa ją około 91% ludzi. Odwracając rozumowanie, istnieje około 9% szans człowiek będzie się dusił/wychładzał/umierał „tylko” 18 minut, czyli cholernie długo.

Kolejna faza trwa następne 17 minut i nazywana jest „fazą duszenia”, przeżywalność spada do 34%, więc 66%-9%=57% i dokładnie taka jest szansa na śmierć trwającą między 18 a 35 minut, a to już jest „cholernie długo do kwadratu”. Ale to jeszcze nie jest koniec, bo kolejne 6% ludzi będzie umierać nawet do półtorej godziny w fazie utajonej, następne 21 % umiera na skutek hipoksji, hiperkapnii, hipotermii, czyli niedotlenienia tkanek, niedotlenienia mózgu i wychłodzenia nawet do dwóch godzin.




Jeżeli z matematyką u mnie w porządku powinno zostać ostatnie 7%, najgorsze siedem procent i ostatnia faza zwana fazą „hipotermii”. A więc mamy 7% szans że śmierć pod lawiną będzie trwała powyżej dwóch godzin ! ! !




Kto ma jakąkolwiek wyobraźnie, ten właściwie już odpowiedział sobie na pytanie: „Jak bardzo nie chcę umierać w górach zimą pod lawiną?”

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 

https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

„You've Been Dreaming. Now, It's Time to Wake Up!”




Ten cytat z filmu Avatar, znakomicie podsumowuje wszystko o czym zaraz opowiem, ale zacznijmy od początku...



W sobotę byłem już pewny, że gdzieś pojadę. Pogoda w niedziele miała nie być idealna, ale jednocześnie nie wyglądała dostatecznie przerażająco aby mnie zniechęcić. Temperatury lekko na minusie, lawinowa dwójka, zachmurzenie umiarkowane i wiatr „w porywach” do 80km/h...



Problem był z wymyśleniem trasy, po głowie zaczęły mi chodzić jakieś granaty, żleby Kulczyńskiego, Kozie Wierchy, zacząłem zadawać pytania i analizować różne warianty. Ambicja była! Żądza przygody też, zabrakło tylko zdecydowania. W końcu po dłuższej chłodnej kalkulacji padło na Wołowiec w tatrach zachodnich, a ostateczny argument którym przekonałem siebie i swoje męskie Ego do tego rozwiązania brzmiał z grubsza tak:



Lepsze trzy szczytowania niż jeden wycof!”



Droga do zakopanego minęła szybko, gwarząc o ostatnich górskich poczynaniach mijaliśmy wioski i miasteczka skąpane w mroku niedzielnego poranka. Lubię tę część wyprawy... Jest to nie tylko okazja, żeby kogoś lepiej poznać, ale też szansa na zbudowanie głębokiego przekonania że gramy w jednej drużynie.



Rozmowy ciągnęły się długo a krajobraz się zmieniał... pagórki zamieniły się w góry, mrok zamienił się w mgłę, która wkrótce też ustąpiła, noc zamieniła się w dzień i śniegu było coraz więcej, aż finalnie adidasy zamieniły się w trepy a przejażdżka w spacer po dolinie chochołowskiej.






Tutaj również dominowała sielankowa atmosfera. Oprócz nieustających rozmów pamiętam jedynie charakterystyczną grupę górskich zabijaków jak wywnioskowałem po krótkiej rozmowie dość dobrze obytych i zasuwających na tą samą górkę co my. Na do widzenia rzuciłem jakieś „do zobaczenia na szczycie”, usłyszałem jakieś „nie będziemy tam na was długo czekać”.






Przy schronisku „uzbroiliśmy” trepy, coś tam zjedliśmy i podbudowani zastrzykiem energii zaczęliśmy podejście w stronę Grzesia. Droga była bardzo dobra, więc szliśmy dość szybko. Oczywiście w górach zawsze coś zachwyca, ja tym razem wpadłem w zachwyt na widok lasu. Nie wiem dlaczego, czym on się różni od lasu w okolicach kuźnic, mOka czy doliny roztoki, ale właśnie tutaj poczułem się trochę jak mała dziewczynka która przed chwilą wyszła z szafy.



Byłem prawie pewny że spotkam fauna, za nic natomiast nie spodziewałbym się że przepruje koło mnie po tym śniegu, rozpędzony rowerzysta. Góry potrafią zaskoczyć! Oczywiście to nie był koniec niespodzianek, prawdziwe zaskoczenie było jeszcze przed nami gdyż las zaczął się przerzedzać a w oddali malowała się biała otwarta przestrzeń.






Pierwszy podmuch wiatru był jak strzał w pysk od dziewczyny z którą właśnie pierwszy raz się kochasz. Jedno wielkie „WTF ? ? ?”. Ale padł kolejny strzał i kolejny... Temperatura odczuwalna nagle zamieniła się w wyrok skazujący na hipotermię, a ja dowiedziałem się jak szybko człowiek może zdjąć plecak, wyciągnąć z niego kurtkę, założyć ją, zapiąć i założyć plecak, gdy poczuje nagły przypływ motywacji.



Ruszyliśmy dalej, ale wcale nie było dużo lepiej. Wietrzysko wiało cały czas, wyrywało kijki z rąk, zdzira dalej prała po pysku, dodatkowo piorąc po twarzy białym piachem przesypującym się z jednej strony stoku na drugą. Dźwięki jakie temu towarzyszyły przypominały wszystkie możliwe rodzaje szumów i świstów, od pociągu towarowego po czajnik na gazie. W końcu wyszliśmy na grań, tam prawie zwiało mi czapkę z głowy, aż założyłem kaptur. Grześ był już na wyciągnięcie ręki, był na nim krzyż, z kolei obok nas klęcząca postać która wcale się nie modliła, próbowała po prostu napić się czegoś, czy dodatkowo się doubierać. Potem minęły nas jeszcze jakieś zawracające kobiety. W ogóle mnie o nie zaskoczyło, sam nie pragnąłem już niczego innego tylko wracać, ten wiar naprawdę aż bolał. Ostatnie metry były najgorsze, co chwilę dostawialiśmy bocznym piaskiem w pysk. A gdy wyszliśmy na szczyt walnęło z taką siłą że cofnęło mnie o pół metra i wtedy jedno do mnie dotarło, że to już koniec wędrówki!






Na szczycie staliśmy może 15 minut. Miotało mną jak szmatą, a ja próbowałem zrobić jakiekolwiek zdjęcie uważając żeby nie wywiało mi z ręki telefonu. Waśnie w tym momencie spojrzałem na ten krzyż i zacząłem się zastanawiać. Może jestem dokładnie w tym miejscu w którym powinienem być, czy to nie jest pokuta na którą zasłużyłem? jeszcze wczoraj widząc dokładnie jak mocno będzie wiać imaginowałem sobie jakieś kozie wierchy i cuda na kiju, a tu po wyjściu na Grzesia ucieknę i schowam się z powrotem do lasku? Przypomniał mi się jeszcze ten cholerny cytat z Avatara: „You've Been Dreaming. Now, It's Time to Wake Up!”. Popatrzyłem się na Rakoń, wyglądał w tych warunkach jak by był na drugim końcu świata. Może to jest właśnie ta góra która ma mnie poniżyć, upokorzyć i nauczyć raz na całe życie jak mam podchodzić do zagadnienia „wiatr w porywach do 80km/h”? A jeżeli mam przyjmować taką lekcję to droga na Rakoń wydaje się być w tym kontekście jednym z najbezpieczniejszych miejsc.



Skoro idziemy dalej to przyszła pora na zmianę taktyki. Punkt pierwszy, kominiarka, czapka, na to kask(żeby niczego z głowy nie zwiało), punkt drugi – okulary, no i poszliśmy...






Najciekawsze było to, że nie byliśmy sami. Alpiniści, skiturowcy, cała mieszanka barwnych postaci również postanowiła wbrew jakiejkolwiek logice przeć do przodu. Jedno było widoczne i zarazem nas łączyło, każdy z nas walczył. Po jakiejś chwil przestały mnie już dziwić zarówno chlastanie po pysku jak i inne nowe doznania a nawet zaczęło mnie to bawić. To było trochę jak bym szedł na szczyt przepychając się z młodszym bratem, który czasem na chwilę odpuszcza po czym bierze rozpęd i wbiega na mnie z impetem drąc się przy tym wniebogłosy. Każdy krok w tych warunkach był jak mały sukces i jednocześnie przybliżał nas do celu.






Po jakimś czasie zaobserwowałem też że wiatr robił fascynujące rzeczy, potrafił porwać spod butów pękniętą skorupę śniegu i strzelić nią w pysk osobę za mną. Pływające po całej grani drobinki śniegu układały się w różne kształty i kompozycje trochę jak fale na wzburzonym morzu. Na dodatek gadzina jedna co chwilę chwilę wzbijała cały ten piach i formowała w trąbę wysoką na kilka metrów która tańczyła sobie po stoku, by zaraz zniknąć i powstać w innym miejscu. Żeby jeszcze tego było mało tańczyły także cienie chmur, przemieszczając się po całym masywie z naprawdę robiącą wrażenie prędkością.






O nadmiaru tych wszystkich doznań trochę straciłem poczucie czasu, lecz w połowie drogi na Rakoń spotkaliśmy wracających już, rano poznanych kolegów którzy „nie będą czekać szczycie”. Okazało się, że doszli na przełęcz pod Wołowcem gdzie wietrzysko zaatakowało tak zdecydowanie, że uznali, że na szczyt trzeba było by się czołgać. Nie zmartwiło nas to wcale, samo to w jakim tempie Wołowiec zmieniał co chwilę swoje oblicze z góry, w zakryte chmurą niewidoczne coś, było wystarczającym na ten dzień argumentem, żeby go sobie odpuścić.






Po kolejnej godzinie siłowania się z ciągle szarżującymi silami natury znaleźliśmy się na tak, zdawało by się odległym czubku „drugiego końca świata”. Wiało jeszcze bardziej, wyrywało aparaty z ręki, ale nie było w tym już ani nic dziwnego ani strasznego. Przy odpowiednio mocnym podmuchu można się było prawie położyć:) Niestety nie było warunków na jakikolwiek odpoczynek więc decyzja o powrocie została podjęta raczej szybko.








Droga na Grzesia przebiegała już szybko i sprawnie. Wiatr był teraz po naszej stronie i bardziej pomagał niż przeszkadzał, choć w dalszym ciągu trzeba było uważać by nie dać się sponiewierać przy gwałtowniejszych podmuchach. A gdy z powrotem weszliśmy w las wszystko nagle ucichło, zrobiło się ciepło więc można było wsadzić kurtkę z powrotem do plecaka, odpocząć a nawet coś zjeść. Po pięciu minutach znowu rozpłynąłem się w uroku zimowego lasu, strzepałem śnieg z plecaka i pełni satysfakcji z podwójnego szczytowania wróciliśmy do rozmów tak przyjemnie umilających długą drogę do zaparkowanego przy wejściu do doliny samochodu.



Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

czwartek, 5 marca 2015

TATRZAŃSKI ZAKON WOJOWNIKÓW ŚWIĘTEJ RACJI ! !


#wojownicykoscielca   #swiniacasmakujewesrode   #mediaprzeginaja





Portale społecznościowe to niebezpieczne miejsca gdzie w różnych dzikich dyskusjach pewne grupy wyznawców danych poglądów np. wyłącznie letniej turystyki górskiej, albo „bezpiecznej” turystyki zimowej (cokolwiek to znaczy) toczą ze sobą nieustanne wojny. Pewne pojęcia zaczynają się zacierać…zdarza się że z pełnym przekonaniem ktoś utożsamia „pokorę” z siedzeniem zimą w domu na kanapie i czekaniem na wiosnę, pojawiają się też inne dziwne wynaturzenia.


Zwykle zaczyna się tak samo. Ludzie chcą pochwalić się swoimi dokonaniami, bo gdzieś tam sobie wyszli wyżej, może nawet przetarli jakiś szlak, czy po prostu nie mięli książkowego okna pogodowego. A gdy wrzucą zdjęcia na jakiś serwis czy społeczność na pierwszy ogień muszą walczyć z całą kohortą prawdziwych specjalistów od „oceny ryzyka lawinowego na podstawie zdjęć wrzuconych na facebooka”. Potem pojawiają się „wojownicy o prawdę” i bez mrugnięcia okiem wylewają rozpalone kadzie ze „zdrowym rozsądkiem” bezwzględnie podgrzewając atmosferę wśród komentujących. Zawsze pada słowo pokora… ono jest świętym gralem i nie należy zapominać, że ktokolwiek go używa, na pewno musi mieć „rację”, co do tego nie należy mieć żadnej wątpliwości!


Kolejne słowo klucz to istny kałasznikow, zawsze pozostaje bezwzględny i skuteczny. „IGNORANCJA” Można nią siać spustoszenie w szeregach wroga pod każdym zdjęciem, zawsze działa. W końcu powstaje wojna, ale o co? O „rację” oczywiście! Bo choć na jej istnienie nie ma dowodów i nikt jej nigdy nie widział to jest pewne, że musi istnieć jakaś jedna „święta-racja”, bo inaczej każdy by mógł mieć „swoją rację”, pozostali użytkownicy musieli by ją uznać, zadowalając się jednocześnie swoją małą racją a wtedy, o zgrozo, nie było by o co wojen facebookowych prowadzić.


Poza tym, warto poruszyć też aspekt polityczny. Jak głosiły ideały poprzedniego systemu, poglądy nie powinny być zanadto subiektywne. Problem polega na tym że póki co, innych w kontekście ryzyka lawinowego niestety u nas w Polsce nie mamy. Trzeba zdać sobie sprawę że dużo ludzi wierzy, że one istnieją, więc denerwuje się i tupie nogami, że trzeba na nie aż tak długo czekać. Oczywiście gdy się pojawią staną się obiektywne-obowiązujące, pytanie tylko kto je wygłosi…na Słowacji już ktoś to zrobił i pozamykał góry na tabliczki informujące jaki pogląd należy wyznawać. 


Z kolei ja bardzo dobrze rozumiem i podzielam poważne obawy społeczności internautów w sprawie tolerancji, co jest niestety kolejnym dowodem na to, że od wojny nie da się uciec.  Trzeba powiedzieć głośno i wyraźnie że tolerancja nie była badana farmakologicznie, nikt nie zna jej skutków ubocznych więc na pewno nie należy jej zbytnio w życiu nadużywać!

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca