piątek, 20 maja 2016

Kilian Jornet: Ultramaratończyk, czy Edmund Hillary naszych czasów?




Kilian Jornet jest postacią która od zawsze wzbudzała we mnie skrajne wątpliwości. Czy to się dzieje naprawdę? Może ja jeszcze śpię po wyjątkowo udanej urodzinowej imprezie u koleżanki? Czy to Prima Aprilis? Ile razy czytałem o Kilianie miałem wrażenie, że to nie człowiek lecz maszyna, zamiast serca ma trzystu-konny silnik, hydrauliczne stawy i jak śpiewał Marek Grechuta „Od mózgu do ręki biegnie drucik nie nerw”. Potem nachodziła mnie odwrotna refleksja.  

           Być może jest to osoba którą determinacja do realizowania własnej pasji i podejmowania nowych wyzwań, ukształtowała do formatu kogoś kto może sobie pozwolić na robienie rzeczy niewiarygodnych. 

Kilian kondycyjnie jest w stanie „zaorać” chyba wszystkich, pokonuje granice możliwości ludzkiego organizmu, szokując opinię publiczną i tworząc własną legendę. Udowodnił już światu, że można z Cervini złoić wierzchołek Matterhornu i po niecałych trzech godzinach być z powrotem na dole. Pokazał również że da się w 5 godzin z Chamonix pobiec do Chamonix, zahaczając po drodze dach Europy.  


               Prócz tego Kilimanjaro, Aconcagua, Delani, Olimp, rekord goni rekord, więc mamy do czynienia z najwyższej klasy sportowcem. Nie dziwi zatem fakt, że gdy tylko wpadła mi w ręce jego nowa książka, postanowiłem się dowiedzieć jakim jest pisarzem.


Książka „Niewidzialne Granice” jest opowieścią o pewnej wyprawie w góry. Kupa skał, kamyczków przykrytych miejscami śniegiem i lodem oraz ciągnące się tup-tup oraz chrup-chrup w drodze do miejsca gdzie wychodzą fajne zdjęcia. Znamy to, przerabialiśmy to, czytaliśmy o tym setki razy, widzieliśmy na filmach a niektórym nawet zdarzało się oderwać od kanapy i przeżyć to na własnej skórze.  

       Po co zatem brać ją do ręki by kolejny raz odgrzewać kotlety?

Kluczem do zrozumienia potencjału tej książki jest człowiek który ją napisał. Kilian zabiera czytelnika na bardzo osobistą wyprawę w góry i pozwala bezkarnie podziwiać ich majestat, z jego perspektywy. Podczas tej „podróży” dowiadujemy się nie tylko o obranej drodze, warunkach pogodowych czy przebieg wyprawy. Kilian wpuszcza czytelnika do swojej świadomości cały czas ujawniając osobiste emocje, lęki, refleksje i przemyślenia, czyli to co sprawia, że „kupa skał śniegu i lodu ” staje się dla człowieka w górach świątynią skalnych i lodowych olbrzymów, przerażającą swoją surowością a jednocześnie zachwycającą bezgranicznie nieskazitelnym pięknem.  


                    Od pierwszej strony miałem wrażenie, że tę książkę bardziej przeżywam niż czytam, jestem częścią wyprawy i gdzieś tam razem z Kilianem prowadzimy dość poważną akcję górską. Ale tu nie chodzi tylko o akcję, bo równie ważni, jeśli nie ważniejsi w górach są ludzie! 


Pewnie dlatego będąc częścią wyprawy po złojeniu kolejnej góry siadamy z towarzyszami do stołu, stopniowo coraz lepiej się poznajemy rozprawiając całymi wieczorami na tematy związane z ogarniającym nas szaleństwem jakim jest Alpinizm. To jest kolejna mocna strona książki. Postacie w niej przedstawione są wyraziste, ciekawe, ludzkie a ich los nie jest czytelnikowi obojętny. To oczywiście jeszcze bardziej potęguje poczucie bycia na pokładzie tej karawany marzeń.

Tam na wierzchołkach nie znajdujemy niczego materialnego, z duchowego punktu widzenia natomiast, znajdujemy absolutnie wszystko.” Kilian Jornet

Pomimo tego, że całość mieści się na dwustu czterdziestu stronach, gdyby ten cytat był krokusem, książka stała by się Doliną Chochołowską zachwycających i niewyobrażalnie głębokich ludzkich przemyśleń. I to jest absolutnie najmocniejsza strona tego utworu. Te momenty które wybudzają czytelnika jak kubeł zimnej wody, za każdym razem gdy autor stawia tezę która bezpośrednio i osobiście odnosi się do życia każdego miłośnika gór.  

            Kilian stawiając swoje z pozoru nieinwazyjne tezy skutecznie zmusza do myślenia nad samym sobą i tego myślenia jest całkiem nie mało. 

Dzięki temu mamy szansę dowiedzieć się jakim pięknym i wrażliwym człowiekiem jest Kilian, i spojrzeć na pasję do gór z nowej, wielokrotnie zaskakującej perspektywy.

Komu polecam tę książkę? Na pewno wszystkim którym nie obce są: widok mapy, pakowanie plecaka, zamykanie drzwi od domu i otwieranie się na nowe miejsca, widoki i przeżycia zarówno te fizyczne jak i duchowe. Ale nie tylko… Ta książka ma w sobie coś narkotycznego, czytając ją dostajemy mikro-dawkę naprawdę fascynującej, dzikiej, wspaniałej, krwiożerczej i wręcz nieprawdopodobnie wciągającej przygody. Po jej przeczytaniu jest się na głodzie którego nawet najcięższy alkaloid nie jest w zdolny zaspokoić. To uczucie może oderwać od kanapy najbardziej zatwardziałego kanapowa.

" Kiedyś ktoś mnie zapytał: - "Dlaczego chodzisz po górach?" Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje:
a) na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć.
b) na tych którym się jej nie wytłumaczy. " Piotr Pustelnik

No i właśnie…

Szczególną grupą osób które podczas czytania będą doznawały ponad wyobrażalnie silnego Katharsis są ludzie pasjonujący się górami. W tym gronie będzie ostra faza, plaskające facepalmy i chroniczne wynotowywanie cytatów, cholernie mocnych cytatów. Potem książka trochę odpocznie, lecz nie zdąży się zbytnio zakurzyć, bo ostrzegam, że na pierwszym czytaniu na pewno się nie skończy.

Bon Appetit.

Znudził cię artykuł? W trosce o swoje życie omijaj szerokim łukiem nasz Fanpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca