wtorek, 1 września 2015

Jagnięcy Szczyt (Jahňací štít), "Przed szczytem nie ma odwrotu." Krótka opowieść o MOTYWACJI !!!




Ta wycieczka to była dosłownie randka w ciemno. Nie wiedziałem jak wygląda ta góra, ani nie znałem trudności jakie możemy spotkać na trasie i choć pisanie o trudnościach w lecie na szlaku turystycznym może wywołać czyjś uśmiech na twarzy, wiedz, że zabrałem na ten spacerek cholernie ambitną, charakterną, bojowo nastawioną i walczącą samego końca wojowniczkę która góry widuje tylko na zdjęciach. Powinienem był sprawdzić tą trasę. Zamiast tego wyszedłem z działającego częściej w teorii, niż w praktyce założenia „najwyżej zawrócimy”, zapakowałem dwa plecaki przydatnych zabawek, oddałem trochę ryzyka w ręce bankierów, zahaczyłem o kantor, zatankowałem samochód i ochoczo ruszyłem w kierunku Słowacji by zaspokoić rozgorzałą we mnie ciekawość.

A może tak naprawdę nie sprawdziłem trasy, żeby nie psuć sobie zabawy? Wyszedłbym wtedy na nieodpowiedzialnego drania... nie na pewno tak nie było, ani trochę... wcale, NIE!!! :)

Początek drogi wiedzie bardzo łagodnie nachyloną doliną Białej wody Kieżmarskiej. Pogoda była prześliczna a towarzyszka zacnie dotrzymywała kroku. Spacer długą zalesioną doliną, choć przyjemny, bywa średnio emocjonujący, więc człowiek ma dużo czasu na zastanawianie się, niczym w „świątyni dumania”.


Nieuczesana myśl numer jeden: Jaka to przyjemna droga! Gdzieś ponad koronami drzew słońce operuje jak szalone, a my cały czas idziemy sobie w cieniu napawając się zapachem lasu. Droga wznosi się łagodnie dając sto procent przyjemności, zero zmęczenia. A skoro tak jest to dlaczego prawie nie ma tu ludzi? Jestem prawie pewien, że właśnie w tej chwili gdzieś na drodze do gąsienicowej, słońce pacyfikuje sunące tabuny turystów walczących z dużo ostrzejszym podejściem, kończącą się wodą i pytaniami zmęczonych dzieci „jak daleko jeszcze do schroniska?”. A tu cisza spokój las i cień! Dlaczego? Może po prostu Ta kieżmarska dolina jest brzydsza i dlatego nawet w środku sezonu nikt tu nie chce chodzić? Dojdziemy to się przekonamy...
Nieuczesana myśl numer dwa: Dlaczego, kurna DLACZEGO szlak do Morskiego Oka nie mógł zostać poprowadzony z podobnych, równiutko ułożonych, przyjemnych stopom kamyczków?? Terenówka minęła nas przed chwilą? Minęła! Jaki inny środek transportu „musi” dojeżdżać do schroniska??

Po jakimś czasie świątynia dumania zaczęła się przerzedzać i a naszym oczom ukazała się potęga majestatu kieżmarskich szczytów! Wszystko co nowe, robi trzy razy większe wrażenie. W drodze do schroniska, kilkanaście razy miałem ochotę zasiąść i po prostu smakować ten krajobraz jak niekończącą się rurkę z bitą śmietaną. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę jak potworny przyjdzie mi robić rachunek sumienia, za te lata dreptania „w miejscu” wciąż po tych samych szlakach.







Zachwyt trwał, pod schroniskiem zrobiliśmy sobie chwile przerwy i choć pod wpływem kobiecych i górskich uroków nogi potrafią zmięknąć, ruszyliśmy w kierunku Doliny Jagnięcej. W tym momencie śmiało można powiedzieć, że zaczynają się schody. Dolina Jagnięca zaczyna się dużo wyżej, więc aby się do niej dostać trzeba się skrobnąć na uskok, porównywalnej wielkości jak z rodzimej doliny roztoki do doliny pięciu stawów polskich. Ale takie strome podejścia mają niewątpliwe plusy, po pierwsze szybko nabieramy wysokości, po drugie, zawsze można się na chwile zatrzymać, wyrównać oddech, i napawać się urokami kolejno: z prawej strony grani Kozich Wierchów w wersji Kieżmarskiej z lewej wznoszącej się nad Zielonym Stawem Jastrzębiej Turni. Na mnie większe wrażenie robiła wtedy opcja nr2..aż naszły mnie pokusy poszukania jednej z tych ścieżek o której wiedzą tylko wspinacze, kozice, przewodnicy i górscy renegaci:)





Natomiast Dolina Jagnięca to jest czysty surowy krajobraz skalnego pustkowia. Z jednej strony porywa z drugiej strony budzi szacunek. Co jakiś czas głuchą ciszę przerywa krzyk Tych odważniejszych, którzy postanowili rzucić górom wyzwanie w o wiele bardziej ambitny sposób. Góry też przestały zachowywać ciszę co chwilę wydając z siebie głuche okrzyki spadających z impetem i rozłupujących się skał... Te odgłosy nie należą do przyjemnych, ale trwają.









Szliśmy dalej wzdłuż dna doliny mijając kolejno Czerwony oraz Modry staw a naszym oczom w końcu coraz wyraźniej ukazywał się cel naszej wycieczki. Słońce operowało już z pełnym impetem, więc gdzieś po drodze zaliczyliśmy krótką przerwę i mały kryzys u towarzyszki, ale charakterna z niej babka, więc swym uporem i ambicją rozszarpała biedny kryzys na strzępy! W drodze do podejścia na Kołowy Przychód mieliśmy do pokonania dość sporej wielkości pole śnieżne, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę że była to połowa lipca, ale nie było tam ani szczególnie stromo czy niestabilnie. W końcowym etapie drogi na przełęcz trzeba wbić się na grań po okutych „górską biżuterią” skałach, i przyznam się bez bicia, że dalsza droga stała pod dość sporym znakiem zapytania ze względu na całkowity brak obycia z pokonywaniem takich trudności przez mą towarzyszkę, ale byłem troszkę zmęczony upałem i przez nieuwagę zadałem najgłupsze pytania jakie mogłem zadać:) „Czy dajesz radę?” Ambicja i upór jak to usłyszały z wściekłości o mało nie dostały ślinotoku po czym rzuciły się wpadając niczym wygłodniałe tygrysy i rozpętując chemiczne piekło. Gwałtowne skoki adrenaliny podbijały do granic absurdu poziom siły i odwagi, aż absurd stał się rzeczywistością i rozpoczął się proces nazywany potocznie w literaturze „szałem berserkera”.

Nie spotkałem się w życiu z przypadkiem, żeby Ktokolwiek tak bardzo walczył, tak mocno zaciskał zęby i w ogóle nie marudził. Miałem wrażenie, że nawet skalne golemy nie były by w stanie jej zawrócić w ten dzień. Dalsza droga na szczyt, łączy w sobie wszystkie elementy tego co ludziom sprawia problemy. Jest stromo, jest ekspozycja, miejscami jakiś wąskie przejście z widokiem na „o k***a jak tu wysoko!!”, jakaś płyta, kominek, nawet niezabezpieczona ryska też jest tam obecna. Poza tym ten „plac zabaw” jest dość spory, to nie jest jakaś Szpiglasowa przełęcz, gdzie gdzie mamy jakieś 30m łańcucha i koniec zabawy, tylko po wbiciu na przełęcz wskakujemy na północną stronę grani i gramy dalej. Tak szczerze, to myślę, że pod względem trudności to nawet nie jest Zawrat a takie mini „Granaciki żlebiczkiem Kulczyńskiego”, ale przyjemne, i oczywiście widokowo palce lizać!










Muszę przyznać że pomimo moich szczerych i nie ukrywam, rosnących wątpliwości i przeszkód, nie zauważyłem u mojej towarzyszki problemów czy potknięć więc kilkadziesiąt minut później, około godziny 13:00 zameldowaliśmy się na szczycie! Nie za bardzo wiedzieliśmy z której strony usiąść, bo z jednej strony mięliśmy panoramę na Ganek, Wysoką, Rysy a nawet Krywań z drugiej strony na Kieżmarskie szczyty, Łomnicę, i z tej perspektywy karłowato wyglądającą Jastrzębią Turnie i wręcz bardzo okazały Kołowy Szczyt. Wybraliśmy opcję drugą, aczkolwiek nadrabiając potem dreptaniem wokół szczytu i strzelaniem fotek.














Droga w dół była oczywiście znacznie bardziej wymagająca, co wnoszę po wyrazie twarzy i nieustającej koncentracji mojej koleżanki. W pewnym momencie przy zejściu kominkiem padło nawet pytanie: „Marcin, co ja mam teraz zrobić?”, które często wśród turystów bywa używane zamiennie z takimi pytaniami jak: „co ja tu k***a robię?” lub „jaki jest numer do TOPR?” a oznacza w wolnym tłumaczeniu, że komuś kończy się psychika i zaczyna godzić się z myślą że następny krok może być jego ostatnim. Sam zadawałem dwa pierwsze pytania w tym roku, zeskrobując się z zimą z wierzchołka Świnicy. Uważam, że strach w górach jest bardzo zdrowym objawem. Rzuciłem żartobliwie w odpowiedzi, „Trzymać się mocno i schodzić w dół podziwiając widoki”. Tak działa ludzka psychika, najpierw strach ma wielkie oczy, po czym idzie jak po maśle. Chwilę później ja zostałem wywalony ze strefy komfortu bo nie wiedziałem co się dzieje gdy łańcuch wydawał mi się podejrzanie luźny... Okazało się że jest nieprzymocowany z dołu.

Potem już tylko droga w dół, umilana co jakiś czas możliwością obserwowania gromadek bardzo oswojonych a nawet powiedziałbym podejrzanie zainteresowanych naszą obecnością kozic. Jedna z nich zademonstrowała nam swoją osobistą tatrzańską interpretację popularnego w pewnych środowiskach programu „gwiazdy tańczą na lodzie” na wspomnianym wcześniej płacie śniegu i cholernie mi szkoda, że nie zdążyłem tego nagrać, bo z całą pewnością cała widownia była pod sporym wrażeniem.








Kończąc relację, chciałbym serdecznie polecić tą wycieczkę, bo naprawdę jest na co popatrzyć. Do schroniska droga jest trzy razy przyjemniejsza i sześć razy mniej wymagająca niż styrmanie się przez przełęcz między kopami do hali gąsienicowej i dalej do stawu, tę opcje polecę mojej mamie dla która po wyjściu na drugie piętro musi stanąć i wyregulować oddech. Jak ktoś wytrzyma pół godzinki schodków, dostanie w nagrodę przepiękny widok na doliną jagnięcą i możliwość zachwycania się krajobrazem skalistego pustkowia. Samo wejście na szczyt to już jest kwintesencja przyjemności, ale tu już każdy musi sobie odpowiedzieć, czy leży to w zasięgu jego możliwości. I pamiętajcie, to co najważniejsze, do wyrycia raz na zawsze, NIGDY, POD ŻADNYM POZOREM nie pytać żadnego ambitnego uparciuszka „Czy dajesz radę??” !!!