wtorek, 22 września 2015

Kiedy spacer zmienia się w WYRYPĘ, znaczy że połowa drogi już za nami...



Tak się zaczęło:
http://wojownicykoscielca.blogspot.com/2015/09/duga-droga-z-palenicy-do-palenicy-cz1.html

Wiatr rozganiał chmury po wzburzonym niebie, a kolejne fale wody przetaczały się nieustannie nad Wrotami Chałbińskiego. Wyciągnąłem z plecaka jakąś gówno wartą pelerynę zrobioną z worka podobnego do tych jakie stosujemy segregując kuchenne odpady. Jednorazowe dziadostwo, ale lekkie, dobrze skompresowane, po wielu wycieczkach, przeczekanych w plecaku, doczekało się w końcu, swojego przeznaczenia. Kobiety nie powinny moknąć, po pierwsze z przyczyn teoretycznych, bo mają wyższą granicę komfortu termicznego, po drugie, zawsze lepiej czasem stracić troszkę zdrowia, niż szacunek do siebie.




Schodzimy na dół, oczywiście legalnie, w "głębokim poszanowaniu zasad ścisłych rezerwatów", z powrotem po osuwającym się żwirowatym stromym syfie z nadzieją że uda się nam za daleko nie pojechać. Bo to że gdzieś coś z pod buta wyjedzie, mieliśmy w zasadzie pewne. Jakie to jest nieprzyjemne uczucie... wiesz, że na pewno coś się stanie, nie wiesz tylko kiedy. Zastanawiałem się co musnęli czuć ludziska zsuwając się po sylwestrze bez raków, za to z kacem pacyfikatorem(nie mylić z pacyfistą), ze stromego uskoku dzielącego Dolinę Pięciu Stawów Polskich i Dolinę Roztoki. Tak czy siak po kilku krótkich zsunięciach i jednym niegroźnym wylądowaniu na tyłku udało nam się cało i zdrowo zejść z powrotem na dno Doliny Za Mnichem. Oczywiście gdy tylko zeszliśmy na łatwy teren, pogoda z powrotem zaczęła nas rozpieszczać. Po drodze dokonaliśmy ciekawej obserwacji. Jakaś obłędnie natchniona dusza, w przypływie emocji lub głupoty zamalowała serduszkami skały pomiędzy Szpiglasową Przełęczą a Miedzianymi... zastanawiam się jakich musi być rozmiarów ten artystyczny gniot, skoro widać go z drugiego końca doliny.



Doszliśmy do przełączki, gdzie szturmujące Szpiglasa kohorty, zaczęły już siłą rzeczy zacieśniać szyk, ale tragedii nie było. Oczywiście moglibyśmy wrócić do domu, z przekonaniem, że byliśmy w górach i nacieszyliśmy się wspaniałą wycieczką, ale nie było by tego poczucia dzikiej satysfakcji, że daliśmy z siebie naprawdę dużo... Jeżeli góry mają kształtować charakter, a człowiek pokonać własne słabości, to trzeba naprawdę się nałoić, aby nogi zmiękły, a uśmieszek zszedł z twarzy ustępując miejsce absolutnej koncentracji i zmęczeniu. Droga na przełęcz była strasznie wygodna. Szlak jest poprowadzony tak łagodnie, i gładko, że można by chyba wyjechać na przełęcz górskim rowerem. W porównaniu do takiej drogi na Sławkowski którą miałem przyjemność ostatnio deptać, można odnieść wrażenie, że jest się na autostradzie. Gdzieś tam po drodze zaczęły dochodzić mnie kobiece odgłosy mówiące o pierwszych oznakach zmęczenia, więc jako, że czas nas nie gonił, zrobiliśmy po drodze kilka postojów. Odnośnie dzieła serduszkowego graficiarza, widać je było dokładnie, i chciałem podejść te kilkadziesiąt metrów aby ocenić rozmiar dewastacji i jaką technologią została zrobiona, wtedy można było by zastanowić się nad szybką, ściśle tajną nocną akcją "Czyste Tatry", ale niestety to nie był dobry moment na poza szlakową przechadzkę. Swoją drogą widziałem te serducha na facebookach jakiś czas temu... i dziwi mnie, że nikt z tym nic nie robi.






Przełęcz była dość zatłoczona, a do szczyt był już na wyciągnięcie ręki, mimo to zasiedliśmy na chwilę i popatrzyliśmy na wychodzących i schodzących ludzi. Panowała tam wolna amerykanka, część ludzi szła szlakiem poprowadzonym bardziej na stronę południowa, a część ludzi szła granią... Oczywiście spacerując granią trzeba się liczyć z większą ekspozycją, więc rozdzieliliśmy się aby przetestować obydwa warianty i wymienić się wrażeniami na szczycie. Szczyt ma dwa wierzchołki, na każdym stoi słupek graniczny. Można między nimi wesoło brykać z aparatem i cieszyć oczy widokami, a naprawdę jest czym. Widać z niego zarówno stawy Polskie, jak i Ciemnosmreczyńskie. Z gór, te najbardziej rzucając się w oczy to Cubryna i Mięguszowiecki, oczywiście po drugiej stronie doliny, jak na dłoni mamy widok na Orlą Perć w całej okazałości. Zachwyt trwał, a Towarzyszki nie było widać. Po chwili doszła, zasiadła w dziwnym miejscu dwa metry pod szczytem, głęboko oddychając i kurczowo trzymając się skały, ale coś jakby zmieniło się w jej wyrazie twarzy. Pierw pomyślałem, że jest zmęczona, ale ona patrzyła z przerażeniem na leżącą w dole Ciemnosmreczyńską dolinę i zaczęła coś mówić jak tu jest bardzo stromo i wysoko. Siedziała tak chwilę, jakieś 3-4 kroki od słupka granicznego i nie dawała się przekonać że warto wstać i zrobić te kilka kroków więcej. Zacząłem się trochę niepokoić, bo w gruncie rzeczy, bywaliśmy w dużo bardziej eksponowanym terenie, i nie było wcześniej takich napadów lęku...więc to chyba zmęczenie. A po drugie po wyjściu na przełęcz ciekawość kazała mi wychylić się i spojrzeć jak wygląda zejście na drugą stronę przełęczy, i to co tam zobaczyłem wyglądało dziesięciokrotnie gorzej, niż ekspozycja na południowo-zachodnie zbocza Szpiglasa.







Po chwili szczyt przeludnił się, została na nim tylko jakaś parka z dość zaawansowanym sprzętem fotograficznym, poprosiłem ich o zdjęcie z jednego wierzchołka na drugi i dałem im kieszonkowy aparacik, oni poprosili o to samo i po wymianie aparatów udałem się na drugi wierzchołek. Dziwnie się paraduje po skałkach, na jednej ręce z dzierżąc w drugiej pięć tysięcy zł lekko licząc, ale się udało.

Po powrocie na przełęcz zgodnie z planem ruszyliśmy na spotkanie z prawdziwą ekspozycją. Nie ukrywam, byłem tam pierwszy raz, gdybym wiedział jak to wygląda, zaplanowałbym zrobienie całej wycieczki w przeciwnym kierunku. Myślę, że jak te pierwsze kilkadziesiąt metrów ze Szpiglasa nie sprawiają komuś większego problemu, i i na Orlej sobie poradzi, oczywiście jeśli nie braknie mu kondychy. W naszej skromnej drożynie oczywiście wystąpił problem. Staliśmy, tradycyjnie blokując szlak a ja starałem się rozpędzić wszystkie demony. Jako, że nie jestem egzorcystą, ani nie posiadałem wody święconej, pozostało mi użyć racjonalnych argumentów i zaprezentować różne warianty przejścia przejścia tego fragmentu z uwzględnieniem, na co trzeba zwrócić szczególną uwagę, aby się nie zabić. Po chwili paraliż strachu zaczął stopniowo ustępować, na tyle, że znowu można było ruszać palcami i pewnie zacisnąć je wokół łańcucha, wstać, zrobić kilka pierwszych kroków... Karawana ruszyła dalej.




Dalej było już bez większych emocji, może nie w zabójczym tempie, ale powoli i ostrożnie poruszaliśmy się w dół. Łańcuch niestety szybko się skończył, i znowu wylądowaliśmy w dość stromym i cholernie sypkim terenie. W końcu rzuciłem jakimś tekstem w stylu "cholerny żwirek, ładnie można tu sobie pojechać", a ku mojemu zaskoczeniu zbiegająca z góry ciemna postać odpowiedziała mi "tak jest gdy w górach spaceruje się zbyt nisko". Zmęczenie zaczęło poważnie dawać nam się we znaki, a droga dłużyła się niemiłosiernie. W końcu zeszliśmy do doliny, poczuliśmy potrzebę zaglądnięcia do schroniska. Nie pamiętam, żeby Dolina Pięciu Stawów Polskich kiedykolwiek aż taka dłuuuga. To było chyba najdłuższe pół godziny jakie pamiętam. W schronisku zasiedliśmy aby zjeść coś ciepłego, przy czym zorientowawszy, że do wprowadzenia w życie "stu pomysłów na dania z wrzątku", przydałby się talerz, zamówiliśmy wiec jedną zupę, a zjedliśmy pięć... i niech ktoś mi powie, że nikt od dwóch tysięcy lat nie rozmnażał jedzenia...

Pojedlim, popilim, i zawinęliśmy się w stronę Palenicy. Bo im dłużej siedzieliśmy w tym luksusowym miejscu, tym cięższe stawały się powieki, a podłoga w tym przybytku zawsze była podejrzanie miękka i przytulna. Droga w dół to taki trochę rutynowy przemarsz. Byle do przodu, byle się nie zatrzymywać, bez większych emocji i wyłączając myślenie, aby zablokować wszystkie oznaki zmęczenia. Gdy po 13 godzinach wycieczki wypadliśmy z krzaków na dobrze nam znany deptak "spacerowo-dyskusyjny", stwierdziłem, że wreszcie mam idealnie spakowany plecak, i nic nie uraduje mnie w tej chwili bardziej niż wyciągnięcie z plecaka ultra wygodnych adidasów.

Ps. Jakiś czas po powrocie do Krakowa na tablicy jednej z nieposkromionych miłośniczek górskich przygód, wyświetliły się znajome zdjęcia opatrzone komentarzem "14h, 26 km. Z Marcinem nigdy nie idziesz w góry na spacer. Z Mucha wychodzisz, aby pokonać siebie i walczyć o przetrwanie. Tym razem nie było inaczej. Pobudka przed 4 okazało się najłatwiejszym punktem."

...minęły kolejne dwa tygodnie, gdy zakwasy już dawno ustały znów padło pytanie "Marcin, czy pojedziesz ze mną na Kazbek?"


Żeby nie wiem jak mocno nie dawały w dupę, z gór chyba nie da się wyleczyć...