środa, 2 września 2015

ROZDZIEWICZENIE I: Gdy zapada ciemność


Za każdym razem gdy idę w góry z nowo poznaną osobą, zadaję serię pytań dotyczących doświadczenia, sprzętu, butów, słucham rozmaitych górskich opowieści które dają mi wyobrażenie jak wysoko i jak daleko mogą nas nogi ponieść, aby nas jeszcze zniosły z powrotem Tym razem miało być inaczej. Pytanie bowiem brzmiało: dokąd mogę udać się z osobą która nigdy nie była w Tatrach, nie chodzi po górach i deklaruje, że ma słabą kondycję? Raz była w dolinie strążyskiej i najbardziej wspomina z tamtej wyprawy, ból stóp od nie rozchodzonych butów. Stałem bezradnie nad mapą, czując się jak sadysta nad zestawem narzędzi do przypalania sutków i wyrywania paznokci. Miałem nieodparte wrażenie, że cokolwiek nie wymyślę, będzie bolało!

Potem zaczął się festiwal zawsze niezawodnych pomysłów: Sarnie skałki, Gęsie Szyjki, nieśmiertelne mOko oraz król wszystkich tatrzańskich spacerowiczów: Czarny staw Gąsienicowy. Pomysły te są w tym wypadku tak niezawodne i tak propagowane przez wszystkich facebookowych niezależnych ekspertów, że przez chwilę zamroczyły mi umysł, niczym socjalistyczna ideologia. Na szczęście uwielbiam poddawać pod wątpliwość wszystkie święte racje tego świata. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z was będzie to opowieść o tym „jak NIE powinna wyglądać pierwsza wycieczka w góry”, albo „jak zniechęcić człowieka do gór w ciągu trzynastu godzin”.

Zrobiliśmy to cholernie po mojemu. W końcu nie szedłem z dwuletnim dzieckiem, tylko z dwudziestoletnią kobietą. Nic mi nie mówiła o jakimkolwiek inwalidztwie. Więc jak na pierwszy raz zgotowałem jej naprawdę mocno skondensowaną mieszankę górskich przeżyć i dołożyłem wszelkich starań aby mieć pewność, że raczej nie prędko o niej zapomni J

Czas Start!

Parkujemy samochód, ostatnie przepakowania celem maksymalnej redukcji masy plecaka, zamknięcie samochodu, piwko pssst! Ono ma wartość symboliczną… Nie ma kierowcy, nie ma odwrotu! Teraz już tylko góry…

Droga do kuźnic mija bardzo sprawnie, jest ciemno i pusto, kilkoro spotkanych ludzi wydaje się wyrażać niezrozumienie, dlaczego zmierzamy w przeciwnym kierunku. Miasto śpi i i to jest piękne. Jedyne co bym tu jeszcze domalował, to skuty lodem chodnik i dwumetrowe hałdy śniegu dopełniły by mój ulubiony sen szaleńca, ale na ten widok niestety musimy jeszcze poczekać.

Spojrzałem pod nogi, a wtedy usłyszałem stwierdzenie: „Marcin, coś tam jest!” Podniosłem głowę, ale jedyne co zobaczyłem to wielki brunatny tyłek chowający się z powrotem w las. Moje skojarzenie było raczej oczywiste, na chwilę przystanęliśmy ale Patrycja twierdziła, że to na pewno miało rogi, niemniej jednak jej niepokój wyraźnie wzrósł…pierwsza atrakcja zaliczona.

Gdy ko kilkunastu minutach wchodzimy do Kuźnic, również wydaje nam się, że jest cicho i pusto, do momentu gdy pod nogami przebiega nam lis! Kolejny mieszkaniec parku wyszedł nam na powitanie, jakiś czas biegał wzdłuż ogrodzenia, chyba nie za bardzo wiedział jak wrócić do siebie, bo sporo możliwych dróg pozagradzano… Spojrzałem na towarzyszkę i do dziś nie jestem pewien które ze spłoszonych stworzonek było bardziej zestresowane. Nie codziennie spotyka się w Krakowie takie zwierzątka na wolności, a na pewno nie co piętnaście minut. To na pewno trochę uświadomiło ją  dokąd zmierzamy. Fajnie się słucha górskich opowieści, czyta o niedźwiedziach szukających kozic w lawinisku, Ale gdy się staje w totalnej ciszy na granicy światła i ciemności, gdzie trzeba włączyć czołówkę i zrobić pierwszy krok ze świadomością kto jest tutaj gospodarzem a kto gościem, to inna bajka. Następuje gwałtowna zmiana optyki, w mózgu odrywa się wielka czapa wątpliwości i wzbudzona lawina strachu zaczyna siać spustoszenie.

Idziemy dalej, kamienistą drogą, zastanawiam się jak bardzo zatłoczona będzie ona za dwanaście godzin. Po chwili dochodzimy do drogi którą można obejść Kalatówki. Architektura tego budynku jest chyba największą zbrodnią jaką człowiek dopuścił, od czasu ukrzyżowania własnego boga, więc z przyczyn estetycznych skręcamy w lewo. Droga mija nam szybko w rytm stukających kijków i po chwili dochodzimy na Halę Kondratową. Schronisko jak zawsze, zamknięte i ogrodzone pastuchem. Dobrze wiedzieć, że ktoś tam w środku drzemie i czuje się bezpiecznie, tylko dlaczego odgłosy chrapania muszą rozlegać się po całej dolinie dorównując głośnością niejednej syrenie pożarowej?  Chwilę później dostrzegamy w ciemności parę świecących, wlepionych w nas, jaskrawo zielonych oczu. Fajna sprawa, zwłaszcza gdy nie można za bardzo ocenić rozmiarów zwierza i odległości.

Rozmawialiśmy chwilę, gdy z tarasu dobiegł nas głos „Spokojnie to pewnie kot, przy tym chrapaniu, żaden niedźwiedź nie podejdzie na kilometrJ”. Okazało się że taras jest zamieszkały, a gdy zwierzak zmienił pozycję dostrzegliśmy sylwetkę kota. Pomimo lekkiego głodu i chrapiącej bariery ochronnej, jakoś nie chciało nam się jeść a w szczególności rozpakowywać hermetycznie zapakowanego jedzenia. Miśki czując zapach zakupów wiezionych w bagażniku dwa dni temu potrafią zrobić włam do samochodu, a co dopiero pożywienia na otwartej przestrzeni…

Droga na przełęcz była jeszcze ciekawsza. Kolejne ślepka, tym razem żółte ukazały się nam już kilkaset metrów za schroniskiem. Przystanęliśmy, porozmawialiśmy o tym jak bardzo nierówno pod sufitem trzeba mieć żeby tak spacerować, a kolejny mieszkaniec TPNu znudzony naszym widokiem poszedł w swoją stronę. Później szlak zawija w prawo, robi się bardziej stromy i wiedzie przez tak zwane „Piekiełko”. Jest to miejsce w którym szczególnie typowałem kolejne spotkanie, bo na tym odcinku nawet w dzień rok temu spotkałem trzy niedźwiedzie. Kijki dzwoniły, a tematów nie brakowało…czasem z przyczyn praktycznych. Zaskoczony niedźwiedź, może być ostatnim napotkanym niedźwiedziem, więc warto głośno rozmawiać o czymkolwiek, bez względu na to czy temat jest dla nas interesujący, czy nie.


Oczywiście wykrakałem i po chwili usłyszeliśmy ryk przy którym włosy stają na głowie nogi miękną i ręce opadają, tak kilkadziesiąt do stu metrów od nas i zapewniam, że to nie chodzi o orgazm. To już jest bardzo abstrakcyjne uczucie, gdy dwa razy cięższy brunatny potwór drze się na ciebie, a ty go nawet nie widzisz. On dobrze wie, że jesteś, gdzie jesteś, a ty stoisz sobie spokojnie, ciągniesz rozmowę dalej i jak by nigdy nic czekasz, aż sobie pójdzie. Uciec nie masz szans a idąc dalej od razu, mógłbyś nieopatrznie zbliżyć się o ten krok za blisko. Na szczęście jak to zawsze bywa, Niedźwiedź zszedł nam ze szlaku, więc chwilę później ruszyliśmy w dalszą drogę i tak po kilkunastu minutach doszliśmy na przełęcz. Wiatr dął, powietrze się zmieniło a gdzieś niedaleko w mroku majaczył wielki skalisty łeb drzemiącego wielkoluda. 




Giewont, na tą górkę kijki nie będą potrzebne. Z przyczyn praktycznych, zakamuflowaliśmy je więc gdzieś na przełęczy. Trochę się obawiałem, bo jak to bywa w samym środku nocy, wilgoć osiadła na skałach, wiatr cały czas smagał po dupie, widoczność była mocno ograniczona i ktoś za chwilę w tym skromnym świetle czołówki, po raz pierwszy w życiu będzie musiał stanąć do nierównej walki z kamieniem, żelazem i sumą wszystkich strachów. Co ja jej mogę dać? W jaki oręż uzbroić gladiatora, który trzymał w ręce jedynie nóż kuchenny? Szybki instruktaż zakresu poruszania się w terenie skalistym? Teoria trzech punktów podparcia? Kurs z zakresu obsługi sztucznych ułatwień? Tak to wszystko jest ważne, i się przydało, ale chyba najbardziej wartościową bronią jest siła spokoju i utwierdzanie w przekonaniu że zrobił ten krok prawidłowo, że właśnie tak jest bezpiecznie,  budowanie u kogoś pewności siebie…bo to nie siła stanowi największe ograniczenie, tylko psychika. Po kilkunastu minutach coraz bardziej zwinnego skrobania się stanęliśmy pod piętnastometrową konstrukcją gdzie w pogardzie dla zasad zbilansowanej diety, za jęliśmy się nocnym łasuchowaniem.