wtorek, 3 listopada 2015

Sukces rodzi się w GŁOWIE ! ! ! - jeszcze na nizinach.



„Do trzech razy sztuka” mówili, ale co w sytuacji, gdy sztuka polega na tym, że trzeba z siebie więcej niż to, co w twoich wyobrażeniach określasz mianem „wszystkiego”? Co gdy jeden z głównych aktorów jest kapryśny i w każdej chwili może spuścić ci na głowę ścianę wody z piorunami? W tym spektaklu niewiele rzeczy jest pewnych, a po każdym nieudanym przedstawieniu jedyne co pozostaje, to kolejna tubka maści na ból dupy… tak oto smakuje gorycz porażki:



„Tyle razy próbowałem…tak mi przykro chciałbym jeszcze raz” – Coma, Listopad

Długo zastanawiałem się, czego nie zrobiłem, a co jest warunkiem koniecznym, żebym mógł stanąć na szczycie. Szukałem wszystkich czynników które mogły odegrać jakąkolwiek negatywną rolę w poprzednich wyprawach, jak i tych które gdy się pojawią będą mogły rzutować na wynik kolejnej. Myślę że to będzie rzeczywista wartość dodana w tej historii, która zakończyła się tak:



Po pierwsze: okno pogodowe. Nie żadne tam „e tam chmurki…”, nie „to tylko przelotny deszczyk” i nie „taki tam wiaterek”. Wyobraź sobie najpiękniejszą pogodę w tatach jaka może być i przeglądaj regularnie prognozy aż pewnego dnia taki dzień nastąpi. To jest warunek konieczny, bo ten szczyt to siedem godzin przebywania na grani, skąd nie ma dróg ewakuacji, więc każda malutka destabilizacja pogody w kierunku burzowym pizga grozą po psychice dziesięciokrotnie bardziej niż na czerwonych wierchach.

Po drugie: zbierając swoją drużynę pierścienia:
Skreśl wszystkie osoby które mają ambicje narzucać tempo. Na ten szczyt trzeba wpełznąć. To cholerny stos przypadkowo rozwalonych kamieni, na który nie wiedzie żadna poukładana ścieżynka(jak np. na Szpiglasową przełęcz od doliny za mnichem). To mozolna droga po kamolach z których każdy sterczy w inną stronę i nie rzadko się rusza. Wychodzenie w takim terenie jest trudne, generuje o wiele większy wysiłek, nie mówiąc o ryzyku skręcenia tego czy owego. Trzeba iść wolno, ostrożnie tempem niedzielnego spacerku z kościółka na obiadek i co jakiś czas robić przerwę na pogaduchy i herbatkę, przy ambitniejszym tempie ta góra zrobi z nóg galaretę o wiele szybciej iż się tego spodziewasz! Na OP czy rysach jest dużo stromych odcinków na których część wysiłku rozkłada się również na ręce, co sprawia, że wolniej się meczysz. Sławko jest zbyt płaski co sprawia, że to góra idealna dla biegaczy górskich z betonowymi nogami! Spotkaliśmy na szczycie jednego z nich i wybiegł tam w czasie półtorej godziny.

Skreśl z listy ludzi którzy nie lubią cierpieć, bo na tej górze bo jak wolno by się nie szło, nogi i tak będą cierpieć.

Skreśl z listy ludzi którzy głośno narzekają. Czasami można zabrać na jakąś górkę kogoś, kto czasem gdy wychodzi ze strefy komfortu, zaczyna "jojceć". Można to potraktować jako darmowe terenowe warsztaty z dziedziny motywowania personelu. Niestety dla mnie Sławkowski jest sam w sobie górą na tyle demotywującą, że zdecydowaną większość energii, będę musiał poświęcić na przekonywanie samego siebie, aby kontynuować ten ciągnący się koszmar, więc na dodatkowy festiwal narzekania na tej górze brakuje po prostu miejsca! Poza tym, narzekanie oddziaływuje zarówno na ciebie jak i na cały zespół. Warto zatem zastanowić się, po co nam dodatkowy ferment.
Wstań wcześnie w nocy, albo w ogóle się nie kładź! Tę drogę trzeba zacząć rano i mieć komfort czasowy. Wg mapy droga w dwie strony zajmuje 9 godzin 18 minut, co jest według mnie delikatnym niedoszacowaniem, poza tym ta mapa nie obejmuje ani przerw na robienie fotek, ani tych na jedzenie i picie... a na tym szlaku pojawiła się w moim słowniku całkiem nowa kategoria przerw, przerwa na odpoczynek. Postanowiliśmy zacząć zabawę o 5:00, aby do zmroku mieć do dyspozycji równe 12 godzin i wrócić jeszcze za dnia. Wiedziałem, że są na tym szlaku momenty bardzo słabo oznakowane gdzie nie trudno się zgubić, a zwłaszcza przy schodzeniu. Dzień jest w jesieni tak krótki, że część drogi trzeba pokonać po ciemku, wybraliśmy więc wcześniejsze rozpoczęcie podejścia.

U mnie w ostatniej chwili doszedł do tego jeszcze jeden czynnik. Październikowa nadprodukcja intencji o charakterze zdobywczym. To trzeba było skumulować wokół jakiegoś targetu i przekuć w coś naprawdę Dobrego. Najpierw zaczęło chodzić mi go głowie jedno małe niepozorne pasmo Beskidów. Ale Wojownicy Kościelca to blog Tatrzański i dwa dni przed Sławkowskim ktoś mnie skutecznie przekonał, że ta część Beskidów którą mam na myśli jest mi kompletnie nie po drodze. ufff uff. Jako, że na Słowacji mięli zamykać wszystkie ciekawsze szlaki lada dzień, ta wyprawa miała być taka "ostatnia w tym sezonie" więc nagle wszystkie intencje skumulowały się wokół biednego Sławcia. Gdybym kiedyś wylądował w Kazbegi z takim parciem na szczyt, wciągnąłbym 5047m nosem, na jedną dziurkę! 
Poza tym, żeby wejść na tą górę trzeba mieć zarówno strategię, jak i dobry powód. Biegacze z betonowymi nogami, świetnie sobie poradzą, dla osób które nie biegają maratonów polecam tryb Zawierciańsko-Oblężniczy czyli mega-powolne jednostajne tempo, 10 minutowe zbijanie bąków co godzinę, zero narzekania i walkę do samego końca.

A powód do tego cierpienia, każdy musi znaleźć sobie sam, ja po prostu miałem ze Sławkiem niewyrównane rachunki.


Podobał się artykuł? Zapraszamy na Fanpage:) 
https://www.facebook.com/wojownicykoscielca