sobota, 30 lipca 2016

Próba generalna końca świata – CZ1: Czołówki na grani.


"Góry są jak lustra - widzisz w nich samego siebie, takiego jakim jesteś."

Pewna epoka dobiega końca, to się czuje. Wschodzące słońce nad tatrami wydaje się coraz bardziej znajome. Ciemności na grani zamiast przerażać, dają się coraz bardziej oswajać. Ponad głowami niebo próbuje bezustannie odzwierciedlić swym gwiezdnym majestatem pojecie nieskończoności, lecz człowiek zaczyna silą rzeczy przywykać do tego otoczenia, jakby stawało się ono jego naturalnym środowiskiem. Wtedy w głowie każdego miłośnika przygody pojawia się pomysł, aby pójść jeszcze dalej.

        Co znaczy dalej?

Dla mnie dalej oznacza Austrie, Włochy, Francje, Szwajcarie oraz troszkę Niemcy, czyli w skrócie Alpy. Kiedyś jeździłem tam na nartach i od jakiegoś czasu marzyłem żeby tam wrócić, i zmierzyć się z jakimś kilkutysięcznym granitowym, czy dolomitowym potworem. Niestety brakowało wszystkiego: zasobów finansowych, doświadczenia, kondycji, partnera, odwagi i przede wszystkim wiary, że to nie jest jak wyprawa w kosmos.

        W tym roku jest inaczej. 

Przyszedł ten moment, że czuje że mogę, wiem, że się da, mam wszystko czego potrzebuję. Nie będzie żadnego „za rok”, „później” ani „innym razem”. Przynajmniej taką snułem nadzieję, gdy nagle, praktycznie siedząc już jednym pośladkiem na walizkach zorientowałem się, że brakuje mi jeszcze jednej małej pierdoły… bez której nigdzie się stąd nie ruszę i po którą trzeba będzie niestety zgiąć kark do samej ziemi. Brakuje mi takiej wyrypy totalnej, sprawdzianu wytrzymałości, testu dla działania psychiki daleko poza strefą komfortu, czyli takiej próby generalnej końca świata w połączeniu z klasówką z WF-u w terenie wysokogórskim. Jako że stworzenie testów warunków skrajnych wymaga warunków skrajnych, trzeba było się troszkę nakombinować żeby je sobie odpowiednio przygotować.

  Okno pogodowe wypadało idealnie w sobotę, a w piątek, moja aktywność zaczęła się jak zwykle o piątej rano. Zwykle gdy wracam po całym dniu, wykonuje kilka telefonów, domykam naglące tematy i ląduje w wyrku około 22:00 zasypiając jak kamień w nie całe dwie minuty. Zatem, żeby nie być zanadto wypoczętym i nie mieć za dużo energii(co to za wyrypa gdy się jest wyspanym), po pracy spakowaliśmy plecaki, zakupili jakiś prowiant i ruszyliśmy w kierunku zakopanego. O 22:30 wyruszyliśmy z Kuźnic w kierunku Kasprowego. Noc była spokojna, szlaki puste, a resztki zapasów energii spożytkowaliśmy na gaworzenie o przyziemnych sprawach, tocząc się powoli na górę o dziwo w dość szybkim tempie. Gdzieś w oddali co jakiś czas widać było stację kolejki, czyli nasz pierwszy nazwijmy to szczyt, tam odsapniemy po rozgrzewce i oddamy hołd znanym z Facebooka „zdobywcom kosprowego”. 

Na szczycie wylądowaliśmy gdzieś koło pierwszej, wokół stacji meteo jak i na okolicznych skałach spotykaliśmy kolejne gromady świecących ogników. Było dość wietrznie, wiec postanowiliśmy choć na chwilę wykorzystać stację kolejki to była ostatnia szansa na solidny betonowy wiatrochron. Gdzieś kilkanaście godzin wcześniej padł pomysł, czy by tam się nie zdrzemnąć, ale to miał być wyryp i nie należało go sobie ułatwiać. Po pięciu minutach siedzenia zimno zaczęło nam trochę doskwierać, więc korzystając z łaskawości bezchmurnego nieba i prawie pełnego księżyca zgasiliśmy czołówki ruszając w stronę Broad Peaku.

  Plan obejmował wejście na Świnice na krótko przed wschodem słońca, niestety pomimo braku snu, ogólnego zmęczenia po całym tygodniu, szło nam się jeszcze zaskakująco szybko i sprawnie. W dole poniżej przełęczy świnickiej zauważyliśmy kolejne dwie czołówki ochoczo machające w naszą stronę. Nie czekaliśmy na nich, choć byłem prawie pewny, że jeszcze się spotkamy. Na szczycie zameldowaliśmy się w 2 godziny przed wschodem, wiec nie pozostało nam nic innego jak cisnąć dalej w kierunku Zawratu. Nigdy nie planowałem, robienie tego odcinka nocą, ale miało być trudno, to dlaczego nie… W sumie szło się przyjemnie, w porównaniu do demonicznych wyobrażeń jakie snułem na temat takiego przejścia. Łańcuch gonił łańcuch, ale gdzieś tam pozostawały jeszcze zapasy energii, żeby porozmyślać. Ogólnie z perspektywy dwóch tysięcy metrów, podczas drapania się w górę i w dół, życie oraz występujące w nim zawirowania wydaje się zaskakująco odległe. Do głowy wpadają różne słowa, sytuacje, wydarzenia, zdania niewypowiedziane, wykrzyczane i te usłyszane, jak by ktoś rzucał w ciebie puzzlami w całkowicie przypadkowej kolejności. Z rozważań dwa razy wyrwały mnie spadające gwiazdy. Muszę przyznać, że za każdym razem gdy pomyślałem życzenie drugą myślą było „Nie chciałbym mieć tak przejebanie trudnej pracy, jak one.” Potem zaczęło robić się granatowo a droga zaczęła opadać zdecydowanie w dół. W okolicach godziny czwartej, albo gdzieś miedzy czwartą a piątą stanęliśmy na Zawracie.





Pierwsze pytanie jakie przyszło mi do głowy to gdzie się podziali mieszkańcy Zawratu?


        Chodzi mi o te chrapiące i brodate zawiniątka przykryte folią NRC, które gdy ostatnio tu spotkałem, sprawdzałem czy jeszcze żyją. Była to jesień, dość poważny przymrozek a ja wierzyłem jeszcze, że taki biwak musi być awaryjny…to było dawno.



      Ach właśnie, bo o tym jeszcze nie wspominałem. Około godziny 6:00 miał tu do nas dołączyć, tajemniczy nieznajomy, brat-kolegi, o pseudonimie operacyjnym, jak i imieniu Albert. Niestety nie mogliśmy z nim nawiązać łączności a czasu do 6:00 było jeszcze sporo. Po dziesięciu minutach chłód dawał się już dobrze we znaki, więc ruszyliśmy się w kierunku Kozich czubów by zasiąść w loży VIP i pooglądać wschód słońca w technologii 4K Ultra HD. Jak już tu przez tę noc nas poniosło, to czemu nie? Wyskrobaliśmy się kilkadziesiąt metrów wyżej i oczywiście znaleźliśmy nie tylko loże, ale i kolejnych miłośników braku snu. Nie wiem co mnie bardziej rozbawiało. To, że oni muszą być równie nieuleczalnie chorzy jak my? To, że oni istnieją naprawdę, a co więcej właśnie tu są? To że się z nimi dobrze gada? To, że gdybym się na chwilę położył, zasypiając na nowo zdefiniowałbym pojęcie nanosekundy? NIE! 

Najbardziej rozbawiało mnie, że nie spałem już od dwudziestu czterech godzin, a ten dzień, jak i Orla Perć dopiero/właśnie się zaczynają:)







Znudził cię artykuł? W trosce o swoje życie omijaj szerokim łukiem nasz Fanpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

wtorek, 24 maja 2016

Czy my z TURYSTÓW nie zamieniamy się w zgraję GÓRSKICH FANATYKÓW?



Bardzo często pada pytanie „Dlaczego my chodzimy po górach”? I choć odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Ludzkość (w tym także  ja:P) wyspecjalizowała się w komplikowaniu prostych rzeczy, jak małe dziecko w niszczeniu zabawek.


Dorabiamy sobie szereg, pułk, albo całą armie najrozmaitszych ideologii, mieszając w to najbardziej mistyczne bóstwa, wierzenia i dążenie do wolności. Opowiadamy o przekraczaniu granic własnych możliwości, fizycznych czy psychicznych ubierając to w tak piękne słowa, że ten ideologiczny pasztecik jeszcze przed upieczeniem zaczyna nam bardzo smakować, a z czasem uzależniać. Przekonujemy sami siebie, że góry są całym naszym życiem, albo że tylko tam czujemy, że naprawdę żyjemy. W końcu zaczynamy tak mocno wierzyć w nasze górskie przekonania, że oczywista odpowiedź na to pytanie staje się wręcz absurdem. A brzmi ona:

Chodzimy w góry dla naszego widzi mi się!


Ostatnio koleżanka po zejściu z gór powiedziała że „
wykonaliśmy kawał dobrej, nikomu nie potrzebnej roboty”. Gdy to usłyszałem, mój światopogląd nagle stanął do góry nogami (jak na tym zdjęciu powyżej), moje przekonania miotając się w konwulsjach próbowały się jeszcze chwilę bronić. Nie pamiętam, żebym na przestrzeni ostatnich lat usłyszał coś równie mądrego i drażniącego zarazem. Niestety taka jest prawda, chodząc w góry niczego nie tworzymy, żadnej wartości, nikogo nie ratujemy, nic nie wygrywamy. Idziemy w góry wyłącznie po to żeby je zdobywać i w nich coś duchowo przeżywać, czyli dla swojej dzikiej intymnej a może i egoistycznej satysfakcji. A biorąc pod uwagę, że stawką w tej grze jest, było nie było, nasze życie, warto w nią grać szczególnie zachowawczo! I tak to staram się robić… niestety wymaga to sporych nakładów, a tak poza wszystkim, nie zawsze mi to wychodzi bo również zdarza mi się czasem wpakować w nie małą kabałę.


Jako że nie pozjadałem wszystkich rozumów, daleko mi od przechodzenia na intelektualną dietę. Mam polakowaną całą armię fanpage’y kół podróżniczych, klubów wysokogórskich oraz okolicznych festiwali tematycznych odbywających się cyklicznie. Kilka razy w miesiącu facebook bombarduje mnie wydarzeniami, a ja chodzę jak oszołom kiedy tylko dam radę i słucham goprowców, toprowców, przewodników, podróżników, instruktorów, alpinistów, himalaistów oraz pozostałych przedstawicieli gatunków górskiego uzależnienia, czytaj-prelegentów. I nawet jak wiem, że będzie to trzeci wykład lawinowy na przestrzeni pół roku, i większość rzeczy zabrzmi co najmniej znajomo, to zawsze warto ruszyć tyłek z kanapy. Po pierwsze dlatego, że prawie na pewno coś nowego do tej głowy wleci i tam zostanie(przynajmniej na jakiś czas), choćby miał by to być jakiś mało istotny szczegół, a po drugie to co tam już w głowie jest dość długo i za niedługo mogło by wylecieć, po odświeżeniu na pewno tak szybko nie ucieknie. Poza prelekcjami na żywo, nie stronie również od czerpania wiedzy z ogólno dostępnej literatury. Jak by kogoś to interesowało mogę śmiało polecić zarówno pozycję „Lawiny, przewodnik dla narciarzy i turystów” wydawnictwa Tatrzańskiego Parku Narodowego, jak i „Góry, wolność i przygoda” wydawnictwa Galaktyka. Tak czy owak zabawa w góry, zabiera mi mnóstwo czasu, nie tylko w górach.


Drugim kosztem są słynne wycofy.


Pamiętam jak w kwietniu wybraliśmy się koło szóstej z kuźnic na Kościelec. Piękna pogoda, widoczność marzenie, ciepełko. Mogło by się wydawać, że w tej rajskiej sielance będziemy rozpływać się aż do szczytu. Nagle około godziny dziesiątej usłyszeliśmy taki dźwięk jak by skorupa ziemska rozłupywała się na pół. Rzut oka na najbliższe zbocza, celem odpowiedzenia sobie napytanie, czy to na pewno nie na nas spadają właśnie setki ton śniegu. Dopiero gdy odpowiedź na to pytanie była już znana, można było z wciąż jeszcze goniącą pikawą, rozglądać się po okolicznych stokach i podziwiać rozgrywający się spektakl. I to nie jest tak, że jak jestem w miejscu bezpiecznym, to czuję się bezpiecznie… O lawinach fajnie się teoretyzuje, dyskutuje, wymienia się ich rodzaje, fazy zbierania śmiertelnego żniwa na skutek urazów, duszenia czy hipotermii. 
Czasem traktowałem lawiny jak złego potworka, którego nie chciałbym spotkać, ale w momencie gdy po raz pierwszy stałem tam na miejscu i widziałem te tony śniegu ropierdalające całe zbocze, dopiero zaczęło do mnie dochodzić, że w obliczu tego cholerstwa, ludzkie życie gaśnie jak świeczka.

Pierwsza oberwała się północna Świnica, jakieś kilkanaście minut później wschodnia Skrajna Turnia, przecinając drogę którą szedłem kilkanaście miesięcy temu, w lutym w kierunku żlebu Świnickiego. To jest dopiero szok. Gdy widzisz, że szlak którym kiedyś szedłeś, uważając go za lawinowo bezpieczny leży teraz pod tonami śniegu. Fakt, że gdy tam szedłem warunki były o niebo lepsze, śnieg był zmrożony, a wręcz zabetonowany, ale czy na pewno nie było żadnego ryzyka?

Potem znowu Świnica dała czadu, kolejny oberwał się Beskid (i to od samej góry gdzie jest trawers wiec to na pewno nie pojechało samoczynnie), a ostatnią gwiazdą festiwalu zgrozy okazał się być sam Kościelec. Nie trudno się domyślić jak każda taka mała apokalipsa wpływa na motywację kontynuowania wycieczki. 
To, że zawróciliśmy jest dla mnie tak oczywiste, jak „odsunięcie się od krawędzi peronu”, gdy wjeżdża tam kilkaset ton żelaza i stali. Nie mniej jednak skupmy się na faktach.

Jeżeli chodzi o sytuację lawinową, powszechnie znane jest twierdzenie, że północne stoki, wiosną są o niebo bezpieczniejsze od południowych. Jest to spowodowane ekspozycją na działanie promieni słonecznych, ich kontem padania i wielkością oddziaływania na pokrywę śnieżną… tak czy siak całość jest logicznie spójna. Aż w końcu zdarzył się dzień, w którym na moich oczach od północnej strony zeszły cztery lawiny, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, że powinny lecieć z drugiej strony, nie odwracając mi moich wyobrażeń dotyczących bezpieczeństwa o 180 stopni. Nie mniej jednak płynie z tego jeden oczywisty wniosek: Było za ciepło! 
A skoro było za ciepło, przez co warunki były, dyplomatycznie mówiąc, co najmniej dyskusyjne, to dlaczego te wszystkie czarne kropeczki szły dalej w tym samym kierunku?

Kropeczki idące w stronę Świnicy dalej pięły się stronę Świnicy, miłośnicy Kościelca, zdobywali Kościelec i choć warunki wskazywały by na to, że najlepszą decyzją jaką można podjąć było by udanie się do schroniska na zimne piwo, ludziska kontynuowali zdobywanie świata jakby nic nadzwyczajnego się nie stało. Zastanawiałem się długo dlaczego tak jest i znalazłem na to pytanie trzy odpowiedzi.

Po pierwsze, może idą bo potrafią. Tutaj odniosę się do pewnej koleżanki która wysłała mi zdjęcie z Łomnickiej przełęczy przy trójce lawinowej, kwitując to stwierdzeniem, że pewne rzeczy są bezpieczne jak się wie jak je robić. Kilka miesięcy później okazało się, że wie również, jak wyjść bezpiecznie na Cho Oyu. W odniesieniu do takiej wiedzy i umiejętności można powiedzieć jedynie chapeau bas, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że tego dnia w tatry przyjechali jedynie najwyższej klasy alpiniści.


Drugą odpowiedź na to pytanie podsunął mi pewien wykład w KW na temat wypraw w Alpy. Podobno jesteśmy tam postrzegani jako towarzystwo skłonne do nadmiernego ryzykanctwa, a bierze się to z tond, że jak już zaplanujemy wyprawę, zbierzemy fundusze, sprzęt, pobierzemy urlopy i dojedziemy do podnóża góry, idziemy na szczyt bez względu na warunki. Droga którą pokonujemy w drodze do podnóża góry, kosztuje nas tak dużo, że postanawiamy zaatakować górę nawet w warunkach, w których w Tatrach skłonni bylibyśmy odpuścić. Ciekawa teoria, podparta statystykami i daje dużo do myślenia. Ale czy to możliwe, odnosząc to do zaobserwowanego zjawiska, że w ten kwietniowy poranek w tatrach byli sami mieszkańcy wybrzeża Bałtyku i nie mogli sobie odpuścić w ten dzień gór ze względu na odległość? Jest to równie prawdopodobne, jak to że wszyscy oni należą do klubu miłośników wędzonki krotoszyńskiej.


No i przychodzi czas by zastanowić się nad resztą osób, i choć było by kuszącym i wygodnym zamknięciem tematu gdybym określił ich idiotami, w takie powszechne zidiocenie również nie jestem w stanie uwierzyć. 
Wierzę, za to, że jak bym ich zapytał dlaczego chodzą w góry, każdy z nich albo odmówił by mi odpowiedzi, ze względu na brak czasu na wygłoszenie kolejnego traktatu filozoficznego na temat bytowania istoty ludzkiej w górskim otoczeniu, albo by taki traktat częściowo streścił. 


Tu myślę w dużej mierze leży nasz problem. Gdybyśmy zawsze przed wyprawą w góry przypomnieli sobie, że idziemy dla naszego widzi mi się, nikt nie pakował by się w kabały ryzykując wszystkim w walce o duże nic. Te góry stoją, są już zdobyte, żeby nie powiedzieć przedeptane. Można wrócić za tydzień, dwa albo za rok i dopiąć sprawę w o wiele korzystniejszych warunkach bez ryzyka, że ktoś inny zamiast nas zapisze się w kartach historii. Więc może nie warto do tych gór dorabiać za dużo ideologii, która prędzej czy później zacznie zalatywać lekkim fanatyzmem, który potem może prowadzić do nadmiernego ryzykanctwa, za które nie tylko w górach najwyższych można zapłacić najwyższą cenę.


W każdym razie pójście dalej oznaczało by spacerowanie przez siedem, osiem godzin po polu minowym. A w górach, jeśli kupujesz dużo losów na loterię, prędzej czy później wygrywasz.” Kilian Jornet

Znudził cię artykuł? W trosce o swoje życie omijaj szerokim łukiem nasz Fanpage:) https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

piątek, 20 maja 2016

Kilian Jornet: Ultramaratończyk, czy Edmund Hillary naszych czasów?




Kilian Jornet jest postacią która od zawsze wzbudzała we mnie skrajne wątpliwości. Czy to się dzieje naprawdę? Może ja jeszcze śpię po wyjątkowo udanej urodzinowej imprezie u koleżanki? Czy to Prima Aprilis? Ile razy czytałem o Kilianie miałem wrażenie, że to nie człowiek lecz maszyna, zamiast serca ma trzystu-konny silnik, hydrauliczne stawy i jak śpiewał Marek Grechuta „Od mózgu do ręki biegnie drucik nie nerw”. Potem nachodziła mnie odwrotna refleksja.  

           Być może jest to osoba którą determinacja do realizowania własnej pasji i podejmowania nowych wyzwań, ukształtowała do formatu kogoś kto może sobie pozwolić na robienie rzeczy niewiarygodnych. 

Kilian kondycyjnie jest w stanie „zaorać” chyba wszystkich, pokonuje granice możliwości ludzkiego organizmu, szokując opinię publiczną i tworząc własną legendę. Udowodnił już światu, że można z Cervini złoić wierzchołek Matterhornu i po niecałych trzech godzinach być z powrotem na dole. Pokazał również że da się w 5 godzin z Chamonix pobiec do Chamonix, zahaczając po drodze dach Europy.  


               Prócz tego Kilimanjaro, Aconcagua, Delani, Olimp, rekord goni rekord, więc mamy do czynienia z najwyższej klasy sportowcem. Nie dziwi zatem fakt, że gdy tylko wpadła mi w ręce jego nowa książka, postanowiłem się dowiedzieć jakim jest pisarzem.


Książka „Niewidzialne Granice” jest opowieścią o pewnej wyprawie w góry. Kupa skał, kamyczków przykrytych miejscami śniegiem i lodem oraz ciągnące się tup-tup oraz chrup-chrup w drodze do miejsca gdzie wychodzą fajne zdjęcia. Znamy to, przerabialiśmy to, czytaliśmy o tym setki razy, widzieliśmy na filmach a niektórym nawet zdarzało się oderwać od kanapy i przeżyć to na własnej skórze.  

       Po co zatem brać ją do ręki by kolejny raz odgrzewać kotlety?

Kluczem do zrozumienia potencjału tej książki jest człowiek który ją napisał. Kilian zabiera czytelnika na bardzo osobistą wyprawę w góry i pozwala bezkarnie podziwiać ich majestat, z jego perspektywy. Podczas tej „podróży” dowiadujemy się nie tylko o obranej drodze, warunkach pogodowych czy przebieg wyprawy. Kilian wpuszcza czytelnika do swojej świadomości cały czas ujawniając osobiste emocje, lęki, refleksje i przemyślenia, czyli to co sprawia, że „kupa skał śniegu i lodu ” staje się dla człowieka w górach świątynią skalnych i lodowych olbrzymów, przerażającą swoją surowością a jednocześnie zachwycającą bezgranicznie nieskazitelnym pięknem.  


                    Od pierwszej strony miałem wrażenie, że tę książkę bardziej przeżywam niż czytam, jestem częścią wyprawy i gdzieś tam razem z Kilianem prowadzimy dość poważną akcję górską. Ale tu nie chodzi tylko o akcję, bo równie ważni, jeśli nie ważniejsi w górach są ludzie! 


Pewnie dlatego będąc częścią wyprawy po złojeniu kolejnej góry siadamy z towarzyszami do stołu, stopniowo coraz lepiej się poznajemy rozprawiając całymi wieczorami na tematy związane z ogarniającym nas szaleństwem jakim jest Alpinizm. To jest kolejna mocna strona książki. Postacie w niej przedstawione są wyraziste, ciekawe, ludzkie a ich los nie jest czytelnikowi obojętny. To oczywiście jeszcze bardziej potęguje poczucie bycia na pokładzie tej karawany marzeń.

Tam na wierzchołkach nie znajdujemy niczego materialnego, z duchowego punktu widzenia natomiast, znajdujemy absolutnie wszystko.” Kilian Jornet

Pomimo tego, że całość mieści się na dwustu czterdziestu stronach, gdyby ten cytat był krokusem, książka stała by się Doliną Chochołowską zachwycających i niewyobrażalnie głębokich ludzkich przemyśleń. I to jest absolutnie najmocniejsza strona tego utworu. Te momenty które wybudzają czytelnika jak kubeł zimnej wody, za każdym razem gdy autor stawia tezę która bezpośrednio i osobiście odnosi się do życia każdego miłośnika gór.  

            Kilian stawiając swoje z pozoru nieinwazyjne tezy skutecznie zmusza do myślenia nad samym sobą i tego myślenia jest całkiem nie mało. 

Dzięki temu mamy szansę dowiedzieć się jakim pięknym i wrażliwym człowiekiem jest Kilian, i spojrzeć na pasję do gór z nowej, wielokrotnie zaskakującej perspektywy.

Komu polecam tę książkę? Na pewno wszystkim którym nie obce są: widok mapy, pakowanie plecaka, zamykanie drzwi od domu i otwieranie się na nowe miejsca, widoki i przeżycia zarówno te fizyczne jak i duchowe. Ale nie tylko… Ta książka ma w sobie coś narkotycznego, czytając ją dostajemy mikro-dawkę naprawdę fascynującej, dzikiej, wspaniałej, krwiożerczej i wręcz nieprawdopodobnie wciągającej przygody. Po jej przeczytaniu jest się na głodzie którego nawet najcięższy alkaloid nie jest w zdolny zaspokoić. To uczucie może oderwać od kanapy najbardziej zatwardziałego kanapowa.

" Kiedyś ktoś mnie zapytał: - "Dlaczego chodzisz po górach?" Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje:
a) na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć.
b) na tych którym się jej nie wytłumaczy. " Piotr Pustelnik

No i właśnie…

Szczególną grupą osób które podczas czytania będą doznawały ponad wyobrażalnie silnego Katharsis są ludzie pasjonujący się górami. W tym gronie będzie ostra faza, plaskające facepalmy i chroniczne wynotowywanie cytatów, cholernie mocnych cytatów. Potem książka trochę odpocznie, lecz nie zdąży się zbytnio zakurzyć, bo ostrzegam, że na pierwszym czytaniu na pewno się nie skończy.

Bon Appetit.

Znudził cię artykuł? W trosce o swoje życie omijaj szerokim łukiem nasz Fanpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca


niedziela, 17 kwietnia 2016

Krzyk kamieni, czyli co naprawdę wydarzyło się w sobotę na Kościelcu...



Siedząc sobie wygodnie w jednej z tych Krakowskich knajpek na Kazimierzu (w których podobno czas płynie inaczej) popijając przesłodzony lipek, nie wiedzieć czemu nazwany "pocałunkiem jesieni", zbieram myśli i muszę przyznać, że ubranie tego w słowa to będzie prawdziwe wyzwanie. Przyjemne mym uszom nuty bluesowego koncertu konsekwentnie nastrajają mnie do ciągłej walki z wszystkimi zwyrodnieniami ludzkości, zwanej życiem. 

W sumie mam traumę, przyznaję się do tego. A powodem nie jest to, że moja ukochana góra prawie zmiotła nas, jak byśmy byli dla niej czymś na kształt cząsteczek kurzu, szpecących jej piękny wizerunek. Nie dlatego, że tej góry nie zdobyliśmy, uciekając w popłochu po jej zboczach w poczuciu  przerażającej bezradności. Mam traumę miedzy innymi dlatego że będąc naocznymi świadkami zejścia trzech lawin, po wyjściu na Karb z uporem maniaka toczyliśmy półgodzinną debatę na temat tego kto wychodzi na szczyt, w czasie której zeszły kolejne dwie lawiny, a wśród nas wciąż byli śmiałkowie gotowi zbrojnie atakować Kościelec. Gdyby któreś z nas było troszeczkę bardziej zdecydowane i zrobiło te pierwsze 10 metrów... Wiadomo, że śmierć w górach to przykra sprawa, ale znacznie bardziej przykre jest spojrzenie sobie w lustrze w twarz ze świadomością, że pozwoliło się komuś walczyć samotnie. To oczywiste, że poniósł bym przerażone ciężkimi warunkami dupsko z tego cholernego kamienia i... Who knows.


Będę trzymał się faktów, i ze względu na chwilową traumę opowieści stanowiące kontekst historii opowiem innym razem.


Podczas burzliwego debatowania na karbie mieliśmy wiele obaw i wątpliwości. W tym momencie zadzwonił do mnie kolega, który zobaczył że jestem w górach z pytaniem, gdzie się właściwie wybieram. Kolega ten(zbiegi okoliczności) jakiś rok temu miał bardzo niebezpieczną sytuację właśnie na Kościelcu. Opisałem mu warunki i sytuacje, na co usłyszałem, że o tej porze (11:00) właściwie powinniśmy być już na dole. Nie sposób było się z nim nie zgodzić, ale wracając do debaty... Większość z nas była zdecydowana wracać na dół tą samą drogą(czyli na zachód), gdy jedno, odpierając kolejne porcje sceptycyzmu, było zbyt zmotywowane by dać sobie siana, aż w końcu postanowiło wyjść na szczyt w towarzystwie nowo poznanych turystów. Wtedy padło hasło "idę", chwila ciszy i dwie sekundy później ponad naszymi głowami rozległ się przerażający dźwięk którego nie jestem w stanie nawet nazwać. (teraz myślę, że to w języku gór oznacza "nie")

Podniosłem głowę i zobaczyłem jak 60 metrów powyżej nas kawał skały wielkości domku letniskowego rozpada się w kawałki które zaczynają pędzić w naszą stronę. Towarzysze słusznie rozpierzchli się w stronę północnej grani, podczas gdy ja stanąłem jak obezwładnione strachem ciele i oglądałem dalszą cześć widowiska. Granitowe golemy wielkości pralki automatycznej sunąc prosto w kierunku karbu runęły z impetem w skałę 40 metrów przede mną a ich resztka stoczyła się w stronę zielonego stawu, przecinając drogę wiodącą na Zadni Kościelec. Oczywiście wszystkie intencje zdobycia szczytu runęły wraz z fragmentami Kościelca a my rozpoczęliśmy błyskawiczne opuszczenie niestabilnego terenu. 

To są dwa zdjęcia zrobione w feralną sobotę, pierwsze o 11:01, drugie o 11:23.


Koleżanka rzuciła tekstem "Miał za mało śniegu, żeby nas ubić lawiną, więc rąbała nas skałami" i dokładnie taki nastrój towarzyszył nam aż do dolnej stacji wyciągu narciarskiego na Kasprowy. Zaczęliśmy się powoli uspokajać, zarazem ciesząc faktem, że jesteśmy już bezpieczni, a całe zagrożenie zostało zażegnane. Byliśmy świecie przekonani, że Kościelec zawalił się całkowicie na nas, a obryw poleciał jedynie na stronę zachodnią. Wkrótce potem ponad nami zaczął krążyć helikopter. 

Oblatywał Zakopane, podnóża Kasprowego i zawsze wracał w jedno miejsce. Nad Czarny Staw Gąsienicowy. Wracając do Murowańca spotkaliśmy dziewczynę która poinformowała nas o dużych rozmiarów lawinie w tamtym rejonie.



Koncert bluesowy trwa dalej, a wraz z nim kolejny odpalony papieros, ląduje w popielniczce. Niestety dla mojego zdrowia od razu wyciągam kolejnego, bo zespół właśnie zadedykował pewnemu panu piosenkę zespołu Breakaut pt. "Kamienie"... Ehh te zbiegi okoliczności.


Bez zwłoki ruszyliśmy w kierunku Czarnego Stawu. Wąski wariant letni, tłumy turystów i ciągłe odskakiwanie w bok celem uniknięcia kolizji przed pędzącymi po wąskiej ścieżce narciarzami może irytować, ale o wiele bardziej przerażał mnie wciąż wracający w to samo miejsce helikopter. 

Na miejscu zastaliśmy taki obraz.



20 ratowników i kilka psów lawinowych uwijających się w hałdach brunatnego lawiniska. Te skały które w nas waliły oberwały się również na drugą stronę, zdzierając śnieg, glebę i  co stanęło na drodze. Zryły całe wschodnie zbocze Kościelca zatrzymując się na tafli Czarnego Stawu. 

Widok akcji ratunkowej - strasznie mnie przytłoczył. Grupy ratowników ustawione w szeregu przemieszczały się w górę lawiniska sondując cały teren. Psy lawinowe wraz z pozostałymi ratownikami wyposażonymi w detektory, goniły po całym terenie w poszukiwaniu śladów życia. Chyba nigdy szczekanie psów nie budziło we mnie takiego przerażenia, ale było coś jeszcze gorszego. Widok ratowników odkładających sądy i wyciągających łopaty, kopiących w śniegu, i ta myśl, powalająca niczym strzał obuchem w głowę, czyli oczywiste "Kurwa kogoś znaleźli!"

Tamtą częścią zbocza wiodły tylko drogi taternickie, więc miałem szczerą nadzieję, że skończy się na szczekaniu psów. Łopaty ryjące w śniegu przyprawiały więc o gule w gardle.




Wtedy zaczęły się telefony. 

Rodzina, znajomi bliżsi i dalsi, ci będący szeroko pojętym towarzystwem miłośników gór i związani tą przynależnością  grupami społecznościowymi, ale nie tylko... również osoby zupełnie niezwiązane z górskim światem. Wszyscy nagle dowiedzieli się o wydarzeniach na Kościelcu i cytując jednego ze znajomych "Dzwonię by dowiedzieć się czy odbierzesz połączenie, odpowiadając tym samym na pytanie: Czy telefon nie dzwoni sobie radośnie pod jakąś toną śniegu?". Nie wiedziałem, że złe wieści rozchodzą się w takim tempie. 

Kurwa Mać i sumienia wyrzut. 

Znowu wszyscy muszą cierpieć gdy ja pojechałem się dobrze bawić. Gryzie mnie to niemiłosiernie, ale nie ma chyba ba to dobrego rozwiązania. 

Zaczęło nam się robić zimno, w pośpiechu wrzuciłem jakieś poglądowe zdjęcie na zaistniałą sytuację w internety, i zaczęliśmy schodzić. Telefony wcale nie milkły a nastroje refleksyjne towarzyszyły mi do... Nie. Towarzyszą do teraz, potęgowane przez bluesowe brzmienie kapeli grającej na drugim końcu sali. 

Ehh, fajki się skończyły, słodki orzechowy ulepek też, ja żyje(przynajmniej się staram), a historia kończy się jednym zdaniem które do tej całej traumy wnosi pozytywny akcent. 


Ratownicy nikogo nie znaleźli.




środa, 4 listopada 2015

Slavkovský štít ( 2452 m n.p.m), tryb oblężniczy, bez tlenu, od parkingu do Camp4 + atak szczytowy:)



Tak naprawdę zacząłem już z lekka powątpiewać, że Sławkowski padnie jeszcze w tym roku. Na szczęście jakoś tak się złożyło, że kilka dni przed delegalizacją turystyki po słowackiej stronie Tatr wykręciłem numer do dziewczyny, z którą chodzenie po tatrach przypomina mi trochę kopulację… Przynosi dziką frajdę, że co by się nie wydarzyło, po każdym jednym szczytowaniu, od razu przychodzi ochota a kolejne :D Żeby nie być gołosłownym, kiedyś w zimie po nocnym dotarciu na kopę i przejściu Czerwonych Wierchów, jedyne na co miałem ochotę, to zawrócić i zrobić je jeszcze raz… z innymi osobami to się nie zdarza. Tak czy siak zadzwoniłem, do niej i usłyszałem pytanie które sprawia, że moje oczy, nie błyszczą, nie iskrzą, a rozświetlają mrok niczym latarnia morska: „Kiedy idziemy w góry?”.

Gdy już ustaliliśmy pełny jadłospis na piątek, opublikowałem conieco na swojej tablicy wiedząc, że tam gdzieś głęboko w czeluściach facebooka czają się te wszystkie wariaty, których zniecierpliwione czekany już cichutko stukają pochowane gdzieś po szafach spragnione śnieżno-granitowo-lodowych igrzysk. Czujnością tym razem wykazał się Bartek.

Snu jak to zwykle bywa, nie było prawie wcale. Jakieś marne półtorej godziny z których wyrwałem się pół godziny przed budzikiem. Szybko ogarnąłem co trzeba zebrałem krakowski oddział i ruszyliśmy w kierunku nowego targu. Miałem naprawdę poukładane w głowie po co tam jadę. Nie na spacer, nie w góry, ani na żadną wycieczkę… Jadę po to, żeby stanąć na szczycie, reszta mojego życia była sprzątnięta jakby na trzeci plan…do momentu aż o 3:45 w nowym targu zadzwonił telefon.

Są tacy ludzie, którzy potrafią swoim plugawym zachowaniem wzbudzić najbardziej pierwotne instynkty. Sprawić, że człowiek wybucha ze złości, następuje natychmiastowa erupcja adrenaliny a ręka sama zaciska się w pięść. Ewidentnie tej nocy „nastał czas pogardy”, trupy powychodziły z szaf i ktoś musiał zrobić z nimi porządek. Niestety moja droga do Krakowa wiodła już tylko i wyłącznie przez Stary Smokowiec, co nie zmienia faktu, że doskonale wiedziałem, że misja na Sławkowskim jest ostatnim zadaniem jakie czeka mnie tego dnia, prawdę mówiąc nie jest nawet najważniejszym… tyle jeśli chodzi o „poukładanie w głowie”.

Zaczęliśmy podejście o 5:15, choć było rześko, wiedziałem, że zakładanie kurtki jest tak samo bezsensowne jak jej ściąganie za jakieś 10 minut, więc zdecydowałem się iść w samej bluzie i prawdę mówiąc do końca dnia, kurtkę ubierałem jedynie na postojach. Nie pytałem facebookowych ekspertów, czy da się bez raków, bo mam kryzys zaufania i wolę mieć co trzeba w plecaku i sam to ocenić. Byliśmy więc przygotowani na wszystko, mieliśmy ze sobą kaski, raki, czekany, czołówki a nawet jedną karimatę. Gdyby był środek zimy stulecia, i sytuacja lawinowa nie zmusiła by nas do odwrotu, ta góra również została by zdobyta.

Szlak wiódł dobrze znaną leśną ścieżynką do balkoniku, chwilę po wschodzie słońca założyliśmy tam pierwszą bazę o charakterze wybitnie śniadaniowym oraz widokowym.





Dalej droga robi się coraz bardziej mozolna, klucząc po Kamolach w kosówkowym labiryncie, i tak mniej więcej aż do grani, gdzieś tam mijaliśmy miejsce pierwszej klęski i z tego co widzę teraz, jest to lekko wklęsłe strome kamienne rumowisko. Przy odpowiednio dobrze zmrożonym śniegu powinno tam być zimą w miarę stabilnie, przy mokrym dziadostwie było jak było…gdy doszliśmy do grani założyliśmy obóz drugi.


Dalej szlak idzie wzdłuż pamiętnej i średnio przyjemnej grani od strony południowej, szliśmy bardzo wolno, miejscami pokonując jakieś przeszkody, płyty…mało jest tam ciekawych momentów i gdyby nie te widoki, odczuwałbym tylko bul nóg i znużenie. Po jakichś 3,5 godziny docieramy do obozu trzeciego gdzie na chwilę rozpłynąłem się w zadumie nad poległymi w tym miejscu wojownikami bezwzględnie przegonionymi przez nadciągający z nieba Mordor, zwany również burzowym pandemonium. To miejsce jest wręcz idealne, żeby zawrócić. Masz za sobą 3,5 godziny drogi, z czego większość w upierdliwym terenie. Nogi już dawno zmieniły stan skupienia na galaretę, a tak naprawdę tu po raz pierwszy widzisz jak wygląda twój cel. Wydawało Ci się że jesteś już w miarę blisko, a tu psikus. To nie wygląda blisko, to nie wygląda nawet na „jeszcze trochę”. To wygląda na „chyba sobie ze mnie jaja robisz..”.







Ten obóz trwał najdłużej ze wszystkich, może nawet pół godziny. Ale cóż, kto w nocy wstaje, ten ma czas na obijanie… wyciągnęliśmy karimatę, zwilżyłem gardło kubkiem czegoś co podobno jest herbatą(odpowiednik górskiej kokainy, daje szczęście, uzależnia, zniewala). Chwile później poczułem cholernie silną wewnętrzną potrzebę znalezienia poduszki, a skoro potrzeba matką wynalazców… okazało się, że poduszki biegające maratony wcale nie są takie twarde i niewygodnie! Tam, poznaliśmy parę Czechów, z którymi pogawędziliśmy, każdy w swoim języku, doskonale się rozumiejąc. Bardzo pozytywni ludzie, gdyby nie to, że czekała na nas pewna duża góra, pewnie przegadalibyśmy z nimi cały dzień. Tak sobie pobiwakowaliśmy, aż poczułem w sobie siłę, nogi zaczęły znowu działać, wtedy ochoczo pozwiedzałem okoliczne skałki (co Barek skwitował krótkim „Marcin, nie chcę na to patrzyć”) i ruszyliśmy dalej.

Dalsza część drogi była już całkowicie nieznana, ale wyglądała bardzo podobnie do poprzedniej. Do obozu czwartego nic w krajobrazie się nie zmieniło, jedynie nabraliśmy jeszcze trochę wysokości. Nie wiem co tu napisać, nuda i zmęczenie.






Ostatni odcinek był już nieco ciekawszy, fragment drogi wiódł północną stroną grani, gdzie oczywiście było pełno śniegu i oblodzeń. Powinniśmy założyć raki, bo teren był dość eksponowany, ale z drugiej strony, było tego może 30 metrów. Wygrało lenistwo, choć na powrocie funkcja „kozaczenie” ustąpiła funkcji „nie chce mi się umierać przez głupotę” i po raz pierwszy w życiu zakładanie i ściąganie raków zajęło mi więcej czasu niż ich użytkowanie. Na szczęście nikt się nie ślizgnął. Potem zostało nam już tylko wejść na szczyt. Widok był naprawdę niecodzienny. Jak by ktoś usypał stumetrowy kopiec kamieni. Szło się po tym podobnie jak wcześniej, w każdym bądź razie niewiele gorzej…serio. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej i nagle gdzieś z tyłu głowy pojawiła się pierwsza nieśmiała myśl, że to się może udać, że teraz chyba już nic nie może się popierdzielić i wreszcie zdobędziemy tą górę. Wtedy zrozumiałem, że tak naprawdę wcześniej ani trochę nie wierzyłem w sukces tego przedsięwzięcia. Nie wiem co ja sobie myślałem, że ta góra jest nie do zdobycia? Że postawi mi na drodze skalnego golema? Że yeti nas pożre? A może po prostu, po dwóch koszach uwierzyłem, że jestem nie w jej typie, i za trzecim razem ze złości skręci mi obydwie kostki.

Długo stałem pod krzyżem i próbowałem uwierzyć, że w końcu się udało, aż w końcu to do mnie dotarło. Dzień przed zamknięciem szlaków, półroczna wyprawa w nieco zmienionym składzie, o godzinie 11:00 zameldowała się w końcu na szczycie. Zastaliśmy tam starą zardzewiała łopatę, krzyż, dwie zasypane śniegiem koliby, tłumek ochoczo wiwatujący na widok każdego nowego „zdobywcy” i jeden najbardziej oszałamiających widoków jakie widziałem. Nie mam pojęcia dlaczego akurat ta góra, ze wszystkich które zdeptałem sprawiła mi tyle problemów, ale to już tylko historia. Chwilę później dotarli na szczyt Czesi, impreza na szczycie się rozkręcała. Mieliśmy mnóstwo czasu i nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, mogliśmy z czystym sumieniem godzinę się po prostu „aklimatyzować”, a klimat był do tego nad wyraz sprzyjający.









Zejście, było elementem o który trochę się obawiałem. Zwykle zejścia męczą mnie bardziej niż wyjścia, a to wyjście dla nóg to istny katastrofizm. Okazało się że nie jest tak, tragicznie jak myślałem. Droga w dół szła nam znacznie szybciej niż wychodzenie, męczyła niemiłosiernie, ale na Sławkowskim do bólu idzie się przyzwyczaić. Zrobiliśmy kilka postoi, poopowiadaliśmy sobie parę głupich dowcipów a drogi wciąż ubywało…niestety po pewnym czasie zaczęło pojawiać się zmęczenie. Ale nie takie, które można przesiedzieć i przejdzie, tylko takie, że człowiek zaczyna zasypiać na stojąco i z lekka majaczyć. W pewnym momencie stwierdziłem, że jestem już cholernie zmęczony, ale w sumie to o dziwo mam jeszcze siłę pomarzyć, i życzyłbym sobie takie dwie kształtne miseczki rozmiaru D na których można położyć głowę i zasnąć w trybie natychmiastowym przyjemniej niż na najdroższym łóżku wodnym… Roześmiałem się ze swojej głupoty, ale jednocześnie ucieszyłem się że mam jeszcze takie pomysły, bo może nie jestem jednak tak do końca wyrąbany jak mi się wydaje.





Po czterech godzinach schodzenia, wliczając w to godzinę rozłożoną na kilka postojów, doszliśmy do Starego Smokowca gdzie naszprycowałem się kofeiną. Wiem, że jest to nie zdrowe i niszczy organizm, ale 150 km samo się nie przejedzie, a po takiej wyrypie bez tego trudno o dobrą koncentrację. Zadanie zostało wykonane, całość zajęła nam jakieś 11 godzin i udało nam się dojść jak planowaliśmy, jeszcze za dnia o 16:15.

Tylko zastanawiam się po cichutku gdzie na sławkowskim może być jakiś staw, czy jeziorko. Widział ktoś coś? Bo jestem prawie pewny, że mieszka tam jakaś złota rybka, podsłuchuje majaczących turystów i nawet najbardziej perwersyjne życzenia, traktuje jak mawiał pewien osioł „serio, serio!!”


PS. Jak by ktoś miał w planach wybrać się tam za kilka miesięcy w celach narciarskich lub turystycznych i ma ochotę na dodatkowe towarzystwo lub po cichutku da mi znać kiedy ten szlak będzie przetarty, będę bardzo uradowanym człowiekiem.


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Fanpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca


wtorek, 3 listopada 2015

Sukces rodzi się w GŁOWIE ! ! ! - jeszcze na nizinach.



„Do trzech razy sztuka” mówili, ale co w sytuacji, gdy sztuka polega na tym, że trzeba z siebie więcej niż to, co w twoich wyobrażeniach określasz mianem „wszystkiego”? Co gdy jeden z głównych aktorów jest kapryśny i w każdej chwili może spuścić ci na głowę ścianę wody z piorunami? W tym spektaklu niewiele rzeczy jest pewnych, a po każdym nieudanym przedstawieniu jedyne co pozostaje, to kolejna tubka maści na ból dupy… tak oto smakuje gorycz porażki:



„Tyle razy próbowałem…tak mi przykro chciałbym jeszcze raz” – Coma, Listopad

Długo zastanawiałem się, czego nie zrobiłem, a co jest warunkiem koniecznym, żebym mógł stanąć na szczycie. Szukałem wszystkich czynników które mogły odegrać jakąkolwiek negatywną rolę w poprzednich wyprawach, jak i tych które gdy się pojawią będą mogły rzutować na wynik kolejnej. Myślę że to będzie rzeczywista wartość dodana w tej historii, która zakończyła się tak:



Po pierwsze: okno pogodowe. Nie żadne tam „e tam chmurki…”, nie „to tylko przelotny deszczyk” i nie „taki tam wiaterek”. Wyobraź sobie najpiękniejszą pogodę w tatach jaka może być i przeglądaj regularnie prognozy aż pewnego dnia taki dzień nastąpi. To jest warunek konieczny, bo ten szczyt to siedem godzin przebywania na grani, skąd nie ma dróg ewakuacji, więc każda malutka destabilizacja pogody w kierunku burzowym pizga grozą po psychice dziesięciokrotnie bardziej niż na czerwonych wierchach.

Po drugie: zbierając swoją drużynę pierścienia:
Skreśl wszystkie osoby które mają ambicje narzucać tempo. Na ten szczyt trzeba wpełznąć. To cholerny stos przypadkowo rozwalonych kamieni, na który nie wiedzie żadna poukładana ścieżynka(jak np. na Szpiglasową przełęcz od doliny za mnichem). To mozolna droga po kamolach z których każdy sterczy w inną stronę i nie rzadko się rusza. Wychodzenie w takim terenie jest trudne, generuje o wiele większy wysiłek, nie mówiąc o ryzyku skręcenia tego czy owego. Trzeba iść wolno, ostrożnie tempem niedzielnego spacerku z kościółka na obiadek i co jakiś czas robić przerwę na pogaduchy i herbatkę, przy ambitniejszym tempie ta góra zrobi z nóg galaretę o wiele szybciej iż się tego spodziewasz! Na OP czy rysach jest dużo stromych odcinków na których część wysiłku rozkłada się również na ręce, co sprawia, że wolniej się meczysz. Sławko jest zbyt płaski co sprawia, że to góra idealna dla biegaczy górskich z betonowymi nogami! Spotkaliśmy na szczycie jednego z nich i wybiegł tam w czasie półtorej godziny.

Skreśl z listy ludzi którzy nie lubią cierpieć, bo na tej górze bo jak wolno by się nie szło, nogi i tak będą cierpieć.

Skreśl z listy ludzi którzy głośno narzekają. Czasami można zabrać na jakąś górkę kogoś, kto czasem gdy wychodzi ze strefy komfortu, zaczyna "jojceć". Można to potraktować jako darmowe terenowe warsztaty z dziedziny motywowania personelu. Niestety dla mnie Sławkowski jest sam w sobie górą na tyle demotywującą, że zdecydowaną większość energii, będę musiał poświęcić na przekonywanie samego siebie, aby kontynuować ten ciągnący się koszmar, więc na dodatkowy festiwal narzekania na tej górze brakuje po prostu miejsca! Poza tym, narzekanie oddziaływuje zarówno na ciebie jak i na cały zespół. Warto zatem zastanowić się, po co nam dodatkowy ferment.
Wstań wcześnie w nocy, albo w ogóle się nie kładź! Tę drogę trzeba zacząć rano i mieć komfort czasowy. Wg mapy droga w dwie strony zajmuje 9 godzin 18 minut, co jest według mnie delikatnym niedoszacowaniem, poza tym ta mapa nie obejmuje ani przerw na robienie fotek, ani tych na jedzenie i picie... a na tym szlaku pojawiła się w moim słowniku całkiem nowa kategoria przerw, przerwa na odpoczynek. Postanowiliśmy zacząć zabawę o 5:00, aby do zmroku mieć do dyspozycji równe 12 godzin i wrócić jeszcze za dnia. Wiedziałem, że są na tym szlaku momenty bardzo słabo oznakowane gdzie nie trudno się zgubić, a zwłaszcza przy schodzeniu. Dzień jest w jesieni tak krótki, że część drogi trzeba pokonać po ciemku, wybraliśmy więc wcześniejsze rozpoczęcie podejścia.

U mnie w ostatniej chwili doszedł do tego jeszcze jeden czynnik. Październikowa nadprodukcja intencji o charakterze zdobywczym. To trzeba było skumulować wokół jakiegoś targetu i przekuć w coś naprawdę Dobrego. Najpierw zaczęło chodzić mi go głowie jedno małe niepozorne pasmo Beskidów. Ale Wojownicy Kościelca to blog Tatrzański i dwa dni przed Sławkowskim ktoś mnie skutecznie przekonał, że ta część Beskidów którą mam na myśli jest mi kompletnie nie po drodze. ufff uff. Jako, że na Słowacji mięli zamykać wszystkie ciekawsze szlaki lada dzień, ta wyprawa miała być taka "ostatnia w tym sezonie" więc nagle wszystkie intencje skumulowały się wokół biednego Sławcia. Gdybym kiedyś wylądował w Kazbegi z takim parciem na szczyt, wciągnąłbym 5047m nosem, na jedną dziurkę! 
Poza tym, żeby wejść na tą górę trzeba mieć zarówno strategię, jak i dobry powód. Biegacze z betonowymi nogami, świetnie sobie poradzą, dla osób które nie biegają maratonów polecam tryb Zawierciańsko-Oblężniczy czyli mega-powolne jednostajne tempo, 10 minutowe zbijanie bąków co godzinę, zero narzekania i walkę do samego końca.

A powód do tego cierpienia, każdy musi znaleźć sobie sam, ja po prostu miałem ze Sławkiem niewyrównane rachunki.


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Fanpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca