poniedziałek, 7 września 2015

ROZDZIEWICZENIE II: Czerwone światło na skrzyżowaniu dnia i nocy...




Część 1:
http://wojownicykoscielca.blogspot.com/2015/09/rozdziewiczenie-i-gdy-zapada-ciemnosc.html

2:17, Wyżera na Giewoncie.


To nie jest jeszcze koniec przygody, Marznące śniadanie w środku nocy na giewoncie to nie jest gra warta świeczki, bez względu na ceny w okolicznych marketach. Nie ma w tym żadnej idei ani pomysłu, jest to czysta głupota, która może nawet zasługuje na odrobinę pogardy. Więc skoro ja wiem, że to głupota, i ty również doskonale wiesz że to głupota to nasuwa się zatem oczywiste pytanie: Co my tu właściwie robimy?

Może zalatuje to odrobiną perwersji, ale trzeba to sobie wyjaśnić, bo czuję że muszę się do tego przyznać. Po prostu ordynarnie „skaczemy w bok” i ZALIZCAMY ! ! ! To się zdarza, zwykle z czystej niemocy pohamowania własnych popędów. Planowaliśmy gdzieś tam przechodzić obok, zdawałem sobie sprawę, że istnieje w pobliżu pokusa która może okazać się silniejsza, więc postanowiłem, że wyjedziemy sobie dwie godzinki wcześniej, aby mieć taką małą rezerwę na jedno szczytowanie więcejJ Niemniej jednak w kontekście całej zabawy, była to tylko „gra wstępna”, więc nie zostaje nam nic innego jak ruszać dalej i nadać tej chorej wyprawie jakikolwiek sens…

Pizgało chłodem, pora na zejście zbliżała się bardzo szybko i nieuchronnie. Nie byłem do końca przekonany jak bardzo dramatycznie będzie ten proces przebiegał w warunkach takiej ślizgawki. Bałem się, że rozegra się długi, naszpikowany postojami na walkę z przerażeniem scenariusz „Tatrzańskich Koszmarów” Wojowników Kościelca. Nic z tych rzeczy! To nie ten rodzaj charakteru. Ambicja i upór wyciągnęły wszystkie swoje zabawki, drążyły czarną dziurę tak głęboko, aż dotarły do motywacyjnych pokładów i bezustannie pompowały wole walki z adrenalinowej studni aż zabrakło łańcucha. Jej spojrzenie sugerowało, że jest jej wszystko jedno, czy to jest łańcuch z Giewontu, czy oporęczowanie z Everestu, tak czy siak, nie zatrzymamy się dopóki się nie skończy! Więc pomimo niesprzyjających jak na pierwszą wycieczkę w góry warunków, tracenie wysokości szło nam nad wyraz sprawnie, a zarazem nie „zbyt sprawnie”.



Po dotarciu na przełęcz i odnalezieniu pochowanych zabawek ruszyliśmy w dalsze tango, tym razem z kolejną, tym razem kopiastą partnerką i jej przed-kopkami. To już miał być tylko nudny mozolny spacer, ale rzeczywistość jak i niebo na wschodzie zaczęły rysować się w coraz jaśniejszych barwach, a to zawsze napawa jakimś dziwnym szczęściem! Wraz ze wzrostem widoczności pojawiło się też stadnie rogate towarzystwo, na które w sumie bardzo liczyłem. Przecież, jak by nie było takich atrakcji, byłbym zmuszony przyjąć reklamację jako organizator tej wycieczki! Ale czterokopytnie towarzyszki raczej wolą mnie w tatrach mieć na oku, o ile nie wpakuję się w jakiś pełzający tabun turystów. Tym razem również nie odmówiły mi swojego towarzystwa. Rosnąca radość ze zbliżającego się dnia i kolejne dostawy zmagazynowanej energii doprowadziły nas na szczyt w optymistycznych nastrojach, niestety trochę za wcześnie. Biorąc pod uwagę, że było sporo poniżej dziesięciu stopni a uparcie szalejąca pizgawica potęgowała złudne uczucie mrozu, czekało nas solidne kilkadziesiąt minut szczękania zębami, ale lepiej być za wcześnie, niż za późno.




To jest ta atrakcja, po którą tu przyszliśmy, przed oglądaniem której brak snu, legislacja niedźwiedzie brunatne a nawet polarne nie zdołają mnie nigdy powstrzymać. Przeżycie wschodu słońca w Tatrach to jest taka akcja, że z wrażenia aż powietrza w płucach brakuje. To jak by niebo i ziemia doznały razem nagle wielkiego orgazmu, po czym wpadły na abstrakcyjny pomysł żeby to uczucie wspólnie namalować nieograniczoną feerią barw! Muszę przyznać że udało im się to jak cholera.







Zachwyt trwał, wyprawa również, niestety dołączył do nas kolejny towarzysz podróży, i miał bardzo długie imię: ZmęczeniePoNieprzespanejNocy. Gdzieś na horyzoncie majaczył już nasz ostateczny cel, lecz aby go osiągnąć musieliśmy niechybnie zawinąć dupy w troki i i ruszyć na dwugodzinny spacer granią. Bardzo dobrze wspominam tą drogę. Wprawdzie nie byliśmy już pierwszej świeżości, lecz górski pejzaż skąpany w promieniach porannego słońca, skutecznie blokował docieranie jakichkolwiek symptomów zmęczenia, ponadto motywował do częstszych postojów i zabawy aparatem. Nie mogliśmy również narzekać na brak towarzystwa, gdyż czterokopytnie przyjaciółki co chwilkę dumnie prezentowały nam swoje rogate oblicza, dzielnie dotrzymując nam kroku.








Na szczyt Kasprowego zdążyliśmy dotuptać jeszcze przed pierwszą dostawą Świerzych turystów. Jedynymi osobami jakie spotkaliśmy na szczycie była para, która nie była przygotowana na zejście po zmroku i po zażartych wieczornych negocjacjach (włączając to możliwość interwencji TOPRu), załapała się na nocleg w pokoju socjalnym. Ucieszyłem się, że jednak w tym zarąbanym regulacjami świecie, czasami zdarza się znaleźć miejsce na odrobinę ludzkiej wyrozumiałości.





Uczucie zmęczenia powoli przestawało się kamuflować, a słońce zaczynało coraz bardziej operować, postanowiliśmy udać się w stronę doliny gąsienicowej i z perspektywy czasu uważam to za strategiczny błąd. Pierwsza część drogi była nawet przyjemna, choć rosnąca temperatura potęgowała wyrypanie i zapotrzebowanie na wodę która już nam się skończyła. Z pomocą przyszło górskie źródełko przy którym zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Tam też poznaliśmy koleją prę, która poza czekoladą i ambitnym planem, urzekła mnie życzliwością, i rozmową o naszej wspólnej pasji. W takich okolicznościach trudno było domówić sobie ponad godzinnej pogawędki. Mam takie przeczucie, że w okolicznościach schroniskowych skończyło by się to przegadaniem całej nocy:P



Szliśmy, dalej szliśmy, a potem jeszcze trochę szliśmy, coraz wolniej i bardziej czując na sobie siłę grawitacji a uczucie senności wciąż rosło. Słońce nie miało litości powodując, że temperatura osiągała kolejne poziomy niedorzeczności. Do murowańca nie weszliśmy tylko dlatego, że musiałbym zatytułować tę opowieść „Jak zasnąć na siedząco przy stole w schronisku zarąbanym do pełna gwarzącymi ludźmi.” Albo „Dlaczego wstanie z miejsca bywa trudniejsze, niż nauczenie małpy gry na gitarze.”. W każdym razie szliśmy dalej, choć „szliśmy”, nie trwało zbyt długo, bo czekało nas zło z którym nigdy wcześniej nie walczyłem, zawsze unikałem, może nawet trochę nieświadomie: zejście do kuźnic, w godzinach szczytu. 

 Ogólnie mieszkam i urodziłem się w Krakowie. Jest to miasto wybitnie turystyczne, a wszechobecne tłumy są dla mnie równie niecodzienne jak poranna kawa, czy poranne korki na głównych drogach. Lecz miejska infrastruktura sprawia, że da się w tej betonowej przestrzeni jeszcze jakoś funkcjonować. Natomiast, co by się stało gdyby ktoś teleportował całą populację Wieliczki do Kuźnic i obiecał milion złotych każdemu kto dotrze do Czarnego stawu Gąsienicowego? Ja znam odpowiedź na to pytanie! Jako, że szlak jest dość wąski w porównaniu do ulicy Floriańskiej, ludzie muszą przyjąć formację niekończącej się, pełzającej gąsienicy (skąd pochodzi nazwa całej doliny) i powoli suną. W demokracji zawsze większość sprawuje władzę, więc zapada prywatyzacja szlaku, na którym nie ma już miejsca na ruch dwukierunkowy. Jest za to miejsce na różnorakie bojowe okrzyki! Dzieci drą się, bo upał i stoma droga ich męczy i chcą być już w schronisku, rodzice drą się, bo mają zawsze rację natomiast panowie z piwem drą się, bo upał przyśpiesza wchłanianie alkoholu i po chwili impreza jest już dobra. Po 10 minutach oglądania na żywo tego spektaklu i prób odnalezienia jakiejkolwiek motywacji, entuzjazm spadł nam do poziomu podchodzącego pod samobójstwo:)


Czułem się, jak bym był małą mrówką, która postanowiła wejść z dupy strony w ludzki przewód pokarmowy przeładowany chaotycznie przyjmowanym weselnym żarciem w przerwach pomiędzy wódką a tańcem przy kolejnej ambitnej próbie wykonania utworu „Jesteś szalona” przez dzielnie chwiejącą się na nogach orkiestrę. Oczywiście wyprawa musiała odbyć się bez tlenu oraz w całości pod prąd!! Było to skrajnie ekstremalne przeżycie, ale na szczęście się udało. Nie rozumiem dlaczego nagle populacja Wieliczki postanowiła się skumulować na tym jednym szlaku, skoro nie było ani miliona, ani teleportacji…a istnieją w Tatrach dziesiątki, jeśli nie setki równie pięknych dróg. Nie mniej jednak wyprawę uważam za wyjątkowo udaną, pełną tego i owego o które w życiu chodzi i nie wiem, czy mogłem zaplanować cokolwiek, co było by lepsze jak na pierwszy raz!