piątek, 3 kwietnia 2015

Mieszanka GÓRSKIEJ REFLEKSJI, CYFEREK i SIENCE-FICTION :D

fot. Andrzej Mikler Międzynarodowy Przewodnik Wysokogórski IVBV




Piękną zimę mamy tej wiosny. Pogoda jaka jest każdy widzi i o górach wysokich możemy sobie bardziej pogdybać niż w nich pospacerować. Ma to niewątpliwe konsekwencje na zdrowiu zarówno fizycznym jak i psychicznym każdego miłośnika gór a czasem może skłaniać do dziwnych i mrocznych refleksji.



Co się stało z wiosną? W Tatrach Królowa śniegu zaprowadziła reżim autorytarny kpiąc sobie w najlepsze z obowiązujących międzynarodowych podziałów na pory roku, zarówno kalendarzowe, jak i meteorologiczne. Jej śnieżne kohorty przetoczyły się przez dolinę Chochołowską i wycięły w pień od miesięcy wyczekiwane przez co poniektórych krokusy(37 cm śniegu, nie miały żadnych szans! ! !).



Coś chyba tutaj nie zadziało i wcale nie twierdzę, że wina leży po stronie pogody. Zatem skoro w tym specyficznym mikroklimacie, jakim są tatry podziały na pory roku są delikatnie mówiąc „o dupę rozbić”, a my nie mamy jakiegokolwiek argumentu który mógłby przekonać pogodę żeby tańczyła tak jak kalendarz jej zagra, może trzeba w takim razie „odwrócić kota ogonem”?



Teraz Uwaga! Stawiamy świat na głowie!



Według obecnie panującego porządku, zakładamy że astronomiczna wiosna zaczyna się 20 lub 21 marca, a meteorologiczna 9 marca. Niestety, jako że mówiąc nieładnie, zima ma to w dupie, a my na chwile pozwólmy sobie założyć że się z nią w tej kwestii całkowicie zgadzamy. Tu pojawia się problem! Pory roku jednak czemuś służyły i gdy przestaną istnieć trochę smutno będzie znieść takie uczucie pustki.



Teraz mieszanka statystyki, sience-fiction i cyferek, postaram się, żeby nie bolało.



Ostatnio spotkałem się z bardzo prostą i zarazem odważną definicją nocy: „Noc jest wtedy, kiedy jest Ciemno”. Postanowiłem podążyć tym tropem szukając pory roku panującej w tatrach, posłużę się podziałem na temperatury progowe klimatogenicznych pór roku w Polsce:




Pory roku

Średnia dobowa temperatura °C


0 °C


0 °C do 5 °C


5 °C do 15 °C


10 °C do 15 °C


15 °C


10 °C do 15 °C


5 °C do 10 °C


0 °C do 5 °C


0 °C



Ale gdzie zbadać tą temperaturę? No oczywiście w Tatrach! System monitorowania pogody na bieżąco podaje informacje z D5SP, mOka, Hali Ornak, Hali Gąsienicowej, Kasprowego Wierchu i Polany Chochołowskiej i w dniu dzisiejszym jest to kolejno: -7; -5,9; -4; -7,3; -10,5; -4.4. Tyle pomiarów wystarczy, żeby stworzyć uśrednioną temperaturę bazową dla Tatr, która w dniu dzisiejszym wyniesie -6.5167 i biorąc pod uwagę tabelkę wskazywała by jednoznacznie na zimę. Ale model tak skonstruowany byłby niesamowicie niestabilny a pory roku mogły by zmieniać się kilka razy w tygodniu. Aby temu zapobiec trzeba tu zastosować średnią kroczącą temperatur z ostatniego tygodnia bądź dwóch czego nie zrobię, bo mam dostępu do danych archiwalnych(albo po prostu żyję w nieświadomości że mam, a google mnie okłamuje, że są same wykresy).



Dajecie jeszcze radę? Już prawię kończę ten wywód naukowy zamknięty w formie karykatury:)



Ten model byłby całkiem w porządku, aczkolwiek dalej wykazywał by zbyt wysoki stopień wrażliwości na takie „tygodniowe zmiany pogody”. Tutaj z pomocą przychodzi teoria budowania stanowisk asekuracyjnych, zgodnie z którą im więcej punktów ma stanowisko, tym jest ono stabilniejsze. Podążając tym tokiem myślenia dodam do modelu kolejną zmienną charakterystyczną dla zimowego krajobrazu którą również podają serwisy pogodowe, mianowicie grubość pokrywy śnieżnej, która dla wymienionych wcześniej punktów pomiarowych ma dziś grubość: 140, 155, 86, 109, 151, 37, średnia wynosi 113cm i tu też można jeszcze obliczenia poszerzyć o dane z tygodnia bądź dwóch.



Teraz trzeba zdecydować się jak nazwać taki model, żeby zdecydować się w którym miejscu postawić minusa, gdyż grubość pokrywy śnieżnej i temperatura działają w zupełnie przeciwnych kierunkach. Ja dzisiaj nazwę go: „indeksem zimowego pandemonium” i postawić minusa przed średnią temperaturą. Będzie on wyrażał przewagę jaką Zima ma nad krokusami i gdy spadnie pod kreskę na pewno wyznaczy wiosnę. Trzeba tylko ustalić jaka w takich wiosennych warunkach jest średnia wartość pokrywy śnieżnej i trzeba ją odjąć, póki co niech będzie to 30cm.



Ogólny wzór: x=(-T)+P-30

Gdzie: T= średnia temperatura(6 punktów pomiarowych), P= średnia grubość pokrywy śnieżnej(6 punktów pomiarowych)

Obliczenia na dziś: x=-(-6.5267)+113-30=89,5267



Wniosek: Do wiosny cholernie daleko!



A teraz małe po co to wszystko:



W górach liczy się bezpieczeństwo, tak?  A na to niewątpliwie wpływ ma jakość naszej wiedzy i wyposażenia! Czasami da się to obejść np. w razie awarii czołówki wyjąć zapasową, podobnie w razie przemoknięcia rękawiczek, ale co ze złamanym czekanem? NIE DZIAŁA I JESTEŚMY W…. no właśnie. Nie da się korzystać z czegoś co nie działa, a obecny podział na pory roku nie działa, nie wnosi żadnej istotnej informacji o warunkach jakie panują na szlaku i branie go pod uwagę przez nieświadomą tego osobę przy pakowaniu plecaka jest zagrożeniem dla życia.



Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:)
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca


wtorek, 31 marca 2015

GDY W SCHRONISKU PANUJE PRAWO DŻUNGLI- MUSZKIETEROWIE III




Część pierwsza muszkieterów - tutaj 
a druga jeszcze tutaj

Kroczymy po śniegu, który robi się coraz bardziej biały, podejrzanie równy i prawdę mówiąc nudny. Nic się nie dzieję, czas chrupania dobiegł końca, a ja czuję że robię się senny. Obojętnie mijamy kolejne rogatki kuszące Kozim Wierchem, Szpiglasową i Kozią Przełęczą a z każdym krokiem coraz dosadniej zaczyna docierać do mnie jeden fakt… To, że dochodzimy do schroniska wcale nie oznacza że możemy liczyć na sen!!!


Było koło siódmej rano a schronisko wydawało się pozornie uśpione, lecz pozory czasem mylą. Zdejmując raki starałem się nie narobić hałasu, lecz i tak „mieszkańcy tarasu” wyczuli naszą obecność, i w pół śnie zaczęli konwersację. Pamiętam, że któryś z nich wyrażał głęboki smutek z powodu kończącego się alkoholu. Gdy stanąłem pod drzwiami wejściowymi, nie wiedziałem co zastanę w środku, ale byłem pewny, że cokolwiek to będzie, zapamiętam to do końca życia i nie pomyliłem się!


Pierwsze z czym musiałem się zmierzyć, to stężenie alkoholu w powietrzu. Nie żebym był temu przeciwny, ale takich oparów to ja jeszcze nigdy nie poczułem. Kolejnym wyzwaniem było, jak zrobić choć jeden krok żeby kogoś nie zdeptać. Ludzie spali wszędzie: W korytarzach, na schodach, na podłogach, na parapetach, w toaletach, w kabinach prysznicowych, na leżąco, na siedząco, umierająco… poukładani jak klocki w tetrisie. Kompresja absolutna. Jedynie miejscami zamiast ludzi zalegały stosy sprzętu i plecaków od podłogi do sufitu. Nie wiem jakim cudem zachował się dla nas ostatni kawałek podłogi w korytarzu, ale był na tyle ogromny, że można było rozwinąć na nim karimatę do połowy i posadzić dwie osoby, trzeci kompan zajął miejsce na schodku.  


Siedziałem i czułem jak bardzo wszystko jest mi obojętne, nie chciałem nikogo budzić swoją obecnością, więc po prostu czekałem, dopadł mnie marazm i trwało to ze trzy godziny. Na ścianie widniał ekran pokazujący prognozę pogody oraz widok z kamerek internetowych… byłem tak nieprzytomny, że na ten czas stało się to moją telewizją. 


Koło 10:00 zaczęło się poruszenie… Ludziska zaczęli na nowo wykazywać funkcje życiowe, coś mamrotać, przecierać oczy, a niektórzy nawet zmieniali pozycję. Najbardziej przerąbane miały osoby z pełnymi pęcherzami, bo Orla Perć, to bułka z masłem w porównaniu do przedostania się przez „korytarz ściśniętych śpiących ludzi” do toalety, ale było to zabawne i widowiskowe:)


Proces wybudzania się postępował powoli a wraz z nim następowała stopniowa redukcja populacji w schronisku i naprawdę nie da się opisać jak wielką radość poczułem na widok pierwszego stołu wnoszonego na stołówkę. Wkrótce udało nam się zająć miejsca naprzeciwko wnęki, zwalić rzeczy na głęboki parapet i zacząć myśleć o jakiejś konsumpcji.


Uczucie sytości po takiej wycieczce wydawało się być czymś tak zaskakującym, jak bym zapomniał że ono istnieje, ale był nowy rok i wypadało by go mimo wszystko trochę uczcić. Więc korzystając z okazji, że i tak nie nadawaliśmy się do jakiejkolwiek wyprawy górskiej, a znajdowaliśmy się w najfajniejszym schronisku w tatrach wziąłem pusty termos, czekan i udałem się w kierunku tafli jeziora. 


Sądząc po spojrzeniach, nie do końca jasnym było po co ten człowieczek tłucze czekanem w taflę jeziora...

Tymczasem ja ciosałem i ciosałem a termosik napełniał się formami lodu o nieregularnych kształtach. Wróciłem do stolika, z plecaka wydobyłem butelkę szkockiej whisky i nagle moje szaleństwo stało się dla wszystkich znacznie bardziej logiczne a po chwili smak whisky z lodem po tatrzańsku zaprowadził nad kubkami smakowymi monarchię absolutną. 


Mijały godziny, bardzo przyjemne godziny. Chyba pierwszy raz byłem w Tatrach i nie musiałem nigdzie pędzić. Najdłuższymi spacerami tego dnia był spacer po lód, i seria wypadów na taras na papierosa, przy którym zawsze, za każdym razem poznawałem co najmniej jedną nową osobę. Trwała by pewnie ta sielanka może nawet w nieskończoność, jednak nie to było nam przeznaczone, bo wkrótce przy naszym stole zaczęły obowiązywać zupełnie inne zasady!


PRAWO DŻUNGLI


Różne rzeczy ludzie potrafią mieć w swoich plecakach: wódkę, prostownicę do włosów, nie zdziwiła by mnie nawet butelka płynu do chłodnic, lecz nasi nowo poznani znajomi mięli ze sobą grę planszową a gdy ją rozłożyli przy naszym stole zapanowały prawa dżungli. Siedzieliśmy czujni zwarci i gotowi kolejno odkładając po karcie na stół, cały czas w pogotowiu, a gdy dwie karty na stole się powtórzyły w ułamkach sekundy skakaliśmy sobie do gardeł jak dzikie zwierzęta by złapać stojący na środku stołu drewniany totem. Nigdy wcześniej nie grałem w tak agresywną grę. Była świetna, nie wiem ile kolejek przegraliśmy, ale musiało być ich bardzo dużo. Pod koniec, ze zmęczenia widziałem już trzy totemy i uparcie starałem się złapać ten w środku. 


Niestety zmęczenie w końcu okazało się być silniejsze i to nie jest tak że nie chciałem się bawić, tylko po trzydziestu sześciu godzinach bez snu zasypiałem na siedząco, a to była 22:00 i impreza w schronisku zaczęła się konkretnie rozkręcać. Sala była pełna, trunki na stołach, rumor był nieprawdopodobny a do tego dwóch niezależnych gitarzystów z których każdy grał odmienny repertuar wspieranych przez dwa chóry śpiewaków. Poziom natężenia dźwięków sprawiał, że chwilami czułem się jak we wnętrzu betoniarki, ale i tak zasypiałem na siedząco, a gdy towarzystwo poszło na spacer rozłożyłem karimatę i zasnąłem.


W końcu na chwilę przebudził mnie widok człowieka zwisającego na rękach z belki stropowej, a raczej próbującego ją całą przejść na samych rękach. Nie wiem czy to się komuś udało, ale cała sala bardzo chciała żeby to zrobił, zasnąłem znowu i to był błąd. Czułem, że coś nie gra, że jako jedyna śpiąca postać samym środku jądra tej rozpętanej bałkanicy zbyt skupiałem na siebie uwagę. Gdzieś coś zasłyszałem o jakimś czekanie przez sen…ale spałem zbyt mocno. Rano dowiedziałem się że gdzieś na sali padła idea konkursu w rzucie czekanem XD


Obudziłem się rano, krajobraz wyglądał znacznie mniej baśniowo jak ten z przed 24 godzin. Chyba po prostu było troszkę mniej ludzi, bo nawet dało się przejść bez kicania do toalety. Oczywiście drzwi do suszarni to zupełnie inna bajka, ale komu zaszkodzi odrobina porannej gimnastyki…


Po śniadaniu zebraliśmy klamoty, ubraliśmy raki i udaliśmy się w dół dolinką w stronę Palenicy… Nie mogliśmy dłużej zostać bo doskonale zdawaliśmy sobie sprawę czym by się to skończyło!






Część pierwsza muszkieterów - tutaj 

a druga jeszcze tutaj

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

poniedziałek, 30 marca 2015

ZAWRAT CHRUPIE BARDZIEJ NIŻ KRAKERSY - TRZEJ MUSZKIETEROWIE II





Część pierwsza muszkieterów - tutaj 
Część druga: Zawrat chrupie bardziej niż krakersy!


Chrup! chrup!
Chrup! chrup!

W pierwszej godzinie nowego roku często słyszymy chrupanie. Chipsy, paluszki, krakersy i wiele innych zakąsek tak chętnie spożywanych do rozmaitych trunków, są nieodłącznym elementem każdego balu sylwestrowego. Nasz bal również obfitował w chrupanie lecz było to chrupanie nieco innej kategorii i było go dużo więcej.

Cała sala przystrojona była na biało, stoły i krzesła zostały zastąpione przez żleby i granie. Było bardzo ciemno, a My wsłuchując się w rytm chrupiącej pieśni zmrożonego śniegu,  bez większych niespodzianek z wolna dochodziliśmy do ogromnej wypłaszczonej kostki lodu zwanej „Czarny staw gąsienicowy”.

Co teraz? Idziemy prosto, czy naokoło? Czy ta bryła lodu okaże się ułatwieniem, czy przeszkodą? Kilka tygodni wcześniej w komunikacie widniało ostrzeżenie, że pokrywa nie jest dostatecznie gruba by po niej chodzić, a mimo to już wtedy widziałem zwartą grupę odważnych bądź głupich turystów idących pewnym krokiem środkiem jeziora. Teraz po tych kilku tygodniach mrozu byłem pewny, że tafla jest już całkiem dobrze zmrożona i bardzo chciałem to wykorzystać.

Pojawia się też obawa o wątek polityczny: skoro sprzedano już kolejkę na Kasprowy, i nie wywołało to nawet w połowie tak dużego społecznego „tupnięcia nogą” jak przy protestach grup zawodowych, teraz ktoś może pójść o krok dalej, np. prywatyzować drabinkę na koziej przełęczy, wodę z morskiego oka a nawet z czarnego stawu.

Jednak moi kompani nie byli pozytywnie nastawieni do gładkiego lodowego parkietu, więc poszliśmy na chrupiący spacer naokoło wsłuchując się w rozwrzeszczanych ludzików biegających po jeziorze. Właśnie tak było, i musiało być trochę mniej mglisto, gdyż widzieliśmy jak biegali w kilku grupach z pochodniami o pierwszej w nocy po Czarnym stawie i darli się w niebogłosy nawołując siebie nawzajem… chyba im również podobał się nasz Tatrzański bal.

Chwilę później potkaliśmy jedną grupę przy odbiciu na granat. Patrzyli się na nas a ich wzrok ponad wszelką wątpliwość wyrażał „Gdzie wy do cholery idziecie??”. Tak naprawdę to wcale im się nie dziwię, też chwilami zadawałem sobie to pytanie, a odpowiedź miejscowo przyprawiała mnie o dreszcze.

Znowu widoczność spadła do kilkunastu metrów a My szukaliśmy żlebu, długo nie mogliśmy go znaleźć. Cały czas droga poprowadzona była szlakiem i cholernie mi się to nie zgadzało. Co gorsze, śnieg też mi się nie podobał. Było go dość sporo i miał dwie twarde chrupiące warstwy, jedną na wierzchu, drugą 30cm pod powierzchnią, więc za każdym razem gdy wbijałem czekan towarzyszyły temu dwa chrupnięcia. Wtedy człowiek zadaje sobie trudne pytania np: czy taka twarda chrupiąca warstwa  30cm pod powierzchnią pokrywy nie jest aby idealną warstwą poślizgową?

Nie chcieliśmy tego sprawdzać na sobie, więc zdecydowanie rozdzieliliśmy się i w trzydziestometrowych odstępach pokierowaliśmy nasze kroki we właśnie odnaleziony i tak wyczekiwany żleb prowadzący na przełęcz. Było ciemno, mglisto, stromo i zimno. Zmęczenie dawało mi o sobie znać, plecak znowu zaczął bardziej ciążyć a podejście zaczynało się coraz bardziej dłużyć. Zawsze w takich momentach wmawiam sobie, że przynajmniej szybko nabieramy wysokości, lecz gdy wokół mgła i ciemność, trudno było oszacować ile już przeszliśmy i ile jeszcze zostało.

Po jakimś czasie śnieg zrobił się znacznie bardziej zmrożony, wyskrobałem się na jakiś uskok skalny i zobaczyłem wyłaniającą się ścianę po lewej stronie co było jasnym sygnałem, że przełęcz powinna być gdzieś w pobliżu. Wkrótce śnieg zmienił się w beton, a ja pragnąłem już tylko być na górze(a dokładniej przełęczy) i zdjąć ten cholerny plecak. Słupek kierujący na Świnicę, Murowaniec, D5SP oraz Kozią Przełęcz był jednym z najbardziej radosnych widoków tej nocy!

Było w pół do czwartej, odłożyłem plecak na przełęczy i wróciłem się w stronę żlebu by zobaczyć moich kompanów wyłaniających się z mroku, ale nikt nie nadchodził. Widoczność wciąż była marna, ale przez większość drogi ich widziałem, a pod koniec wychodząc na ostatnie 100m byłem pewny, że cały czas ich słyszę. A może to było tylko echo?-pomyślałem z przerażeniem.

Poczekałem pięć minut i gdy już miałem się wracać w dół w kierunku uskoku, dostrzegłem jasną poświatę i usłyszałem dźwięk czekana wbijającego się w zmrożony śnieg, to był drugi z najbardziej radosnych widoków!

Na szczycie nie było możliwości na dłuższy postój. Zbyt zimno, zbyt pizgająco i zbyt daleko do schroniska, żeby się zatrzymywać na dłuższe posiedzenie. Po krótkim uzupełnieniu płynów i kalorii ruszyliśmy w kierunku zdecydowanie mojego ulubionego schroniska w tatrach.

Droga nie była przyjemna, śnieg po południowej stronie od początku miał dwie chrupiące warstwy i nie wydawał się być wzorem stabilności, szczególnie na trawersach nie było to zbyt wesołe. Trzeba było się porządnie asekurować aby nie załapać się na pośpieszny w dół, gdyż było stromawo i bardzo łatwo można było stracić równowagę gdy co jakiś czas wydeptana utwardzona część ścieżki również pękała i noga nurkowała gdzieś obok i to dość głęboko. Z wolna i znowu w dużych odstępach wytracaliśmy wysokość spotykając kolejne rozejścia. Tam już są rejony wspinaczkowe, kursowe i ludzie mają potrzebę chadzania w różne dziwne miejsca poza szlakami, a my starając się kierować kierunkiem i bezpieczeństwem wybieraliśmy kolejne warianty, licząc na to że w dalszym ciągu idziemy w dobrym kierunku.

Po jakimś czasie zaczęło robić się widno, jakoś bardziej płasko a naszym oczom ukazał się znajomy daszek od niedawna ponownie otwartego schroniska w dolinie Pięciu Stawów Polskich… 




Część pierwsza muszkieterów - tutaj 

Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca

piątek, 27 marca 2015

TRZEJ MUSZKIETEROWIE, CZYLI JAK STAĆ SIĘ TARCZĄ W KONKURSIE RZUTU CZEKANEM ! ! !



 




Część pierwsza: Sylwester dwóch języków!



Grudzień jest miesiącem świętego mikołaja, iglastych krzaków pełnych świateł, bombek i cukierków… to wtedy w radiu w kółko torturuje mnie Last Christmas a w karpie stłoczone w marketowych zbiornikach czekają aż pan z obsługi wystawi je na wagę a ja wkrótce po tym na kuchennym stole poczęstuję je tak szybką śmiercią jak tylko potrafię…



Dlaczego to się dzieje? Odpowiedź jest prosta choć może nie wydawać się oczywista. Jest to zwyczajna mieszanka kulturowych i religijnych obrzędów i oczywiście nie zamierzam się z nich przed nikim tłumaczyć. Jest w tym jednak jakiś element rutyny, który trochę wkurza!



Święta mijają, wujkowie ciotki i kuzynostwo miało okazję przypomnieć sobie jak wyglądam, spodnie robią się troszeczkę bardziej ciasnawe a w domu z choinki nie wiedzieć dlaczego zaczynają stopniowo znikać cukierki. Wtedy pojawiają się ONI!



Ci dwaj co to nie jednego hulakę przyprawić potrafią o trzydniową amnezję, są też urodzonymi przedsiębiorcami gdyż co roku zaczynają też globalną produkcję bezwzględnych „postanowień”. Mówię oczywiście o sylwestrze i nowym roku. Ale tym razem miało być inaczej!





Podjeżdżając na parking czułem się odrobinę nieswojo gdyż nie miałem pojęcia kto na mnie czeka. Co za paranoja, jakże ułańska fantazja i jak późna godzina… Co to ma być?

Kilka wymienionych wiadomości, kilka rozmów telefonicznych? Zaraz zaprkucję samochód pod hipermarketem i poznam dwójkę zupełnie obcych ludzi z którymi zdecydowałem się spędzić całą noc i następne dwa dni w skutym lodem tatrzańskim parku w którym już dawno skończyły się czasy wesołych spacerków!



„Czy to jest tylko sen szaleńca? To szaleńca sen….”





Jedziemy zakopianką, rozmawiamy i planujemy… Snujemy opowieści o podróżach, górach, wyprawach a w mojej głowie powoli zaczyna malować się obraz kogo wiozę w samochodzie.  Mięliśmy bardzo ambitne plany i tu biorę winę na siebie. Do tej pory sam nie wiem co mi do głowy strzeliło żeby nocą przedzierać się przez Świnice na Zawrat. Był wtedy drugi stopień zagrożenia lawinowego, i tak po prawdzie łamany na trzeci(ogłoszony zaraz po tym jak wróciliśmy do krk). Z ręką na sercu a nawet rakami na nogach, dziś stwierdzam, że głupsze było by tylko forsowanie lawiniastego Krzyżnego.



„Czy to jest tylko sen szaleńca? To szaleńca sen….”





Na szczęście gdy ambitne pomysły walczą ze zdrowymi rozsądkami w bitwie o bezpieczeństwo w górach… pojawia się trzeci bohater który nie bawi się w przepychanki na argumenty, tylko ni z tego ni z owego wskakuję Ci na plecy, oplata się wokół bioder oraz klatki piersiowej i ze stoickim spokojem daje Ci do zrozumienia, że też jest częścią wycieczki i będziesz go dźwigał przez całą drogę czy Ci się to podoba, czy nie!!!



Taka jest prawda, ciężar plecaków w drodze do kuźnic trochę ostudził nasz zapał i finalnie około godziny 21:30 zdecydowaliśmy pokierować nasze kolczaste stopy w kierunku hali gąsienicowej. Była to bardzo dobra decyzja, może nawet jedyna słuszna?



Było mgliście, dolina Jaworzynki tonęła w mroku a jedyne co nas ratowało to trzy czołówki niosące światło i odrobinę nadziei. Nie żebym chciał tutaj jakoś strasznie dramatyzować, nikt nie płakał a nawet nie ośmielił się narzekać, ale nocna włóczęga przez zimny ciemny i mglisty las za każdym razem wzbudza pewien stopień niepokoju. Szliśmy wolno, nie było potrzeby się nigdzie spieszyć bo nie wychodziliśmy o północy na żadną grań, żeby oglądać fajerwerki. Z resztą, co można zobaczyć z grani przy tym poziomie widoczności?



„Czy to jest tylko sen szaleńca? To szaleńca sen….”



Przełęcz między kopami to takie miejsce w którym zawsze bezpowrotnie kończy się pewien, zaryzykuję stwierdzenie - najważniejszy etap podróży popularnie nazywany rozgrzewką. Powiem szczerze, że troszkę zacząłem narzekać na tego wrednego gościa z tyłu! Cholera, czepił się tych pleców i robi się coraz cięższy, złośliwe bydlę… na szczęście wyczuł moją narastającą agresję i zgodził się chwilkę posiedzieć na skutej lodem ławeczce a ja mogłem w spokoju strzepać lód przymarznięty do bluzy i założyć jakąś dodatkową warstwę odzieży.



Na przełęczy stało się jasne, że udajemy się do Murowańca. Nie wiedziałem jeszcze co z tego wyjdzie, gdyż czasem miewam wątpliwości czy to „hotel”- dla troszkę bardziej ekscentrycznych i nie da się ukryć, bogatych turystów, jednak bardzo dokładnie planujących swoje życie po pół roku w przód… czy jeszcze „schronisko”! Wchodząc tam miałem bardzo mieszane uczucia, ponieważ wiedziałem że odbywa się tam impreza zamknięta i prawdopodobnie poza Yeti i przegłodzonym niedźwiedziem jesteśmy tam najmniej oczekiwanymi gośćmi!



„Czy to jest tylko sen szaleńca? To szaleńca sen….”





Wszedłem na pewniaka, impreza trwała rozhulana już na dobre. Sala była przystrojona a stoły uginały się od trunków i zakąsek. Tak, to był bal sylwestrowy! Na szczęście dostrzegłem kawałek wolnego stolika i po upewnieniu się czy na pewno jest wolny pokierowałem swoje kroki do pani z obsługi. 

Po pierwsze: Potwierdziła się stara jak świat zasada: „Kto pyta, nie błądzi!” 
Po drugie: Nie ważne jak świętą masz rację, ważne w jaki sposób kogoś uświadamiasz, że ją masz! I od razu mówię, że branie na litość nie zawszę się sprawdza.





Było jeszcze pół godziny do dwunastej czyli dokładnie tyle o ile nam chodziło. O północy schronisko opustoszało a rozochocony barwny tłumek ludzi przed budynkiem zaczął odliczać i  powoli rozbrajać systemy zabezpieczające charakterystyczne dla wybuchowych trunków.







Rok 2015 zaczął się częściowo po polsku i trochę po francusku!! Powietrze skrzyło się od zimnych ogni, alkohol wlewał się do wnętrza szczęśliwych imprezowiczów, z którymi przyszło nam zaczynać ten nowy rok(jedną malutką buteleczką szampana na trzy osoby :D ). Pamiętam nieskończoną ilość piosenek śpiewanych w dwóch językach naprzemiennie francuskim i polskim. Sylwester dwóch języków!! Ale nasza skromna buteleczka zdobiła się pusta a raki znowu przywiązały się do butów. Upierdliwy towarzysz jak zwykle, z zaskoczenia uczepił się pleców i nasza mała noworoczna karawana ruszyła w dalszą drogę.

#WojownicyKoscielca   #ŚwiniacaSmakujeWeŚrode  #PogodaWażnaSprawa #ZefirekNaRakoniu


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Funpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca